Brzydki zapach Armstronga

Przed rozpoczęciem Tour de France pisałam o tym, kto jest faworytem tegorocznej edycji. Nie ukrywałam też, że życzę temu faworytowi zwycięstwa. Swojego zdania na ten temat nie zmieniłam, ale sposób w jaki ów faworyt, Chris Froome, zwycięża na kolejnych etapach wyścigu, deklasując wręcz rywali, napawa mnie lekkim niepokojem.

Kolarstwo śledzę od niemal dwudziestu lat… Jedni powiedzą, że to mało i że nic na ten temat nie wiem, dla innych będzie to cała wieczność, bo pamiętam wyścigi bez słuchawek w uszach i bez obowiązkowych kasków. Przez te wszystkie lata udało mi się widzieć wielkie zwycięstwa i wielkie upadki wielkich kolarzy.

W 1996 roku, po pięciu latach dominacji Miguela Induraina, Le Tour padło łupem Duńczyka Bjarne Riisa (łysinę pamiętam do dziś). Wygrał w wielkim stylu. W 2007 roku przyznał, że w latach 1993-1998 stosował EPO, hormon wzrostu i kortyzon. Dziś jest dyrektorem sportowym grupy Saxo-Tinkoff, w której szeregach jeździ m.in. Alberto Contador (o nim dalej w tekście)…

W roku 1997 klasyfikację generalną wygrał Jan Ullrich. Rudy Niemiec był w owym czasie moim ulubionym kolarzem, więc bardzo mnie to zwycięstwo ucieszyło. Świetnie jeździł na czas, był także jednym z najlepszych „górali”. W roku 2002 za stosowanie dopingu został zdyskwalifikowany na pół roku, a w roku 2006 nie dopuszczono go do startu w Tour de France w związku z odkryciem jego powiązań z hiszpańskim lekarzem Eufemiano Fuentesem (tzw. Operacja Puerto).

Tour de France 1998 (zwany również, ze względu na wielką aferę dopingową w grupie Festina, „Tour de Dopage”, czyli „Wyścig dopingu”) wygrał Włoch Marco Pantani (tę łysinę pamiętam równie dobrze), który rok później, na dzień przed zakończeniem Giro d’Italia, którego był liderem, został przyłapany na stosowaniu dopingu. Pantani to postać tragiczna kolarstwa. Po aferze z 1999 roku, wpadł w depresję i sięgnął po narkotyki. Do wielkiej formy nigdy już wrócił. W roku 2004 został znaleziony martwy w pokoju hotelowym w Rimini. Powodem śmierci było przedawkowanie kokainy i leków antydepresyjnych.

Lata 1999-2005 to dominacja Lance’a Armstronga. Obwołany za życia największym kolarzem w historii, teraz jest symbolem największego sportowego oszustwa dopingowego. Amerykanin, który po ciężkiej walce z chorobą nowotworową, powrócił do kolarstwa i wygrał siedem razy z rzędu najbardziej prestiżowy wyścig globu, był dla wielu wzorem do naśladowania. Deklasował rywali w górach i podczas jazdy indywidualnej na czas, a podejrzeń o doping nikomu nie udawało się udowodnić. Armstrong odcinał się zarówno od skazanego za podawanie kolarzom niedozwolonych substancji, związanego z jego grupą – US Postal, doktora Michela Ferrari, jak i oskarżających go o doping byłych kolegów z zespołu – Tylera Hamiltona i Floyda Landisa (o nim niżej w tekście). Wszystko do czasu. W połowie 2012 roku Amerykańska Agencja Antydopingowa (USADA) oficjalnie oskarżyła Armstronga o stosowanie dopingu w latach 1996-2011, a w listopadzie Międzynarodowa Unia Kolarska (UCI) uznała odebranie mu wszystkich tytułów zdobytych po 1 sierpnia 1998 roku oraz potwierdziła jego dożywotnią dyskwalifikację. Po miesiącach zaprzeczania, na początku roku 2013, Lance Armstrong przyznał się do tego, że podczas swojej kariery stosował m.in. EPO, transfuzje krwi i hormon wzrostu. Legenda upadła…

Po erze Armstronga, w roku 2006, Tour de France wygrał Floyd Landis. W 2007 roku zwycięstwo to zostało mu jednak odebrane. U Landisa wykryto bowiem podwyższony poziom testosteronu. Oficjalnym zwycięzcą ogłoszono Hiszpana Oscara Pereiro.

