Vamos Rafa!

„Nie wiem, czy jest coś w życiu, co daje takie emocje, jak wygrana, w dowolnej dyscyplinie sportu i na dowolnym poziomie. Nie ma drugiego uczucia tak intensywnego ani tak radosnego. A im bardziej się łaknie zwycięstwa, tym większe jest uniesienie, kiedy się uda je odnieść”. Ostatnie zwycięstwo autora tych słów oraz jego emocjonalna reakcja tuż po tryumfie udowadnia, że mówił szczerą prawdę.

Rok temu Rafael Nadal oglądał mecz finałowy US Open siedząc przed telewizorem w domu na Majorce. Nikt nie wiedział wtedy, czy Hiszpan jeszcze kiedykolwiek pojawi się na korcie, nie mówiąc już o odnoszeniu zwycięstw w wielkich turniejach na twardej nawierzchni. Odnowiona po raz kolejny kontuzja kolana była na tyle poważna, że Nadal odwołał przygotowywany z wielkim namaszczeniem mecz pokazowy na Santiago Bernabéu, zrezygnował z udziału w igrzyskach olimpijskich, a później w otwartych mistrzostwach Stanów Zjednoczonych. Co więcej, po sensacyjnej porażce w drugiej rundzie Wimbledonu z Lukášem Rosolem, nie oglądaliśmy go aż do lutego roku bieżącego. Brak Hiszpana w rozgrywkach był odczuwalny. David Ferrer, który pod jego nieobecność wskoczył na czwarte miejsce w rankingu, mimo iż waleczny, pracowity i nieustępliwy, ponosił w wielkoszlemowych półfinałach sromotne klęski, nijak nie mogąc zastąpić swego bardziej utytułowanego kolegi z reprezentacji. Rozgrywki zdominowali Djoković, Murray i będący jeszcze w ubiegłym roku w dobrej formie Roger Federer. Czwartego do brydża nie było.

Plany powrotu Rafy na turniej wielkoszlemowy w Australii także spaliły na panewce. Pojawiły się głosy, że Rafa już nie wróci, ale – ku uciesze większości kibiców tenisa – wrócił. A powrót ten jest niebywały! Kiedy oglądałam jego pierwszy występ po powrocie, przez myśl mi nie przeszło, że Hiszpan tak zdominuje tegoroczne rozgrywki. Na małym turnieju w chilijskim Viña del Mar Nadal źle się poruszał, widać było, że zatracił dynamikę, a obandażowane kolano pokazywało, że wcale nie musi być z nim tak dobrze, jak zapewnia otoczenie Hiszpana. Jednak z meczu na mecz Rafael się rozkręcał. Dotarł do finału w singlu i w deblu i… obydwa przegrał. Jego singlowy pogromca, Horacio Zeballos, znajduje się na zaszczytnej liście trzech zawodników, którym w tym sezonie udało się go pokonać. W dalszych swych występach Nadal zaskakiwał bowiem cały tenisowy świat, wujka Toniego i siebie samego.

Po porażce z Zeballosem wygrał turnieje w São Paulo, Acapulco i Indian Wells. W Monte Carlo, jego królestwie, z tronu zrzucił go po ośmiu latach Novak Djoković, ale majorkański czołg jechał dalej, podbijając po drodze Barcelonę, Madryt i Rzym. Wszyscy zaczęli się zastanawiać, czy wystarczy mu paliwa na turniej Rolanda Garrosa. Ale paliwa było w baku pod dostatkiem. Po fascynującym pięciosetowym półfinale z Djokoviciem, niemal pewnym było, że Rafael Nadal przejdzie do historii jako jedyny tenisista, który wygrał konkretny turniej wielkoszlemowy aż osiem razy. Przypieczętował to, pokonując w finale Davida Ferrera.

Zadyszka pojawiła się podczas Wimbledonu, ale z dzisiejszej perspektywy, porażka w pierwszej rundzie ze Stevem Darcisem, była zbawienna. Dodatkowy odpoczynek sprawił, że od początku sierpnia najważniejsze turnieje znowu padają łupem Nadala. Wygrał w Montrealu i Cincinnati. Był więc najpoważniejszym kandydatem do zwycięstwa na kortach Flushing Meadows. Tak jak w przypadku Wimbledonu, zacierano ręce na myśl o ćwierćfinałowej potyczce Hiszpana z Rogerem Federerem, ale i tym razem do konfrontacji nie doszło. Szwajcarski arcymistrz odpadł rundę wcześniej z Tommym Robredo, z którym do tego momentu przegrał tylko trzy sety w dziesięciu spotkaniach… Trzeba było zatem obejść się smakiem, choć od pewnego czasu rywalizacja ta jest do bólu przewidywalna, a fajerwerków w niej jak na lekarstwo. Ma jednak jakąś magię, która powoduje, że stadiony zapełniają się po brzegi, a ja zarywam kolejną noc…

