Zielonym do góry!

W powietrzu unosi się jeszcze czerwona mączka kortów Rolanda Garrosa, a lada chwila rozpocznie się już kolejny turniej wielkoszlemowy. Wimbledon – mimo że magiczny i historyczny – jest najmniej przeze mnie lubianą lewą Wielkiego Szlema. I nie chodzi wcale o to, że uważam – podobnie jak Ivan Lendl – iż trawa jest tylko dla krów. Po prostu, po miesiącach gry na kortach twardych i ceglastych bardzo trudno jest mi się przestawić na odbiór tenisa na trawie. Zawsze, kiedy dzień po finale w Paryżu, telewizje zaczynają pokazywać turnieje w Queen’s Club i Halle, czuję się, jabym trafiła na jakąś inną planetę. I nim się przyzwyczaję, sezon na trwanikach dobiega końca. Może gdyby trwał dłużej, byłoby mi łatwiej i polubiłabym go bardziej…

Niektórzy koneserzy tenisa zapewne uznają moje wyznanie za grzech śmiertelny tenisowego kibica, bo przecież Wimbledon trzeba kochać miłością wielką i najgorętszą. Tu się gra w prawdziwy tenis, tu jest przywiązanie do tradycji, tu publiczność i atmosfera jest najlepsza, to jest historia tej gry… Do mnie te argumenty nie przemawiają. Owszem, pochwalam przywiązanie do tradycji, cenię kulturalną, acz sztywną niekiedy publiczność, z historią także nie zamierzam dyskutować. Ile jest prawdy w opowieściach o magii tego miejsca nie wiem, nie jestem tenisistą, którego największym marzeniem jest wygrać na kortach na SW19. Wystarczy jednak przeczytać kilka historii tenisistów spoza czołówki (dla przykładu: http://www.trolltennis.com/2014/06/19/the-frank-dancevic-expose/), aby dowiedzieć się, że rzeczywistość wcale nie jest tak bajkowa, jak opisują ją, stosując ciągle te same wyświechtane formułki, gwiazdy i organizatorzy.

Nie jest jednak tak, że tenisa na trawie nie lubię. Przez ostatnie dwa tygodnie z otwartą szeroko buzią podziwiałam wyczyny Feliciano Lopeza czy Radka Štěpánka. Panowie grali w sposób olśniewający! Tyle slajsów, skrótów i wolejów nie ogląda się w ostatnich latach zbyt często. Gorzej, jeżeli na kort wychodzą panowie Karlović i Anderson i mecz wygląda w sposób następujący: serwis-punkt, serwis-punkt, serwis-punkt, serwis-gem, zmiana stron i od nowa… I tak przez trzy sety z tie-breakami… Może niektórych to urzeka, mnie niestety nie…

Tyle marudzenia, bo kiedy turniej się zacznie, mój Mąż znowu będzie się chciał wyprowadzić z domu, nie mogąc patrzeć na to, co wyprawiam oglądając tenis. Dodatkowo trwa mundial, więc stresu będzie co niemiara. Kto wygra? „Daj Boziu niebo” temu, kto odgadnie. Próbowałam przez dwa ostatnie lata i, jakkolwiek zwycięzcę trafiłam, przebieg turnieju zaskakiwał mnie po wielokroć. Nie wierzę w obronę tytułu przez Andy’ego Murray’a, nie spodziewam się nagłego wybuchu formy Jerzego Janowicza. Groźny będzie jak zwykle Djoković oraz Roger Federer, który do półfinału ma drogę usłaną różami. Co prawda, jeżeli Rafael Nadal, jakimś cudem, doczłapie do tego etapu turnieju, droga ta może okazać się cierniową…  Ale Hiszpan losowanie ma trudne  i musi naprawdę ciężko pracować od pierwszej rundy, aby myśleć o poprawieniu swoich ostatnich wimbledońskich wyczynów. Z przyjemnością będę obserwować wspomnianych wyżej Lopeza i Štěpánka (ten, w drugiej rundzie trafia najprawdopodobniej na Novaka Djokovicia, więc mogę nie zdążyć nacieszyć oka…), ciekawa jestem też postawy Grigora Dimitrowa… Bułgar ma narzędzia do tego, aby w Londynie zajść wysoko.  Może z dobrej strony pokaże się Kei Nishikori, może Milos Raonic, może Ernests Gulbis (oby!)…