W roku 2007 oraz w latach 2009-2010 w klasyfikacji generalnej zwyciężał Alberto Contador. Zawsze lubiłam Hiszpana za ofensywny styl jazdy. Kiedy była taka możliwość, nie bał się atakować. Niestety, w roku 2010, u Contadora wykryto śladowe ilości klenbuterolu. Hiszpan tłumaczył się, że specyfik dostał się do jego organizmu wraz ze spożytą wołowiną. W 2012 roku został jednak zdyskwalifikowany na dwa lata (począwszy od 6 sierpnia 2010 roku), odebrano mu także zwycięstwo w Tour de France z roku 2010 (oficjalnym zwycięzcą został Luksemburczyk Andy Schleck)  i anulowano jego wszystkie póżniejsze wyniki.

Od czasów Bjarne Riisa, czyli pierwszego wyścigu Tour de France, który bardzo dobrze pamiętam, tylko trzech zwycięzców Wielkiej Pętli nie zostało (jeszcze?) posądzonych o doping (specjalnie nie wspominam o miejscach drugich i trzecich, bo wpis urósłby do potężnych rozmiarów)- Carlos Sastre (2008), Cadel Evans (2011) i Bradley Wiggins (2012). Niezbyt chlubny to wynik.

W tym roku podejrzenia znowu się pojawiają. Froome jedzie niesamowicie. W górach odjeżdża rywalom z dziecinną łatwością, w jeździe indywidualnej na czas, podobnie. Smród jaki pozostawił po sobie Armstrong i spółka ciągle unosi się nad peletonem kolarskim i trudno dziwić się tym wszystkim, którzy w takie nadzwyczajne moce otrzymane w darze od natury przestali wierzyć. Daleko mi do tych, którzy Froome’a już skreślili z listy zwycięzców Tour de France, ale nie przekonują mnie ani żadne raporty z badań, które upublicznia ekipa Sky, ani zapewnienia samego kolarza i jego łagodny wzrok. Wielu już było uśmiechniętych, wielkodusznych i przebadanych, którzy swym życiem ręczyli, że są czyści jak łza. a po latach sami organizowali konferencje prasowe, na których przyznawali się do stosowania dopingu. Mam nadzieję, że „Biały Kenijczyk” będzie się cieszył sławą dłużej niż wymienieni powyżej niegdysiejsi bohaterowie Wielkiej Pętli, żadnej konferencji za parę lat nie zwoła, a podejrzenia powodowane są tylko i wyłącznie, pozostawionym nam w spadku po wydarzeniach minionych, obsesyjnym węszeniem spisków i przekrętów.

Reklamy

Zamki, krowy i traktory, czyli w oczekiwaniu na Mont Ventoux i L’Alpe d’Huez

Uwielbiam płaskie etapy Tour de France. Cisza, spokój, nic się nie dzieje. Ktoś ucieka przez dwieście kilometrów, peleton dogania go na dwa kilometry przed metą, a etap wygrywa dobry sprinter. Czasem zdarzy się jakaś kraksa na finiszu, czasem krowy lub konie zasilą szeregi peletonu, czasem grupa miejscowych rolników ułoży na swych polach ciekawy wzór z beli słomy, czasem nawet zatańczą traktory. Komentatorzy przytaczają poematy o kolarstwie i opowiadają o historii wszystkich mijanych przez cyklistów zamków. Opowieści tych słucham zawsze z wielkim zainteresowaniem i obiecuję sobie, że większość z nich na pewno zapamiętam.

Dzisiejszy etap był płaski jak stół. Ucieszyłam się mocno na myśl o kolejnych legendach zamkowych i wynikach pomysłowości francuskich rolników. Tymczasem kolarze postanowili wszystkim sprawić psikusa i z nudnego na papierze etap zrobili prawdziwy thriller. Była ryzykowna ucieczka drużyny Alberto Contadora, któremu udało się odrobić minutę do Chrisa Froome’a, była też spektakularna porażka dotychczasowego wicelidera Alejandro Valverde, który stracił do zwycięzcy, Marka Cavendisha, prawie dziesięć minut i spadł w klasyfikacji generalnej na 16. miejsce. Znowu dobrze pojechał Michał Kwiatkowski, który dzielnie broni białej koszulki lidera klasyfikacji młodzieżowej.

W niedzielę kolarze wjeżdżają w góry. Pora więc pożegnać krowy, kombajny i zamki i zaprzyjaźnić się z mgłą, wąskimi ulicami i barwnymi kibicami, którzy włażą wprost pod koła rowerów. Mam nadzieję, że Froome, Contador i spółka będą walczyć o zwycięstwo tak, że ani przez chwilę nie zatęsknię do barwnych opowieści o francuskim Średniowieczu.