Nadal dotarł do finału bez większych problemów. Stracił jednego seta z Kohlschreiberem i został przełamy tylko raz (sztuka ta udała się Gasquetowi w półfinale). Ale w najważniejszym meczu czekał rywal najgroźniejszy, lider rankingu, zmora z roku 2011, Novak Djoković. Serb może we wcześniejszych meczach nie błyszczał, ale wiedziałam, że w finale będzie niesamowicie groźny. I był! Po nieudanym pierwszym secie, którego przegrał 2:6, ruszył do ataku, przejął kontrolę nad meczem i doprowadził do remisu. Panował też na początku seta trzeciego, ale Nadal nie byłby sobą, gdyby nie walczył do końca jak lew. Po tym, jak w dziewiątym gemie obronił trzy piłki na przełamanie, wygrał gema serwisowego Serba i wyszedł na 2:1 w setach. W czwartym Novak zdołał wygrać już tylko jednego gema.

Po trzynastym zwycięstwie w turnieju wielkoszlemowym, drugim w US Open, Nadal płakał jak dziecko. Wszystkie emocje, jakie targały nim przez ostatni rok, znalazły ujście. Kontuzja, złe diagnozy lekarzy, opinie, że już nigdy nic wielkiego nie wygra, to historia. Wrócił, wygrał dziesięć z trzynastu turniejów, w których startował, w tym dwa wielkoszlemowe, bilans meczów: 60:3, w tym z graczami pierwszej dziesiątki rankingu: 10:1, na kortach twardych jest na razie niepokonany. Ma niemal zapewnioną pozycję lidera rankingu na koniec sezonu, a przecież nie grał w Australii i odpadł w pierwszej rundzie Wimbledonu. Można Hiszpana lubić, bądź nie, nie każdemu pasuje jego tenis, nie każdemu pasuje on sam, ale za wynik trzeba go szanować.

Rafael Nadal buduje dalej swoją legendę i goni wielkiego Samprasa i jeszcze większego Federera. Czy dogoni? Trudno prorokować. Jeżeli zdrowie mu pozwoli, ma na to duże szanse. Ja trzymam za niego kciuki…

Reklamy

Tenisiści w cieniu „Czerwonego Wiewióra”

Pierwszy tydzień wielkoszlemowego turnieju US Open dobiega końca, a ja na palcach jednej ręki mogłabym policzyć mecze, które niosły ze sobą jakieś emocje. Zarówno u pań, jak i u panów, wieje nudą. Największą atrakcją turnieju jest, jak do tej pory, niesforna wiewiórka, która co rusz wpada na jakieś spotkanie i wprowadza nieco życia na senne korty Flushing Meadows.

Patrząc jednym okiem na „fascynujące” spotkanie Andy’ego Murray”a z Florianem Mayerem, zastanawiam się, ile jeszcze przyjdzie mi czekać na mecz, który wciśnie mnie w fotel. Dwa ciekawe, acz nie porywające, mecze Juana Martina del Potro (wygrany – z Guillermo Garcią-Lopezem i przegrany – z Lleytonem Hewittem), dwa mecze Johna Isnera (wygrany – z Gaelem Monfilsem i przegrany – z Philippem Kohlschreiberem) oraz mecz Venus Williams z Jie Zheng to trochę mało, jak na siedem dni tak prestiżowego turnieju… „Młode strzelby”, które miały toczyć wyrównane boje z faworytami, po raz kolejny pokazały, jak daleko im jeszcze do czołówki. Żenujące porażki Janowicza, Dimitrowa, Tomica, Paire’a czy Nishikoriego z zawodnikami z zaplecza ATP, powinny dać im sporo do myślenia. Jak na razie, swoje szanse wykorzystuje tylko Milos Raonić, który wczoraj awansował już do czwartej rundy.

Faworyci nie zawodzą (może oprócz Del Potro, na którego po cichu liczyłam), choć trudno jednoznacznie określić, w jakiej są formie. Przeciwnicy nie stawiają im jak na razie zbyt wielkiego oporu, więc i oni pełni swych możliwości pokazywać nie muszą. W następnej rundzie powinno być już znacznie ciekawiej.

