Kolarze w skwarze

Urlop regularnemu pisaniu nie sprzyja… Wreszcie znalazłam trochę czasu, aby zdać Wam relację z ostatniego etapu tegorocznego Tour de Pologne.

Tak jak pisałam wcześniej, Kraków był jedynym miejscem, do którego mogłam się wybrać, aby obejrzeć kolarzy na żywo. Spakowałam więc plecak i wraz z Mężem wsiadłam w sobotni poranek do zapchanego po brzegi turystami w skarpetach i sandałach pociągu relacji Białystok-Zakopane. Oczywiście nie dostaliśmy miejscówek, więc mentalnie musieliśmy się przygotować na czterogodzinną męczarnię na korytarzu. Szczęście nam jednak dopisało, bo stanęliśmy w miejscu, o którym ktoś chyba zapomniał. Kiedy pociąg wyjechał z Warszawy wpakowaliśmy się do puściutkiego przedziału i w komfortowych warunkach dotarliśmy do stolicy Małopolski. Ta przywitała nas tropikalnym wręcz upałem i (jak zwykle) niemal azjatyckim tłokiem. Kiedy dotarliśmy na rynek, z przerażeniem stwierdziłam, że przyjdzie nam obserwować zmagania cyklistów w pełnym bądź… pełniejszym słońcu. Po zbadaniu terenu, znaleźliśmy dobrą miejscówkę pod jednym z bardzo licznych balonów reklamowych i cierpliwie czekaliśmy na pierwszego zawodnika. Co chwilę jacyś niemieccy turyści pytali nas, po co to zbiegowisko na rynku. Kiedy próbowałam im przybliżyć charakter imprezy, tylko kręcili nosem i narzekali, że teraz nie będą mogli w spokoju zjeść schabowego i napić się piwa patrząc na Kościół Mariacki…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA                OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Słońce nie dawało chwili wytchnienia. Niektórzy chłodzili się  w fontannie, inni, idąc śladem niemieckich turystów, stawiali na zimne trunki. Ja postanowiłam zdobyć gustowny różowy kapelusz z logo jednego ze sponsorów wyścigu. W tym celu udałam w się w okolice mety, gdzie je rozdawano. Wierzcie mi, zdobycie tego kapelusza kosztowało mnie trzy siniaki, parę otarć, kilka szturchańców w żebra i mnóstwo niecenzuralnych słów od babć, które brały je hurtowo dla całych rodzin. Bo jak ja tu śmiem chcieć jeden dla przykrycia mojej ugotowanej głowy, kiedy one muszą mieć po sto! Kiedy już zdobyłam to trofeum wojenne i dumnie je przywdziałam, udałam się szybko w kierunku naszego balona pod Mariackim. Marsz przerwałam na krótką chwilę, zauroczona jednym z moich telewizyjnych „ulubieńców” – Maciejem Kurzajewskim, który brylował przy mikrofonie w zaaranżowanym na studio namiocie. Tłumaczył coś zaciekle swoim gościom, w tym Michałowi Kwiatkowskiemu, ale oni zdawali się być myślami zupełnie gdzie indziej (a to niespodzianka). Musiałam przystanąć i zrobić zdjęcie. Na pamiątkę.

Pierwszy zawodnik pojawił się na rynku, kiedy moja twarz miała kolor purpury. Sebastian Szczęsny, tym razem bez motocykla, krzyczał po drugiej stronie rynku ile sił w płucach, kto jedzie i jaki ma czas, ale do nas docierał tylko cichy pomruk. Sto metrów od mety nie słyszeliśmy niczego… Byłam wściekła, bo zapomnieliśmy zabrać z domu listę startową i musiałam się bawić w zgadywanki, kto to wyłania się zza zakrętu. Myślę, że można było rozstawić więcej głośników, skoro kolarze przejeżdżali wokół całego rynku. Po drugiej stronie też stali kibice. Aha, co do kibiców. To, że niemieccy turyści zajadający schabowe, nie dopingowali wycieńczonych upałem i przebytymi w niesamowitym tempie kilometrami zawodników jeszcze potrafię zrozumieć, ale dlaczego reszta była tak cicho? Nie dość, że jak na ostatni etap dużego wyścigu z metą w tak zatłoczonym zawsze miejscu, jakim jest Rynek Główny w Krakowie, kibiców było niewielu, to jeszcze siedzieli cicho jak trusia. Tego zrozumieć nie umiem. Trudno pobić przez chwilę brawo?  Głośniej zrobiło się tylko w momencie, kiedy do mety dojeżdżał, poobijany po upadku na poprzednim etapie, Rafał Majka. Polak zaprezentował się w czasówce świetnie i chociaż stracił ostatecznie miejsce na podium w klasyfikacji końcowej, mogliśmy być z niego dumni.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA                      OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Etap z metą w Krakowie wygrał Sir Bradley Wiggins. Brytyjczyk, wcześniej niewidoczny, zrobił to, co do niego należało. Przyjechał z zamiarem wygrania „czasówki” i to zrobił. Najsympatyczniejszym kolarzem świata bym go jednak nie nazwała… Jubileuszowy 70. Tour de Pologne wygrał Holender Pieter Weening, który na ostatnim etapie wykręcił szósty czas. Niestety nie mogłam zostać na ceremonii dekoracji zwycięzców, ale zdążyłam obejrzeć wszystkich zawodników, z czego bardzo się cieszę.