Dwadzieścia sześć lat i jedna sekunda

W 1987 roku Lech Piasecki, jako pierwszy i jak dotąd jedyny Polak, założył słynną „le maillot jaune” i został liderem Tour de France. Miano to dzierżył jedynie przez jeden etap, ale dla kolarza jest to niebywałe osiągnięcie i prestiż. Wystarczy przeczytać kilka wywiadów z zawodnikami, którzy kiedykolwiek mogli włożyć na siebie żółtą koszulkę. Jak bumerang powracają w nich słowa o najszczęśliwszym dniu w ich życiu, spełnieniu marzeń i największym osiągnięciu w karierze. Le Tour jest wyjątkowym wyścigiem, z wielkimi tradycjami, a zostanie jego liderem, choćby na jeden dzień, to na pewno wielkie przeżycie.

Wczoraj przed szansą na powtórzenie wyczynu Piaseckiego stanął Michał Kwiatkowski. Polak osiąga w tym roku świetne wyniki. Był czwarty w klasyfikacji końcowej Tirreno- Adrìatico i piąty w słynnej Walońskiej Strzale. W tegorocznym Tour de France był już indywidualnie trzeci i czwarty, a wczoraj dołożył do tego drugie miejsce w drużynowej jeździe na czas. Nie mogłam oglądać etapu na żywo, ale obejrzałam wieczorem powtórkę i muszę powiedzieć, że nie dałam rady usiedzieć na miejscu, kiedy komentatorzy odliczali sekundy przewagi, jakie pozostały drużynie Polaka (Omega Pharma- Quick Step) nad zbliżającą się do mety ostatnią ekipą, jaka mogła ich pobić. „Sześć, pięć, cztery… Nie! Za szybko liczę… Sześć, pięć, cztery…”- nikt tak nie potrafi budować napięcia w trakcie relacji z wyścigów kolarskich, jak Panowie Jaroński i Wyrzykowski…

Niestety, do powtórki wydarzenia sprzed 26. lat nie doszło. Drużyna Kwiatkowskiego przegrała z australijską Oricą o… 0,78 sekundy i Polak, z sekundową stratą do prowadzącego Simona Gerransa, jest obecnie czwarty w klasyfikacji generalnej. Szkoda, zabrakło tak niewiele, a na kolejnych etapach atak na fotel lidera może być już znacznie trudniejszy. Pozostaje trzymać kciuki za Michała i życzyć mu, aby spełniło się jego marzenie o żółtej koszulce.

Tour de France i „Strażnik Teksasu”

Pewien słoneczny lipcowy dzień 1996 roku… Siedzę rozłożona w fotelu i z ogromnym zaangażowaniem oglądam cały, ponad 200-kilometrowy, etap Wielkiej Pętli na niemieckojęzycznym Eurosporcie. Około godziny 15 do pokoju wchodzi mój dziadek. Patrzy w telewizor, podobnie jak ja nie rozumie ani słowa z tego, co mówią komentatorzy, ale widzi, że z pasją obserwuję jadący peleton. Wychodzi. Za godzinę wraca. Peleton jak jechał, tak jedzie, nic się nie zmieniło, a ja ciągle na to patrzę tak, jakby tam leciał jakiś wybitny film sensacyjny. Wychodzi. Wraca po kilkudziesięciu minutach, coraz bardziej zniecierpliwiony. Kolarze jadą i chyba nie zamierzają dojechać do mety, a wnuczka jak zahipnotyzowana śledzi to pedałowanie. Przeszedł po pokoju raz i drugi i w końcu przemówił: „Mają jeszcze pół godziny… Później przełączam na Strażnika Teksasu!”. Na szczęście zdążyli, a dziadek mógł się emocjonować kolejnymi wyczynami Chucka Norrisa.

Już w najbliższą sobotę rusza jubileuszowy 100. Tour de France. Trzy tygodnie ciężkiej kolarskiej pracy. 21 etapów (w tym 6 typowo górskich) i tylko dwa dni odpoczynku. Faworyt jeden – Christopher Froome. Brytyjczyk jest w doskonałej formie i mam nadzieję, że w tegorocznym wyścigu uda mu się sięgnąć po zwycięstwo. Już w roku ubiegłym mógł pokazać Sir Bradley’owi Wigginsowi plecy, ale plan ekipy Sky był inny…

Przez 17 lat wiele się zmieniło… Głosu dziadka już niestety nie usłyszę, czasu na oglądanie całych etapów (na szczęście na polskojęzycznym Eurosporcie) także już nie mam. Kolarze, którym wtedy kibicowałam: Ullrich, Zabel, Virenque, po latach okazywali się być oszustami, a samo kolarstwo zostało naszpikowane technologią, która według mnie zabija tę piękną dyscyplinę sportu. Pozostała frajda z oglądania zmagań cyklistów i wciąż obecny na naszych ekranach, niezniszczalny Chuck Norris.