W turnieju pań doszło co prawda do kilku niespodzianek, ale czy ktoś pokładał jakieś wielkie nadzieje w słabo dysponowanej ostatnio Petrze Kvitovej czy, z reguły grającej dobrze tylko na kortach ziemnych, Sarze Errani? Nie sądzę. Za chwilę mecz Sereny Williams ze Sloane Stephens. Czy Sloane stać na to, aby po raz kolejny pokonać utytułowaną rodaczkę w wielkoszlemowym turnieju? Sądzę, że tak, ale biorąc pod uwagę to, że Williams pała żądzą rewanżu za porażkę w ćwierćfinale Australian Open, będzie to niezwykle trudne zadanie…

Mam nadzieję, że przyszły tydzień w końcu obrodzi w fascynujące spotkania, które wynagrodzą mi dotychczasowe nudy. Na tryb nocny już się przestawiłam, więc do dzieła Panowie i Panie!

Betonowy zawrót głowy

Ciary na plecach są? Są! Ręka od przepisywania turniejowych drabinek do nowego, pięknego, stworzonego przez Martę (skrapowice.wordpress.com – polecam!) zeszytu boli? Boli! Znak to, że ostatnia lewa Wielkiego Szlema tuż, tuż. Zanim jednak obiecane przepowiednie „Wróżbity Macieja” na tegoroczny US Open, słów kilka o tym, co działo się w amerykańskich turniejach poprzedzających tę wielką tenisową ucztę.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA            OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Corocznie przygoda z twardymi amerykańskimi kortami rozpoczyna się na miesiąc przed nowojorską imprezą. Pięć turniejów ATP: Atlanta (250), Waszyngton (500), Toronto/Montreal (1000), Cincinnati (1000) i Winston-Salem (250) oraz pięć turniejów WTA: Stanford, Carlsbad, Toronto/Montreal, Cincinnati i New Haven składają się na tzw. US Open Series. Zwycięzca cyklu może liczyć na premię w wysokości miliona dolarów, jeżeli okaże się być także tryumfatorem US Open. Jeżeli osiągnie gorszy wynik, dostanie mniej, proste.

W tym roku chrapkę na najwyższą premię mogą mieć Serena Williams i Rafa Nadal. Amerykanka wygrała turniej w Toronto, zagrała w finale  w Cincinnati, gdzie przegrała z Azarenką i o 25 punktów wyprzedziła Białorusinkę w końcowym zestawieniu. Hiszpan wygrał dwa najlepiej punktowane turnieje cyklu – Montreal i Cincinnati i tym samym zapewnił sobie drugi w karierze tryumf w US Open Series. Czy dodatkowy milion zasili ich konta? Tego nie wiem, ale obydwoje mają na to ogromne szanse. Nie będę oryginalna, jeżeli powiem, że to właśnie Serena i Rafa są dla mnie głównymi kandydatami do zwycięstwa na kortach Flushing Meadows.

I doszłam do najważniejszej części tekstu – przepowiedni turniejowych. Wimbledońskie mi nie wyszły, ale drzemiący we mnie „Wróżbita Maciej” podpowiada, że tym razem będzie inaczej. Ostatnia lewa Wielkiego Szlema 2013 padnie łupem Hiszpana z Majorki, od zawsze „Króla Mączki”, od marca bieżącego roku również „Króla Betonu”. W finale pokona on Andy’ego Murray’a, „Ostatniego Króla Szkocji”, który w półfinale pokona Juana Martina del Potro, zwanego  „Drwalem z Tandil”. Novak Djoković, „Słońce Bałkanów”, nie zdąży wprowadzić do swej gry nowatorskich pomysłów jego nowego trenera, Wojciecha „Umówić Cię z Kimś” Fibaka i polegnie z rąk „Drwala” w ćwierćfinale. A „Maestro z Bazylei”? Cóż, „Nadal w ćwierćfinale” nie brzmi dobrze. Szansę na dobry wynik (ze względu na przyjemne losowanie) mają także Jerzy Janowicz, Ernests Gulbis czy Milos Raonic.

Wśród kobiet zwycięży Serena Williams, albo… Wiktoria Azarenka. Jeszcze nie oświeciło mnie wystarczająco w tej kwestii. Szanse Agnieszki Radwańskiej? Podobnie, jak w przypadku „Maestro”: „Williams w półfinale nie brzmi dobrze”.  Agnieszka zaczyna turniej już dzisiaj, a mecz z Silvią Solar-Espinosą wcale nie musi być łatwy.

Ciary na plecach są? Są! US Open czas zacząć!

P.S. Jeżeli w ciągu najbliższych dwóch tygodni napiszę coś, co nie będzie miało jakiegokolwiek sensu, to wybaczcie… Sen, to jest coś, czego w najbliższych dniach będzie mi bardzo, ale to bardzo, brakowało…