Z Krakowa wyjeżdżałam pełna podziwu dla zawodników, z mnóstwem zdjęć, różowym kapeluszem i czerwoną opalenizną. Za rok na pewno znów spakuję plecak i udam się na któryś z etapów Tour de Pologne. Mam nadzieję, że kibiców będzie więcej, doping głośniejszy a pogoda równie udana. Do zobaczenia!

P.S. Więcej zdjęć znajdziecie tutaj.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Reklamy

Dookoła Polski, czyli trochę Śląska, trochę Małopolski i… włoskie Alpy

Po trzech tygodniach morderczego Tour de France zawsze z chęcią obserwuję Tour de Pologne. Tygodniowy wyścig po polskich drogach przykuwa moją uwagę na tyle mocno, że na długo przed jego rozpoczęciem analizuję  trasę i wybieram miejsca, do których mogę się udać, aby zobaczyć kolarzy na żywo. Ostatnimi czasy liczba tych miejsc drastycznie maleje. Jeszcze kilka lat temu trasa wyścigu biegła z północy na południe. Cyklistów mogli zobaczyć m.in. mieszkańcy Pomorza, Kujaw, Wielkopolski, Mazowsza oraz Górnego i Dolnego Śląska. Od 2008 roku wyścig przeniósł się wyłącznie na południe Polski. Nie pozostawało mi więc nic innego, jak corocznie pakować plecak i ruszać przez pół Polski w odwiedziny do rodziny w Dąbrowie Górniczej. W tym roku o Dąbrowę zahaczyć nie dam rady… Mogłabym odwiedzić rodzinę w Poznaniu, Zielonej Górze czy Sanoku, ale tam Tour de Pologne od wielu lat nie zagląda…

Zawsze podziwiałam Czesława Langa za to, że swym uporem i ciężką pracą potrafił stworzyć wspaniały zawodowy wyścig na terenie Polski, ale ostatnio wyścig ten, podobnie jak pewien rajd po bezdrożach Argentyny, Chile i Peru, niewiele ma wspólnego z nazwą jaką nosi. Kraków, Katowice, Zakopane i czasami Jelenia Góra to tylko malutki skrawek naszego kraju. W tym roku organizatorzy posunęli się jeszcze dalej i dwa pierwsze etapy Tour de Pologne postanowili zorganizować we włoskich Dolomitach. Że niby będzie ciekawiej, że będą wreszcie wysokie góry, że to uczczenie pamięci Jana Pawła II i że niby według słów polskiego hymnu „z ziemi włoskiej do Polski”. Pytam tylko, po co? Czy wyścig bez morderczych wspinaczek, to wyścig gorszy? Czy kolarze jeżdżący słabiej w górach, to kolarze drugiej kategorii? Czy kibice, cykliści i oficjele nudzili się podczas poprzednich edycji? Do mnie oficjalne argumenty organizatorów nie przemawiają (te nieoficjalne, finansowe, byłyby bardziej wiarygodne). Jana Pawła II równie dobrze można uczcić w Wadowicach, w hymnie są również słowa o Poznaniu, a bardzo wysokich gór w Polsce po prostu nie ma.

Wiem, że wielu kibicom tegoroczny pomysł Czesława Langa przypadł do gustu. Mnie się on nie podoba. Z siedmiu etapów po południowych rubieżach Polski, teraz zrobiło się tylko pięć. Z Tour de Pologne pozostało, prócz nazwy, bardzo niewiele. Wybieram się na ostatni etap z metą w Krakowie (z czego na pewno zdam relację), większego wyboru niestety w tym roku nie miałam.