Sereniada

W 2009 roku na łamach portalu Tennis Earth ukazał się artykuł pod tytułem: „When WTA became Williams Tennis Association”. Autor przedstawia w nim losy sióstr Williams od samego początku ich karier, śledzi ich wzloty i upadki, podkreśla role jakie odegrały we współczesnym tenisie i to, w jaki sposób obydwie zdominowały tę dyscyplinę. Całość puentuje stwierdzeniem, że obecnie WTA to siostry Venus i Serena i długo jeszcze taki stan rzeczy się utrzyma.

To było cztery lata temu. Już rok później autor tekstu mógł zwątpić w to, co sam napisał. Venus miała poważne kłopoty z utrzymaniem dobrej formy, do tego pod koniec sezonu zaczęły się pojawiać problemy zdrowotne. Młodsza z sióstr wygrała co prawda Australian Open i Wimbledon, ale kontuzja stopy wykluczyła ją z dalszej części rozgrywek. Rok później było już znacznie gorzej… Obydwie zmagały się z ogromnymi problemami zdrowotnymi: zator płucny Sereny i pustoszący organizm Venus zespół Sjoegrena spowodowały, iż niewielu wierzyło, że którakolwiek z sióstr będzie jeszcze w stanie wrócić na szczyt.

O ile Venus nie zdołała się podnieść (choć uparcie walczy), o tyle Serena wróciła mocniejsza niż kiedykolwiek. Już dwa miesiące po powrocie na kort potrafiła się zameldować w finale US Open (przegrała z Samanthą Stosur). Rok 2012 i 2013 to niekończące się pasmo sukcesów. I choć zdarzają jej się nieliczne wpadki, nikt nie ma wątpliwości, że skrót WTA znów można odczytywać jako Williams Tennis Association.

Tegoroczny sezon był tak naprawdę kontynuacją sezonu poprzedniego. Williams na każdym kroku pokazywała rywalkom, że ma siłę, a one na własnej skórze doświadczały tego, że ma siłę zbyt wielką. Po raz któryś okazało się, że tylko będąca w doskonałej formie Wiktoria Azarenka potrafi przeciwstawić się w pełni dysponowanej i zmotywowanej Williams. Reszta musi niestety liczyć na słabszy dzień Amerykanki. Do nielicznych los się uśmiechnął – Sloane Stephens, po doskonałym meczu, pokonała ją w ćwierćfinale Australian Open, a Sabine Lisicki wyeliminowała ją z walki o kolejny tytuł wimbledoński. I na tym kończy się lista tegorocznych potknięć liderki kobiecych rozgrywek. Lista sukcesów jest nieporównywalnie dłuższa (11 tytułów, w tym dwa wielkoszlemowe). Serena Williams drugi rok z rzędu kończy na pierwszym miejscu w rankingu, a na horyzoncie nie widać na razie nikogo, kto mógłby ją zrzucić z tronu.

Wiktoria Azarenka, Maria Szarapowa, Li Na czy Petra Kvitova to na pewno zawodniczki, które mają narzędzia, aby z Amerykanką walczyć. Jelena Janković i Angelique Kerber także pokazały, że potrafią sprawiać Serenie trudności. Tyle tylko, że mieć narzędzia i sprawiać trudności, to nie do końca to samo, co umieć wygrywać. Wolałabym też, aby te zwycięstwa odnoszone były nie tylko wtedy, kiedy Amerykanka biega na jednaj nodze i bolą ją plecy… Może przyszły sezon czymś mnie zaskoczy, kto wie…

Na koniec słów kilka o najlepszej polskiej tenisistce, Agnieszce Radwańskiej. Tegoroczny sezon nie był na pewno tak udany, jak poprzedni. Na ogromną pochwałę zasługuje postawa na kortach Wimbledonu, gdzie osiągnęła półfinał, i tryumfy w turniejach w Auckland, Sydney i Seulu. Martwić może brak lepszych rezultatów w turniejach rangi Premier Mandatory czy pozostałych turniejach wielkoszlemowych, ale przecież nie jest źle, a może być lepiej. I tego „lepiej” Agnieszce na przyszły rok życzę!

Reklamy