Ostatni król Szkocji

Wielbiciele tenisa wiedzą, że kiedy Andy Murray odnosi zwycięstwo, jest nazywany na Wyspach wielkim Brytyjczykiem, a kiedy przegrywa, od razu staje się tylko i wyłącznie Szkotem. Podczas Wimbledonu szaleństwo na punkcie Andy’ego sięgnęło zenitu. Nic dziwnego, Brytyjczycy czekali na „swojego” zwycięzcę „swojego” turnieju od… 1936 roku, kiedy to Fred Perry pokonał w finale Niemca Gottfrieda von Cramma. Nadzieje na tegoroczny sukces były o wiele większe niż w latach poprzednich. W 2012 roku Andy wreszcie się przełamał. Zdołał osiągnąć przy Church Road wimbledoński finał (przegrany z Rogerem Federerem), na tych samych kortach zdobył olimpijskie złoto (pokonując Federera), a we wrześniu wygrał US Open (po finale z Djokoviciem). Nie był więc już wiecznie niespełnionym Szkotem, bez tytułu wielkoszlemowego.

Po finałowej porażce w Melbourne, na początku tego roku, wszystko podporządkował dobremu występowi na londyńskiej trawie. Zupełnie odpuścił turnieje na kortach ziemnych. Zdawał sobie sprawę, że nie jest stworzony do tego, aby właśnie na nich osiągać najlepsze rezultaty. Ze względu na kontuzję nie wystąpił także w paryskim Roland Garros. Kiedy Rafa Nadal i Novak Djoković toczyli zacięty bój o finał francuskiej lewy Wielkiego Szlema, on trenował już na kortach Queen’s Clubu. Jak się okazało, było to bardzo mądre posunięcie.

Tuż po rozlosowaniu drabinek, brytyjskie media przystopowały z przedwczesnym ogłaszaniem sukcesu Murray’a. Na drodze do finału mieli mu bowiem stanąć Jo-Wilfried Tsonga oraz Rafael Nadal lub Roger Federer. Szybko się jednak okazało, że droga do finału będzie wręcz usłana różami. Najgroźniejsi rywale odpadli już w pierwszych dwóch rundach, a Andy pokonywał przeciwników gładko. Potrafił także odwrócić losy ćwierćfinałowego meczu z Fernando Verdasco, w którym przegrywał już 0:2 w setach. Oznaczało to, że nie tylko fizycznie, ale i mentalnie Andy jest wspaniale do turnieju przygotowany.

W finale czekał na Andy’ego nie byle kto, bo Novak Djoković. Przyjaciel od czasów juniorskich, ale także numer jeden światowego rankingu. Obydwaj nie należą do moich ulubionych zawodników, obydwaj mnie drażnią swym zachowaniem na korcie, a finały pomiędzy nimi po prostu mnie nudzą. Kiedy przypomnę sobie finał US Open… Brrr… Po odpadnięciu Nadala, postanowiłam jednak kibicować z całych sił Szkotowi i Juanowi Martinowi del Potro. Szkotowi dlatego, że wydawał mi się jedynym, który może Djokovicia pokonać, a Del Potro dlatego, że go po prostu lubię, że ma mocną głowę i nie boi się walczyć z najlepszymi (vide Berdych…).

Juan poległ po pasjonującej półfinałowej walce z Serbem, a Andy pokonał Jerzego Janowicza. Niby turniej  niespodzianek, a w finale numer 1 z numerem 2… Finał mnie nie porwał, niestety, ale wygrał ten, któremu kibicowałam ja, cała Wielka Brytania oraz kibice Federera i Nadala razem wzięci. Andy Murray spełnił dziś marzenia wielu i jest w końcu wielkim Brytyjczykiem ze Szkocji. Tylko czekać, aż królowa Elżbieta II nada mu tytuł Sir.

Na koniec jeszcze słowo o Polakach (przecież obiecałam ciąg dalszy Bajkowego scenariusza). Na pewno był to najlepszy turniej w ich wykonaniu. Dwa półfinały, ćwierćfinał i druga runda to naprawdę wiele, jak na kraj, w którym nie ma porządnego ośrodka tenisowego, a autorzy artykułów tenisowych często pojęcia nie mają o tym, jak się liczy punkty w gemach. Janowicz osiągnął najlepszy wynik w historii polskiego tenisa męskiego. Potrafił wykorzystać nadarzającą się szansę i stoczył piękną walkę w półfinale z dzisiejszym zwycięzcą. Agnieszka Radwańska heroicznie walczyła o finał z Lisicką. Szkoda, że się nie udało, ale półfinał to ogromny sukces i trzeba o tym pamiętać. Jej pomeczowe zachowanie to temat na inną dyskusję. Największe emocje wzbudził we mnie sukces Łukasza Kubota. Najskromniejszego, najcichszego, tego, o którym najmniej się mówiło i pisało. Jego gra na trawie cieszy oko tych, którzy pamiętają Raftera, Samprasa czy Beckera, a postawa na korcie jest godna naśladowania.

