Zielonym do góry!

W powietrzu unosi się jeszcze czerwona mączka kortów Rolanda Garrosa, a lada chwila rozpocznie się już kolejny turniej wielkoszlemowy. Wimbledon – mimo że magiczny i historyczny – jest najmniej przeze mnie lubianą lewą Wielkiego Szlema. I nie chodzi wcale o to, że uważam – podobnie jak Ivan Lendl – iż trawa jest tylko dla krów. Po prostu, po miesiącach gry na kortach twardych i ceglastych bardzo trudno jest mi się przestawić na odbiór tenisa na trawie. Zawsze, kiedy dzień po finale w Paryżu, telewizje zaczynają pokazywać turnieje w Queen’s Club i Halle, czuję się, jabym trafiła na jakąś inną planetę. I nim się przyzwyczaję, sezon na trwanikach dobiega końca. Może gdyby trwał dłużej, byłoby mi łatwiej i polubiłabym go bardziej…

Niektórzy koneserzy tenisa zapewne uznają moje wyznanie za grzech śmiertelny tenisowego kibica, bo przecież Wimbledon trzeba kochać miłością wielką i najgorętszą. Tu się gra w prawdziwy tenis, tu jest przywiązanie do tradycji, tu publiczność i atmosfera jest najlepsza, to jest historia tej gry… Do mnie te argumenty nie przemawiają. Owszem, pochwalam przywiązanie do tradycji, cenię kulturalną, acz sztywną niekiedy publiczność, z historią także nie zamierzam dyskutować. Ile jest prawdy w opowieściach o magii tego miejsca nie wiem, nie jestem tenisistą, którego największym marzeniem jest wygrać na kortach na SW19. Wystarczy jednak przeczytać kilka historii tenisistów spoza czołówki (dla przykładu: http://www.trolltennis.com/2014/06/19/the-frank-dancevic-expose/), aby dowiedzieć się, że rzeczywistość wcale nie jest tak bajkowa, jak opisują ją, stosując ciągle te same wyświechtane formułki, gwiazdy i organizatorzy.

Nie jest jednak tak, że tenisa na trawie nie lubię. Przez ostatnie dwa tygodnie z otwartą szeroko buzią podziwiałam wyczyny Feliciano Lopeza czy Radka Štěpánka. Panowie grali w sposób olśniewający! Tyle slajsów, skrótów i wolejów nie ogląda się w ostatnich latach zbyt często. Gorzej, jeżeli na kort wychodzą panowie Karlović i Anderson i mecz wygląda w sposób następujący: serwis-punkt, serwis-punkt, serwis-punkt, serwis-gem, zmiana stron i od nowa… I tak przez trzy sety z tie-breakami… Może niektórych to urzeka, mnie niestety nie…

Tyle marudzenia, bo kiedy turniej się zacznie, mój Mąż znowu będzie się chciał wyprowadzić z domu, nie mogąc patrzeć na to, co wyprawiam oglądając tenis. Dodatkowo trwa mundial, więc stresu będzie co niemiara. Kto wygra? „Daj Boziu niebo” temu, kto odgadnie. Próbowałam przez dwa ostatnie lata i, jakkolwiek zwycięzcę trafiłam, przebieg turnieju zaskakiwał mnie po wielokroć. Nie wierzę w obronę tytułu przez Andy’ego Murray’a, nie spodziewam się nagłego wybuchu formy Jerzego Janowicza. Groźny będzie jak zwykle Djoković oraz Roger Federer, który do półfinału ma drogę usłaną różami. Co prawda, jeżeli Rafael Nadal, jakimś cudem, doczłapie do tego etapu turnieju, droga ta może okazać się cierniową…  Ale Hiszpan losowanie ma trudne  i musi naprawdę ciężko pracować od pierwszej rundy, aby myśleć o poprawieniu swoich ostatnich wimbledońskich wyczynów. Z przyjemnością będę obserwować wspomnianych wyżej Lopeza i Štěpánka (ten, w drugiej rundzie trafia najprawdopodobniej na Novaka Djokovicia, więc mogę nie zdążyć nacieszyć oka…), ciekawa jestem też postawy Grigora Dimitrowa… Bułgar ma narzędzia do tego, aby w Londynie zajść wysoko.  Może z dobrej strony pokaże się Kei Nishikori, może Milos Raonic, może Ernests Gulbis (oby!)…