O paniach trudno powiedzieć mi cokolwiek. Wydaje się, że Serena Williams jest niekwestionowaną faworytką, ale ten sezon Amerykanki nie jest fascynujący. Liderka światowego rankingu zmaga się od jakiegoś czasu z mniejszymi lub większymi kontuzjami i wygląda na nieco znudzoną, przybitą, gra bez pełnego zaangażowania i entuzjazmu. Maria Szarapowa, opromieniona tryumfem w Paryżu, jest na pewno druga w kolejce do końcowego zwycięstwa, ale jest na kursie kolizyjnym właśnie z Sereną Williams. Jeżeli obie panie spotkają się w ćwierćfinale, istnieje duże prawdopiedobieństwo, że jego zwyciężczyni kilka dni później uniesie w górę paterę Venus Rosewater. Wiktoria Azarenka wraca po długiej przerwie spowodowanej kontuzją stopy i raczej nie będzie się liczyć w meczach o nawyższą stawkę. Agnieszka Radwańska na losowanie narzekać nie może, choć w swojej części drabinki ma odwieczne postrachy: Kuzniecową i Makarową. O grze polskiej tenisistki nie mam ostatnio najlepszego zdania, więc na tym poprzestanę (sukienki, torebki i reklamy banków mało mnie interesują…). Pozostają jeszcze Li Na, Petra Kvitová (tryumfatorka z 2011 roku) oraz szereg zawodniczek młodego pokolenia (Bouchard, Muguruza, Stephens). O umiejętnościach gry na trawie tych ostatnich powiedzieć można niewiele. W turniejach poprzedzających Wimbledon zachodziły najdalej do 3 rundy…

Czas pokaże, jak potoczą się w tym roku losy na wimbledońskiej trawie. Oby nie padało, nie wiało nudą i nie brakło truskawek dla kibiców. Trzymam kciuki!

Reklamy

„Zapamiętaj to – pamiętam…”

Tegoroczny sezon tenisowy panów mogłabym podsumować niezbyt wyszukaną wyliczanką: Djoković, Nadal, Murray, Djoković, Nadal, Nadal, Nadal, Murray, Nadal, Nadal, Nadal, Djoković, Djoković, Djoković (kolejność nazwisk nieprzypadkowa)… na kogo wypadnie, na tego-bęc! Trzy nazwiska – czternaście najważniejszych tytułów. I choć od finałowego meczu w londyńskiej O2 Arena minął już niemal tydzień, ciągle nie umiem sobie jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie, jaki tak naprawdę był ten sezon. Miałam nawet pomysł, aby dołączyć do tenisowych forów internetowych, które śledzę od kilku lat i podyskutować o tym trochę, ale po przeczytaniu kolejnej porcji wynurzeń na temat żenującego poziomu obecnych rozgrywek, wyższości jednej epoki nad drugą, jednego tenisisty nad drugim tylko dlatego, że tego pierwszego lubię a tego drugiego wręcz przeciwnie i życzę mu porażki zawsze i wszędzie, o technice, na której wszyscy się znają i  marzeniach o nieśmiertelności Federera, pomysł zarzuciłam i chyba już nigdy do niego nie wrócę. Dorabianie gęby i upupianie, to nie na moje nerwy… Wystarczy, że szargają mi je sportowe emocje.