Mam nadzieję, że ten Wimbledon to tylko początek sukcesów polskich tenisistów. Następna okazja na wielkie wyniki już niedługo na amerykańskim betonie. Powodzenia!

Reklamy

Bajkowy scenariusz

Jeszcze tydzień temu zastanawiałam się, kto wyjdzie zwycięsko z zapowiadanej głośno ćwierćfinałowej batalii Rafaela Nadala z Rogerem Federerem. W myślach pisałam różne scenariusze:

1. Rafa wygra gładko, w trzech setach, bo jest po powrocie niesłychanie skuteczny, a Roger zalicza najgorszy sezon od lat.

2. Roger po ciężkim boju pokona Rafę, bo to jednak korty trawiaste, a Hiszpan będzie już w tej fazie turnieju nieco zmęczony.

3. Roger łatwo wygra z Rafą, bo trafi z formą akurat na Wimbledon i zagra kosmiczny tenis (najmniej prawdopodobny scenariusz).

Okazało się jednak, że życie nie doceniło mojego talentu do pisania scenariuszy i postanowiło stworzyć swój własny. Jakże zaskakujący!

Oto on.

Scena pierwsza

(piękna zielona londyńska trawka, kort nr 1, trybuny pełne, na lewym kolanie Hiszpana opatrunek)

Rafael Nadal gładko przegrywa w pierwszej rundzie ze Stevem Darcisem.

Scena druga

(gdzieś pomiędzy szatnią, gabinetem lekarza i kortami)

Steve Darcis, umęczony zwycięstwem nad Nadalem, oddaje mecz walkowerem Łukaszowi Kubotowi.

Scena trzecia

(piękna zielona londyńska trawka, Kort Centralny, trybuny pełne, Federer ma w końcu regulaminowe buty z białymi podeszwami)

Roger Federer odpada w drugiej rundzie z Serhijem Stachowskim.

Scena czwarta

(lekko wydeptana londyńska trawka, korty od Centralnego do 19., trybuny wypełnione od 40% do 80%, u Janowicza opatrunek na prawym łokciu)

Serhij Stachowski przegrywa gładko z Jürgenem Melzerem, którego w 1/8 finału pokonuje Jerzy Janowicz.

Scena piąta

(lekko wydeptana londyńska trawka, kort 14., trybuny wypełnione w 70%, liczne grupy Polaków)

Łukasz Kubot tańczy po meczu 1/8 finału kankana i idzie do szatni uścisnąć swojego ćwierćfinałowego rywala – Jerzego Janowicza.

Scena szósta

(mocno wydeptana londyńska trawka, kort nr 1, trybuny wypełnione w x%, liczne grupy Polaków)

Jerzy Janowicz i Łukasz Kubot grają mecz o awans do półfinału Wimbledonu.

Scena siódma

(za liniami końcowymi Kortu Centralnego brak londyńskiej trawki, trybuny pełne, bardzo liczne grupy Polaków)

Polak gra w półfinale Wimbledonu.

Scena ósma

?

Gdyby ktoś tydzień temu pokazał mi ten scenariusz, uznałabym, że na jego podstawie można by nakręcić niezłą bajkę. Ale teraz może powstać z niego tylko wspaniały dokument, bo piękną historię tworzą Polacy na tegorocznym wimbledońskim turnieju.

Dla turnieju kobiecego życie także napisało inny, niż ten mojego autorstwa, scenariusz. I dobrze, bo dzięki temu Agnieszka Radwańska jest już w półfinale i ma niebywałą szansę, aby sięgnąć w tym roku po tytuł.

Cdn.