O paniach trudno powiedzieć mi cokolwiek. Wydaje się, że Serena Williams jest niekwestionowaną faworytką, ale ten sezon Amerykanki nie jest fascynujący. Liderka światowego rankingu zmaga się od jakiegoś czasu z mniejszymi lub większymi kontuzjami i wygląda na nieco znudzoną, przybitą, gra bez pełnego zaangażowania i entuzjazmu. Maria Szarapowa, opromieniona tryumfem w Paryżu, jest na pewno druga w kolejce do końcowego zwycięstwa, ale jest na kursie kolizyjnym właśnie z Sereną Williams. Jeżeli obie panie spotkają się w ćwierćfinale, istnieje duże prawdopiedobieństwo, że jego zwyciężczyni kilka dni później uniesie w górę paterę Venus Rosewater. Wiktoria Azarenka wraca po długiej przerwie spowodowanej kontuzją stopy i raczej nie będzie się liczyć w meczach o nawyższą stawkę. Agnieszka Radwańska na losowanie narzekać nie może, choć w swojej części drabinki ma odwieczne postrachy: Kuzniecową i Makarową. O grze polskiej tenisistki nie mam ostatnio najlepszego zdania, więc na tym poprzestanę (sukienki, torebki i reklamy banków mało mnie interesują…). Pozostają jeszcze Li Na, Petra Kvitová (tryumfatorka z 2011 roku) oraz szereg zawodniczek młodego pokolenia (Bouchard, Muguruza, Stephens). O umiejętnościach gry na trawie tych ostatnich powiedzieć można niewiele. W turniejach poprzedzających Wimbledon zachodziły najdalej do 3 rundy…

Czas pokaże, jak potoczą się w tym roku losy na wimbledońskiej trawie. Oby nie padało, nie wiało nudą i nie brakło truskawek dla kibiców. Trzymam kciuki!

Reklamy

„Mój jest ten kawałek podłogi…”

Gdyby Rafael Nadal znał hit zespołu Mr. Zoob, na pewno wypisałby jego tekst na jakiejś wielkiej płachcie i wywieszał na ścianie podczas każdej konferencji prasowej organizowanej podczas tegorocznego wielkoszlemowego turnieju Roland Garros. Hiszpan, który przyzwyczaił wszystkich do totalnej dominacji na europejskiej mączce, nie wygrywa w tym roku turnieju za turniejem, a dziennikarze złaknieni jakiegoś tenisowego novum, jak kania dżdżu, nie zamierzają chyba przestać mu o tym przypominać. Pytania o porażki z Davidem Ferrerem, Nicolasem Almagro czy Novakiem Djokoviciem śnią się już zapewne Nadalowi po nocach. Ośmiokrotny tryumfator francuskiej lewy Wielkiego Szlema niestety sam ukręcił na siebie bicz. Do tej pory uznawany za murowanego faworyta imprezy, w tym roku musi zmierzyć się z nieco odmiennym podejściem co do jego szans na ostateczny sukces…

Chętnych do zrzucenia Hiszpana z tronu wielu. Czy wystarczy im zdrowia, sił i słabsza forma Nadala, czas pokaże. Na pewno poczuli, że w tym roku można mu się dobrać wreszcie do skóry. Mocno zmotywowany będzie zarówno Djoković, któremu brakuje zwycięstwa w paryskim turnieju, jak i Ferrer, dla którego może to być jedna z ostatnich szans na zdobycie pierwszego w swojej karierze tytułu wielkoszlemowego, czy Roger Federer, który tylko raz unosił w górę Coupe des Mousquetaires. Wielką zagadkę stanowi dla mnie Andy Murray. Wracający po dłuższej przerwie spowodowanej kontuzją pleców Szkot, nigdy nie grał wyśmienicie na mączce, ale zawsze trzeba się z nim liczyć – kiedy ma swój dzień, potrafi wygrać z każdym. Przegrać niestety też… Innych kandydatów gotowych do tego, aby zniweczyć plany Nadala na zdobycie dziewiątego tytułu French Open nie widzę. Oprócz samego Nadala oczywiście.