Wracając do podsumowania tegorocznego sezonu… Co będę z niego pamiętać za kilka, kilkanaście lat (bez pomocy youtuba, wikipedii i czegokolwiek, co w tym czasie jeszcze powstanie)? Zapewne trzeci australijski tryumf z rzędu Novaka Djokovicia, spektakularny powrót Rafaela Nadala i jego ósmy tytuł na kortach Rolanda Garrosa, polski ćwierćfinał Wimbledonu i upragniony tytuł dla Andy’ego Murray’a i… to chyba tyle. Może jeszcze słynne Janowiczowe „How many times?” (dla przypomnienia zapraszam tutaj) i wimbledoński pogrom faworytów…  Jako że moja pamięć raczej nie jest stworzona do zapamiętywania obrazów z konkretnych meczów, umknie mi gdzieś fantastyczny mecz Wawrinki z Djokoviciem z Melbourne, Nadala z Del Potro z Indian Wells, słaniający się na ostatnich nogach Murray i Ferrer w finale turnieju w Miami, lanie jakie Nadalowi zgotował w pierwszym secie rzymskiego mastersa Ernests Gulbis, bezradność Tsongi w półfinale French Open, fantastyczny półfinał Wimbledonu pomiędzy Djokoviciem i Del Potro czy tak samo obsadzony finał turnieju w Szanghaju. Zapewne zapomnę nawet o bardzo słabym sezonie Federera, ponieważ nie jestem tym tak bardzo zaskoczona jak niektórzy fani Szwajcara. Taka jest po prostu kolej rzeczy. Na pewno nie zapamiętam nowych twarzy, młodych graczy depczących czołówce (lub „betonowi”, jak kto woli) po piętach. Ale w tym przypadku to nie moja pamięć będzie problemem, takich graczy po prostu brak. Milos Raonić błysnął dwa lata temu w Australii, Janowicz w roku ubiegłym w Paryżu, w tym trzeba było sięgać do challengerów lub jeszcze niżej, aby odpocząć od obecnych ciągle na naszych ekranach tych samych twarzy. Dobrze przynajmniej, że „starsi panowie” nie dają za wygraną i wciąż odnoszą sukcesy. Tegoroczne wyniki Tommy’ego Haasa, Tommy’ego Robredo, Nicolasa Mahuta, Michaiła Jużnego czy Carlosa Berlocqa zasługują na duże wyrazy uznania.

Był to kolejny sezon, w którym dominacja Nadala i Djokovicia nie podlegała żadnej dyskusji. Spotkali się w tym roku sześciokrotnie (bilans spotkań 3-3), a ich przewaga nad kolejnymi w rankingu Ferrerem i Murray’em wynosi ponad 6000 punktów! Od połowy sezonu wiadomo było, że Nadal ma „jedynkę” na wyciągnięcie ręki. Gra o tron jaką toczyli obydwaj zawodnicy była jednak niezwykła, bo pomimo tego, że Hiszpan wrócił na szczyt we wrześniu, tak naprawdę do końca sezonu nie mógł być pewien, czy na nim zostanie. Serb nie zamierzał ułatwiać mu zadania, ale Nadal prowadzenia nie oddał.

Ciąg dalszy owej gry o tron czeka nas zapewne w przyszłym sezonie. O oczekiwaniach wobec niego napiszę innym razem, ale kiedy pomyślę o cudownym australijskim słońcu wyzierającym w środku nocy z ekranu telewizora, to stycznia już się doczekać nie mogę…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Vamos Rafa!

„Nie wiem, czy jest coś w życiu, co daje takie emocje, jak wygrana, w dowolnej dyscyplinie sportu i na dowolnym poziomie. Nie ma drugiego uczucia tak intensywnego ani tak radosnego. A im bardziej się łaknie zwycięstwa, tym większe jest uniesienie, kiedy się uda je odnieść”. Ostatnie zwycięstwo autora tych słów oraz jego emocjonalna reakcja tuż po tryumfie udowadnia, że mówił szczerą prawdę.

