Dwadzieścia sześć lat i jedna sekunda

W 1987 roku Lech Piasecki, jako pierwszy i jak dotąd jedyny Polak, założył słynną „le maillot jaune” i został liderem Tour de France. Miano to dzierżył jedynie przez jeden etap, ale dla kolarza jest to niebywałe osiągnięcie i prestiż. Wystarczy przeczytać kilka wywiadów z zawodnikami, którzy kiedykolwiek mogli włożyć na siebie żółtą koszulkę. Jak bumerang powracają w nich słowa o najszczęśliwszym dniu w ich życiu, spełnieniu marzeń i największym osiągnięciu w karierze. Le Tour jest wyjątkowym wyścigiem, z wielkimi tradycjami, a zostanie jego liderem, choćby na jeden dzień, to na pewno wielkie przeżycie.

Wczoraj przed szansą na powtórzenie wyczynu Piaseckiego stanął Michał Kwiatkowski. Polak osiąga w tym roku świetne wyniki. Był czwarty w klasyfikacji końcowej Tirreno- Adrìatico i piąty w słynnej Walońskiej Strzale. W tegorocznym Tour de France był już indywidualnie trzeci i czwarty, a wczoraj dołożył do tego drugie miejsce w drużynowej jeździe na czas. Nie mogłam oglądać etapu na żywo, ale obejrzałam wieczorem powtórkę i muszę powiedzieć, że nie dałam rady usiedzieć na miejscu, kiedy komentatorzy odliczali sekundy przewagi, jakie pozostały drużynie Polaka (Omega Pharma- Quick Step) nad zbliżającą się do mety ostatnią ekipą, jaka mogła ich pobić. „Sześć, pięć, cztery… Nie! Za szybko liczę… Sześć, pięć, cztery…”- nikt tak nie potrafi budować napięcia w trakcie relacji z wyścigów kolarskich, jak Panowie Jaroński i Wyrzykowski…

Niestety, do powtórki wydarzenia sprzed 26. lat nie doszło. Drużyna Kwiatkowskiego przegrała z australijską Oricą o… 0,78 sekundy i Polak, z sekundową stratą do prowadzącego Simona Gerransa, jest obecnie czwarty w klasyfikacji generalnej. Szkoda, zabrakło tak niewiele, a na kolejnych etapach atak na fotel lidera może być już znacznie trudniejszy. Pozostaje trzymać kciuki za Michała i życzyć mu, aby spełniło się jego marzenie o żółtej koszulce.

Reklamy