Styczniowy ulubieniec forów tenisowych, Stan (bo już oficjalnie nie Stanislas) Wawrinka, odpadł już w pierwszej rundzie, smucąc wielce tych, którzy obwieścili już nastanie „nowych tenisowych czasów”. Pogromca Nadala z Barcelony, Nicolas Almagro, poddał wczoraj mecz z Jackiem Sockiem. „Największy młody talent”, Grigor Dimitrow, uległ kończącemu powoli karierę Ivo Karloviciowi, a obwołany „czarnym koniem” turnieju Kei Nishikori nie podołał Martinowi Kližanowi. Dodatkowo, „kwiecisty” Tomáš Berdych męczy się z Ołeksandrem Nedowiesowem, a Milos Raonić nie może się odnaleźć w meczu z Jiřím Veselým. Jak widać, raczej „starum” niż „novum”…

U kobiet sytuacja wydawała się być jeszcze mniej skomplikowana niż u mężczyzn. Pod nieobecność kontuzjowanej Azarenki, po odpadnięciu Li Na, trudno było dostrzec w drabince zawodniczkę, która mogłaby się skutecznie przeciwstawić Serenie Williams. Petra Kvitová jest tak nierówna, że z turniejem może pożegnać się już jutro, Sabine Lisicki na mączce gra kiepsko, Szarapowa już nie pamięta, jak się wygrywa z Amerykanką, a Radwańska jest zbyt słaba fizycznie, aby stawić jej opór. Jak się okazało, wystarczyła świetnie dziś dysponowana Garbine Muguruza, która niemal zdmuchnęła liderkę światowego rankingu z kortu Suzanne Lenglen. I teraz nic już nie jest takie jasne, jakie było jeszcze dwie godziny temu…

Czyj zatem będzie w tym roku kawałek francuskiej tenisowej podłogi? Wyjaśni się za półtora tygodnia. A nam, kibicom, pozostaje trzymać kciuki, aby było ciekawie i emocjonująco.

„Nieprzespanej nocy znojnej jeszcze mam na ustach ślad”

Dryn, dryn, dryn!!! Przerażający dźwięk budzika przerywa mi piękny sen, w którym w towarzystwie Johnny’ego Deppa sączę drinka na Lazurowym Wybrzeżu. Ciemno wszędzie, głucho wszędzie… Przecieram mocno oczy, bo Johnny nie chce jakoś zniknąć i próbuję odczytać, która jest godzina. Zajmuje mi to zdecydowanie więcej czasu niż ma „jedna Wenta”… Trzecia… Jak to trzecia?! Aha, trzecia… Wstać trzeba, bo na kortach w Melbourne grają już w najlepsze. Po cichutku, powolutku opuszczam sypialniane Lazurowe Wybrzeże i w salonie przenoszę się do pięknej, słonecznej Australii.

Australian Open –  pierwszy wielkoszlemowy turniej roku, dwa tygodnie pod znakiem bezsenności, nieprzytomności w pracy i hektolitrów kawy. Mimo niedogodności związanych z różnicą czasu, najbardziej przeze mnie ukochany. Uwielbiam klimat tego turnieju, publiczność, słońce i upały w środku polskiej zimy (w tym roku wiosny bądź jesieni, jak kto woli). Wspaniale jest otulić się kocem i z kubkiem kawy śledzić zmagania tenisistów i tenisistek na drugim końcu świata. I to nie tylko tych najlepszych. Uwielbiam patrzeć na zmagania tych, których przeznaczeniem i tak jest odpaść szybko, a którzy walczą o drugą rundę jak o życie. Wstaję nawet po to, aby popatrzeć, jak Verdasco lub Almagro (jaka szkoda, że w tym roku go nie będzie) przegrywa kolejny wygrany mecz, a Dimitrov, nadzieja tenisowych wszech galaktyk, odpada w pierwszej rundzie po porażce z najbardziej drewnianym „beztalenciem”. Ot, urok Australian Open.