Rok temu Rafael Nadal oglądał mecz finałowy US Open siedząc przed telewizorem w domu na Majorce. Nikt nie wiedział wtedy, czy Hiszpan jeszcze kiedykolwiek pojawi się na korcie, nie mówiąc już o odnoszeniu zwycięstw w wielkich turniejach na twardej nawierzchni. Odnowiona po raz kolejny kontuzja kolana była na tyle poważna, że Nadal odwołał przygotowywany z wielkim namaszczeniem mecz pokazowy na Santiago Bernabéu, zrezygnował z udziału w igrzyskach olimpijskich, a później w otwartych mistrzostwach Stanów Zjednoczonych. Co więcej, po sensacyjnej porażce w drugiej rundzie Wimbledonu z Lukášem Rosolem, nie oglądaliśmy go aż do lutego roku bieżącego. Brak Hiszpana w rozgrywkach był odczuwalny. David Ferrer, który pod jego nieobecność wskoczył na czwarte miejsce w rankingu, mimo iż waleczny, pracowity i nieustępliwy, ponosił w wielkoszlemowych półfinałach sromotne klęski, nijak nie mogąc zastąpić swego bardziej utytułowanego kolegi z reprezentacji. Rozgrywki zdominowali Djoković, Murray i będący jeszcze w ubiegłym roku w dobrej formie Roger Federer. Czwartego do brydża nie było.

Plany powrotu Rafy na turniej wielkoszlemowy w Australii także spaliły na panewce. Pojawiły się głosy, że Rafa już nie wróci, ale – ku uciesze większości kibiców tenisa – wrócił. A powrót ten jest niebywały! Kiedy oglądałam jego pierwszy występ po powrocie, przez myśl mi nie przeszło, że Hiszpan tak zdominuje tegoroczne rozgrywki. Na małym turnieju w chilijskim Viña del Mar Nadal źle się poruszał, widać było, że zatracił dynamikę, a obandażowane kolano pokazywało, że wcale nie musi być z nim tak dobrze, jak zapewnia otoczenie Hiszpana. Jednak z meczu na mecz Rafael się rozkręcał. Dotarł do finału w singlu i w deblu i… obydwa przegrał. Jego singlowy pogromca, Horacio Zeballos, znajduje się na zaszczytnej liście trzech zawodników, którym w tym sezonie udało się go pokonać. W dalszych swych występach Nadal zaskakiwał bowiem cały tenisowy świat, wujka Toniego i siebie samego.

Po porażce z Zeballosem wygrał turnieje w São Paulo, Acapulco i Indian Wells. W Monte Carlo, jego królestwie, z tronu zrzucił go po ośmiu latach Novak Djoković, ale majorkański czołg jechał dalej, podbijając po drodze Barcelonę, Madryt i Rzym. Wszyscy zaczęli się zastanawiać, czy wystarczy mu paliwa na turniej Rolanda Garrosa. Ale paliwa było w baku pod dostatkiem. Po fascynującym pięciosetowym półfinale z Djokoviciem, niemal pewnym było, że Rafael Nadal przejdzie do historii jako jedyny tenisista, który wygrał konkretny turniej wielkoszlemowy aż osiem razy. Przypieczętował to, pokonując w finale Davida Ferrera.

Zadyszka pojawiła się podczas Wimbledonu, ale z dzisiejszej perspektywy, porażka w pierwszej rundzie ze Stevem Darcisem, była zbawienna. Dodatkowy odpoczynek sprawił, że od początku sierpnia najważniejsze turnieje znowu padają łupem Nadala. Wygrał w Montrealu i Cincinnati. Był więc najpoważniejszym kandydatem do zwycięstwa na kortach Flushing Meadows. Tak jak w przypadku Wimbledonu, zacierano ręce na myśl o ćwierćfinałowej potyczce Hiszpana z Rogerem Federerem, ale i tym razem do konfrontacji nie doszło. Szwajcarski arcymistrz odpadł rundę wcześniej z Tommym Robredo, z którym do tego momentu przegrał tylko trzy sety w dziesięciu spotkaniach… Trzeba było zatem obejść się smakiem, choć od pewnego czasu rywalizacja ta jest do bólu przewidywalna, a fajerwerków w niej jak na lekarstwo. Ma jednak jakąś magię, która powoduje, że stadiony zapełniają się po brzegi, a ja zarywam kolejną noc…