Gem, set, mecz Stachowski

To, co działo się wczoraj na londyńskich kortach, przeszło moje najśmielsze wyobrażenia! W poniedziałek porażka Rafaela Nadala w pierwszej rundzie odjęła mi jakieś 30 od mocy… Spodziewałam się, że może nie być sukcesu, ale odpadnięcie ze 135. w rankingu Stevem Darcisem, zaskoczyło mnie nie lada. Przecież ubiegłoroczna historia z Rosolem miała być jednorazową wpadką… Trudno, pomyślałam, jest wojna, ofiary muszą być. Jednak moje zainteresowanie turniejem jakby zmalało… Wczorajszy dzień sprawił jednak, że wróciło ono ze zdwojoną siłą. Krecze, walkowery i sensacje – oto tematy przewodnie środy na kortach All England Clubu.

Pogromca Nadala z powodu urazu w ogóle nie wyszedł na kort. Podobnie zresztą jak: Wiktoria Azarenka, Jarosława Szwiedowa i Marin Čilić. Kontuzje w trakcie meczów dopadły z kolei: Radka Štěpánka, Jo-Wilfrieda Tsongę i Johna Isnera. Poległy faworyzowane: Marija Szarapowa, Karolina Woźniacka i Jelena Janković. Ale to wszystko nic, w porównaniu z wydarzeniem z końca wczorajszego dnia. Roger Federer, siedmiokrotny mistrz Wimbledonu, poległ z notowanym na 116. miejscu Ukraińcem Serhijem Stachowskim! Szwajcar pierwszy raz od 2002 roku pożegnał się z turniejem jeszcze przed ćwierćfinałem. Wydarzenie bez precedensu, jakby na nie nie patrzeć. I niezwykle mnie ono ucieszyło! Nie dlatego, że odpadł Roger Federer, ale dlatego, że wreszcie nastąpiła jakaś zmiana, wreszcie coś się dzieje! Być może doczekam się w końcu turnieju, w którym nie wygra żaden Pan z Wielkiej Czwórki!

Liczę na roztańczonego niemieckiego Jamajczyka Dustina Browna, starego wygę po przejściach Tommy’ego Haasa, lubiącego rozwalać rakiety Miszę Jużnego i uwielbiającego pić wódkę z mlekiem, zafascynowanego szwedzkimi prostytutkami, Erniego Gulbisa. Trzymam też kciuki za Polaków – Janowicza i Kubota (Przysiężny niestety przed chwilą odpadł z turnieju). Może obydwaj spotkają się w ćwierćfinale?

Czy wyżej wymienieni dadzą radę wypełnić lukę po wielkich już nieobecnych (może będzie ich po dzisiejszym dniu więcej?) i zapewnią kibicom emocjonujące tenisowe widowisko? Następny tydzień da mi odpowiedź.

Wimbledon tuż, tuż…

Wczorajsze losowanie drabinki turnieju męskiego budziło spore emocje. Od środy wiadomo bowiem było, że dwukrotny zwycięzca londyńskiej lewy Wielkiego Szlema, Rafael Nadal, nie zostanie rozstawiony wyżej i do gry przystąpi z „piątką” przy nazwisku. Jedni uznali to za skandal, drudzy za żart, jeszcze innych bardzo ta informacja ucieszyła. Niemniej jednak, Hiszpan stał się ćwierćfinałowym postrachem wyżej od siebie rozstawionych. Brytyjskie media oszalały i codziennie atakowały świat kolejnymi doniesieniami, co na ten temat sądzi Andy Murray, Roger Federer czy Novak Djoković. Davida Ferrera chyba zapomniano zapytać…

W piątek rano „postrach”, „przestraszeni” (zapewne David Ferrer też) i oczywiście brytyjskie media wstrzymali oddech. Po kilkunastu minutach Novak i David odetchnęli z ulgą. Obydwaj znaleźli się w górnej połówce drabinki, gdzie ciężko doszukać się nazwiska, które pokusiłoby się o sprawienie niespodzianki à la Rosol w ubiegłym roku i wyrzuciło któregoś z nich z turnieju jeszcze przed ćwierćfinałem. Bohaterowie dolnej połówki powinni za to dostarczyć kibicom wielu emocji.

Próbujący obronić tytuł (mission impossible?) Roger, próbujący zdobyć trzeci tytuł Rafa, próbujący wreszcie zdobyć tytuł Murray oraz próbujący wszystkiego „jeździec bez głowy” Tsonga chyba nas nie zawiodą… Pewni możemy być za to deszczu, drogich truskawek z bitą śmietaną oraz wielu artykułów o Andym Murray’u  w brytyjskich mediach.