W tym roku również nie zamierzam odpuszczać. Drabinki turniejowe już dawno spisane, plan gier wyuczony na pamięć, a od pierwszej w nocy wmawiam sobie, że „sen przeraża mnie”. Analizy drabinek tym razem nie będzie. Wystarczy, że fani Nadala i Federera nie kłócą się już tylko o to, który z nich jest wybitniejszym tenisistą, ale także o to, który z nich ma gorsze losowanie w tegorocznym Aussie Open… Fakt, najlepiej nie trafili, ale jakie to ma znaczenie, kiedy ani my, ani oni nie mogą już w tej kwestii nic zmienić…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Oczywiście mam swoich faworytów (tych „obiektywniejszych” i tych „subiektywniejszych”). Wśród mężczyzn są nimi Novak Djoković i Rafael Nadal. Pierwszy broni swojego królestwa i drogę ku temu ma usłaną różami, drugi poprzez ciernie będzie starał się zrzucić go z australijskiego tronu. Na czerwono podkreśliłam Juana Martina del Potro, tyle tylko, że on na czerwono podkreślony był już wiele razy… Murray, Federer i Tsonga zasługują, w moim przekonaniu, co najwyżej na różowy. Dla Berdycha, Ferrera i reszty koloru jeszcze nie wymyślono.

Wśród pań trudno wskazać na kogoś innego jak Serena Williams. Na niekorzyść Amerykanki może działać tylko to, że w ostatnich latach jej starty w Australii nie należały do najbardziej udanych. Tytułu broni Wiktoria Azarenka, ale ciężko jest mi się wypowiadać na temat formy Białorusinki. Sporo przytyła, zmagała się z kontuzją, a końcówka ubiegłego sezonu nie wyglądała w jej wykonaniu najlepiej. Dlatego uważam, że Agnieszka Radwańska lądując akurat w jej ćwiartce, nie trafiła aż tak tragicznie, jak przedstawiają to niektóre media. Sęk w tym, że o formie Agnieszki Radwańskiej także ciężko cokolwiek powiedzieć… Na pewno bacznie będę obserwować Na Li, która w Australii gra naprawdę dobrze.

Mam nadzieję, że przez najbliższe dwa tygodnie ani razu nie pożałuję tego, że tenisiści nie dadzą mi dopić drinka z Johnnym Deppem. Życzę powodzenia Agnieszce, Kasi, Ali, Jerzemu, Łukaszowi, Michałowi, Mariuszowi, Marcinowi i Tomkowi. No i Rafie oczywiście. Kawo przybywaj!

Sereniada

W 2009 roku na łamach portalu Tennis Earth ukazał się artykuł pod tytułem: „When WTA became Williams Tennis Association”. Autor przedstawia w nim losy sióstr Williams od samego początku ich karier, śledzi ich wzloty i upadki, podkreśla role jakie odegrały we współczesnym tenisie i to, w jaki sposób obydwie zdominowały tę dyscyplinę. Całość puentuje stwierdzeniem, że obecnie WTA to siostry Venus i Serena i długo jeszcze taki stan rzeczy się utrzyma.

To było cztery lata temu. Już rok później autor tekstu mógł zwątpić w to, co sam napisał. Venus miała poważne kłopoty z utrzymaniem dobrej formy, do tego pod koniec sezonu zaczęły się pojawiać problemy zdrowotne. Młodsza z sióstr wygrała co prawda Australian Open i Wimbledon, ale kontuzja stopy wykluczyła ją z dalszej części rozgrywek. Rok później było już znacznie gorzej… Obydwie zmagały się z ogromnymi problemami zdrowotnymi: zator płucny Sereny i pustoszący organizm Venus zespół Sjoegrena spowodowały, iż niewielu wierzyło, że którakolwiek z sióstr będzie jeszcze w stanie wrócić na szczyt.

O ile Venus nie zdołała się podnieść (choć uparcie walczy), o tyle Serena wróciła mocniejsza niż kiedykolwiek. Już dwa miesiące po powrocie na kort potrafiła się zameldować w finale US Open (przegrała z Samanthą Stosur). Rok 2012 i 2013 to niekończące się pasmo sukcesów. I choć zdarzają jej się nieliczne wpadki, nikt nie ma wątpliwości, że skrót WTA znów można odczytywać jako Williams Tennis Association.