Nadal dotarł do finału bez większych problemów. Stracił jednego seta z Kohlschreiberem i został przełamy tylko raz (sztuka ta udała się Gasquetowi w półfinale). Ale w najważniejszym meczu czekał rywal najgroźniejszy, lider rankingu, zmora z roku 2011, Novak Djoković. Serb może we wcześniejszych meczach nie błyszczał, ale wiedziałam, że w finale będzie niesamowicie groźny. I był! Po nieudanym pierwszym secie, którego przegrał 2:6, ruszył do ataku, przejął kontrolę nad meczem i doprowadził do remisu. Panował też na początku seta trzeciego, ale Nadal nie byłby sobą, gdyby nie walczył do końca jak lew. Po tym, jak w dziewiątym gemie obronił trzy piłki na przełamanie, wygrał gema serwisowego Serba i wyszedł na 2:1 w setach. W czwartym Novak zdołał wygrać już tylko jednego gema.

Po trzynastym zwycięstwie w turnieju wielkoszlemowym, drugim w US Open, Nadal płakał jak dziecko. Wszystkie emocje, jakie targały nim przez ostatni rok, znalazły ujście. Kontuzja, złe diagnozy lekarzy, opinie, że już nigdy nic wielkiego nie wygra, to historia. Wrócił, wygrał dziesięć z trzynastu turniejów, w których startował, w tym dwa wielkoszlemowe, bilans meczów: 60:3, w tym z graczami pierwszej dziesiątki rankingu: 10:1, na kortach twardych jest na razie niepokonany. Ma niemal zapewnioną pozycję lidera rankingu na koniec sezonu, a przecież nie grał w Australii i odpadł w pierwszej rundzie Wimbledonu. Można Hiszpana lubić, bądź nie, nie każdemu pasuje jego tenis, nie każdemu pasuje on sam, ale za wynik trzeba go szanować.

Rafael Nadal buduje dalej swoją legendę i goni wielkiego Samprasa i jeszcze większego Federera. Czy dogoni? Trudno prorokować. Jeżeli zdrowie mu pozwoli, ma na to duże szanse. Ja trzymam za niego kciuki…

Betonowy zawrót głowy

Ciary na plecach są? Są! Ręka od przepisywania turniejowych drabinek do nowego, pięknego, stworzonego przez Martę (skrapowice.wordpress.com – polecam!) zeszytu boli? Boli! Znak to, że ostatnia lewa Wielkiego Szlema tuż, tuż. Zanim jednak obiecane przepowiednie „Wróżbity Macieja” na tegoroczny US Open, słów kilka o tym, co działo się w amerykańskich turniejach poprzedzających tę wielką tenisową ucztę.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA            OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Corocznie przygoda z twardymi amerykańskimi kortami rozpoczyna się na miesiąc przed nowojorską imprezą. Pięć turniejów ATP: Atlanta (250), Waszyngton (500), Toronto/Montreal (1000), Cincinnati (1000) i Winston-Salem (250) oraz pięć turniejów WTA: Stanford, Carlsbad, Toronto/Montreal, Cincinnati i New Haven składają się na tzw. US Open Series. Zwycięzca cyklu może liczyć na premię w wysokości miliona dolarów, jeżeli okaże się być także tryumfatorem US Open. Jeżeli osiągnie gorszy wynik, dostanie mniej, proste.

W tym roku chrapkę na najwyższą premię mogą mieć Serena Williams i Rafa Nadal. Amerykanka wygrała turniej w Toronto, zagrała w finale  w Cincinnati, gdzie przegrała z Azarenką i o 25 punktów wyprzedziła Białorusinkę w końcowym zestawieniu. Hiszpan wygrał dwa najlepiej punktowane turnieje cyklu – Montreal i Cincinnati i tym samym zapewnił sobie drugi w karierze tryumf w US Open Series. Czy dodatkowy milion zasili ich konta? Tego nie wiem, ale obydwoje mają na to ogromne szanse. Nie będę oryginalna, jeżeli powiem, że to właśnie Serena i Rafa są dla mnie głównymi kandydatami do zwycięstwa na kortach Flushing Meadows.