Tegoroczny sezon był tak naprawdę kontynuacją sezonu poprzedniego. Williams na każdym kroku pokazywała rywalkom, że ma siłę, a one na własnej skórze doświadczały tego, że ma siłę zbyt wielką. Po raz któryś okazało się, że tylko będąca w doskonałej formie Wiktoria Azarenka potrafi przeciwstawić się w pełni dysponowanej i zmotywowanej Williams. Reszta musi niestety liczyć na słabszy dzień Amerykanki. Do nielicznych los się uśmiechnął – Sloane Stephens, po doskonałym meczu, pokonała ją w ćwierćfinale Australian Open, a Sabine Lisicki wyeliminowała ją z walki o kolejny tytuł wimbledoński. I na tym kończy się lista tegorocznych potknięć liderki kobiecych rozgrywek. Lista sukcesów jest nieporównywalnie dłuższa (11 tytułów, w tym dwa wielkoszlemowe). Serena Williams drugi rok z rzędu kończy na pierwszym miejscu w rankingu, a na horyzoncie nie widać na razie nikogo, kto mógłby ją zrzucić z tronu.

Wiktoria Azarenka, Maria Szarapowa, Li Na czy Petra Kvitova to na pewno zawodniczki, które mają narzędzia, aby z Amerykanką walczyć. Jelena Janković i Angelique Kerber także pokazały, że potrafią sprawiać Serenie trudności. Tyle tylko, że mieć narzędzia i sprawiać trudności, to nie do końca to samo, co umieć wygrywać. Wolałabym też, aby te zwycięstwa odnoszone były nie tylko wtedy, kiedy Amerykanka biega na jednaj nodze i bolą ją plecy… Może przyszły sezon czymś mnie zaskoczy, kto wie…

Na koniec słów kilka o najlepszej polskiej tenisistce, Agnieszce Radwańskiej. Tegoroczny sezon nie był na pewno tak udany, jak poprzedni. Na ogromną pochwałę zasługuje postawa na kortach Wimbledonu, gdzie osiągnęła półfinał, i tryumfy w turniejach w Auckland, Sydney i Seulu. Martwić może brak lepszych rezultatów w turniejach rangi Premier Mandatory czy pozostałych turniejach wielkoszlemowych, ale przecież nie jest źle, a może być lepiej. I tego „lepiej” Agnieszce na przyszły rok życzę!

Tenisiści w cieniu „Czerwonego Wiewióra”

Pierwszy tydzień wielkoszlemowego turnieju US Open dobiega końca, a ja na palcach jednej ręki mogłabym policzyć mecze, które niosły ze sobą jakieś emocje. Zarówno u pań, jak i u panów, wieje nudą. Największą atrakcją turnieju jest, jak do tej pory, niesforna wiewiórka, która co rusz wpada na jakieś spotkanie i wprowadza nieco życia na senne korty Flushing Meadows.

Patrząc jednym okiem na „fascynujące” spotkanie Andy’ego Murray”a z Florianem Mayerem, zastanawiam się, ile jeszcze przyjdzie mi czekać na mecz, który wciśnie mnie w fotel. Dwa ciekawe, acz nie porywające, mecze Juana Martina del Potro (wygrany – z Guillermo Garcią-Lopezem i przegrany – z Lleytonem Hewittem), dwa mecze Johna Isnera (wygrany – z Gaelem Monfilsem i przegrany – z Philippem Kohlschreiberem) oraz mecz Venus Williams z Jie Zheng to trochę mało, jak na siedem dni tak prestiżowego turnieju… „Młode strzelby”, które miały toczyć wyrównane boje z faworytami, po raz kolejny pokazały, jak daleko im jeszcze do czołówki. Żenujące porażki Janowicza, Dimitrowa, Tomica, Paire’a czy Nishikoriego z zawodnikami z zaplecza ATP, powinny dać im sporo do myślenia. Jak na razie, swoje szanse wykorzystuje tylko Milos Raonić, który wczoraj awansował już do czwartej rundy.

Faworyci nie zawodzą (może oprócz Del Potro, na którego po cichu liczyłam), choć trudno jednoznacznie określić, w jakiej są formie. Przeciwnicy nie stawiają im jak na razie zbyt wielkiego oporu, więc i oni pełni swych możliwości pokazywać nie muszą. W następnej rundzie powinno być już znacznie ciekawiej.

W turnieju pań doszło co prawda do kilku niespodzianek, ale czy ktoś pokładał jakieś wielkie nadzieje w słabo dysponowanej ostatnio Petrze Kvitovej czy, z reguły grającej dobrze tylko na kortach ziemnych, Sarze Errani? Nie sądzę. Za chwilę mecz Sereny Williams ze Sloane Stephens. Czy Sloane stać na to, aby po raz kolejny pokonać utytułowaną rodaczkę w wielkoszlemowym turnieju? Sądzę, że tak, ale biorąc pod uwagę to, że Williams pała żądzą rewanżu za porażkę w ćwierćfinale Australian Open, będzie to niezwykle trudne zadanie…

Mam nadzieję, że przyszły tydzień w końcu obrodzi w fascynujące spotkania, które wynagrodzą mi dotychczasowe nudy. Na tryb nocny już się przestawiłam, więc do dzieła Panowie i Panie!

Betonowy zawrót głowy

Ciary na plecach są? Są! Ręka od przepisywania turniejowych drabinek do nowego, pięknego, stworzonego przez Martę (skrapowice.wordpress.com – polecam!) zeszytu boli? Boli! Znak to, że ostatnia lewa Wielkiego Szlema tuż, tuż. Zanim jednak obiecane przepowiednie „Wróżbity Macieja” na tegoroczny US Open, słów kilka o tym, co działo się w amerykańskich turniejach poprzedzających tę wielką tenisową ucztę.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA            OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Corocznie przygoda z twardymi amerykańskimi kortami rozpoczyna się na miesiąc przed nowojorską imprezą. Pięć turniejów ATP: Atlanta (250), Waszyngton (500), Toronto/Montreal (1000), Cincinnati (1000) i Winston-Salem (250) oraz pięć turniejów WTA: Stanford, Carlsbad, Toronto/Montreal, Cincinnati i New Haven składają się na tzw. US Open Series. Zwycięzca cyklu może liczyć na premię w wysokości miliona dolarów, jeżeli okaże się być także tryumfatorem US Open. Jeżeli osiągnie gorszy wynik, dostanie mniej, proste.

W tym roku chrapkę na najwyższą premię mogą mieć Serena Williams i Rafa Nadal. Amerykanka wygrała turniej w Toronto, zagrała w finale  w Cincinnati, gdzie przegrała z Azarenką i o 25 punktów wyprzedziła Białorusinkę w końcowym zestawieniu. Hiszpan wygrał dwa najlepiej punktowane turnieje cyklu – Montreal i Cincinnati i tym samym zapewnił sobie drugi w karierze tryumf w US Open Series. Czy dodatkowy milion zasili ich konta? Tego nie wiem, ale obydwoje mają na to ogromne szanse. Nie będę oryginalna, jeżeli powiem, że to właśnie Serena i Rafa są dla mnie głównymi kandydatami do zwycięstwa na kortach Flushing Meadows.

I doszłam do najważniejszej części tekstu – przepowiedni turniejowych. Wimbledońskie mi nie wyszły, ale drzemiący we mnie „Wróżbita Maciej” podpowiada, że tym razem będzie inaczej. Ostatnia lewa Wielkiego Szlema 2013 padnie łupem Hiszpana z Majorki, od zawsze „Króla Mączki”, od marca bieżącego roku również „Króla Betonu”. W finale pokona on Andy’ego Murray’a, „Ostatniego Króla Szkocji”, który w półfinale pokona Juana Martina del Potro, zwanego  „Drwalem z Tandil”. Novak Djoković, „Słońce Bałkanów”, nie zdąży wprowadzić do swej gry nowatorskich pomysłów jego nowego trenera, Wojciecha „Umówić Cię z Kimś” Fibaka i polegnie z rąk „Drwala” w ćwierćfinale. A „Maestro z Bazylei”? Cóż, „Nadal w ćwierćfinale” nie brzmi dobrze. Szansę na dobry wynik (ze względu na przyjemne losowanie) mają także Jerzy Janowicz, Ernests Gulbis czy Milos Raonic.

Wśród kobiet zwycięży Serena Williams, albo… Wiktoria Azarenka. Jeszcze nie oświeciło mnie wystarczająco w tej kwestii. Szanse Agnieszki Radwańskiej? Podobnie, jak w przypadku „Maestro”: „Williams w półfinale nie brzmi dobrze”.  Agnieszka zaczyna turniej już dzisiaj, a mecz z Silvią Solar-Espinosą wcale nie musi być łatwy.

Ciary na plecach są? Są! US Open czas zacząć!

P.S. Jeżeli w ciągu najbliższych dwóch tygodni napiszę coś, co nie będzie miało jakiegokolwiek sensu, to wybaczcie… Sen, to jest coś, czego w najbliższych dniach będzie mi bardzo, ale to bardzo, brakowało…