I doszłam do najważniejszej części tekstu – przepowiedni turniejowych. Wimbledońskie mi nie wyszły, ale drzemiący we mnie „Wróżbita Maciej” podpowiada, że tym razem będzie inaczej. Ostatnia lewa Wielkiego Szlema 2013 padnie łupem Hiszpana z Majorki, od zawsze „Króla Mączki”, od marca bieżącego roku również „Króla Betonu”. W finale pokona on Andy’ego Murray’a, „Ostatniego Króla Szkocji”, który w półfinale pokona Juana Martina del Potro, zwanego  „Drwalem z Tandil”. Novak Djoković, „Słońce Bałkanów”, nie zdąży wprowadzić do swej gry nowatorskich pomysłów jego nowego trenera, Wojciecha „Umówić Cię z Kimś” Fibaka i polegnie z rąk „Drwala” w ćwierćfinale. A „Maestro z Bazylei”? Cóż, „Nadal w ćwierćfinale” nie brzmi dobrze. Szansę na dobry wynik (ze względu na przyjemne losowanie) mają także Jerzy Janowicz, Ernests Gulbis czy Milos Raonic.

Wśród kobiet zwycięży Serena Williams, albo… Wiktoria Azarenka. Jeszcze nie oświeciło mnie wystarczająco w tej kwestii. Szanse Agnieszki Radwańskiej? Podobnie, jak w przypadku „Maestro”: „Williams w półfinale nie brzmi dobrze”.  Agnieszka zaczyna turniej już dzisiaj, a mecz z Silvią Solar-Espinosą wcale nie musi być łatwy.

Ciary na plecach są? Są! US Open czas zacząć!

P.S. Jeżeli w ciągu najbliższych dwóch tygodni napiszę coś, co nie będzie miało jakiegokolwiek sensu, to wybaczcie… Sen, to jest coś, czego w najbliższych dniach będzie mi bardzo, ale to bardzo, brakowało…

Bajkowy scenariusz

Jeszcze tydzień temu zastanawiałam się, kto wyjdzie zwycięsko z zapowiadanej głośno ćwierćfinałowej batalii Rafaela Nadala z Rogerem Federerem. W myślach pisałam różne scenariusze:

1. Rafa wygra gładko, w trzech setach, bo jest po powrocie niesłychanie skuteczny, a Roger zalicza najgorszy sezon od lat.

2. Roger po ciężkim boju pokona Rafę, bo to jednak korty trawiaste, a Hiszpan będzie już w tej fazie turnieju nieco zmęczony.

3. Roger łatwo wygra z Rafą, bo trafi z formą akurat na Wimbledon i zagra kosmiczny tenis (najmniej prawdopodobny scenariusz).

Okazało się jednak, że życie nie doceniło mojego talentu do pisania scenariuszy i postanowiło stworzyć swój własny. Jakże zaskakujący!

Oto on.

Scena pierwsza

(piękna zielona londyńska trawka, kort nr 1, trybuny pełne, na lewym kolanie Hiszpana opatrunek)

Rafael Nadal gładko przegrywa w pierwszej rundzie ze Stevem Darcisem.

Scena druga

(gdzieś pomiędzy szatnią, gabinetem lekarza i kortami)

Steve Darcis, umęczony zwycięstwem nad Nadalem, oddaje mecz walkowerem Łukaszowi Kubotowi.

Scena trzecia

(piękna zielona londyńska trawka, Kort Centralny, trybuny pełne, Federer ma w końcu regulaminowe buty z białymi podeszwami)

Roger Federer odpada w drugiej rundzie z Serhijem Stachowskim.

Scena czwarta

(lekko wydeptana londyńska trawka, korty od Centralnego do 19., trybuny wypełnione od 40% do 80%, u Janowicza opatrunek na prawym łokciu)

Serhij Stachowski przegrywa gładko z Jürgenem Melzerem, którego w 1/8 finału pokonuje Jerzy Janowicz.

Scena piąta

(lekko wydeptana londyńska trawka, kort 14., trybuny wypełnione w 70%, liczne grupy Polaków)

Łukasz Kubot tańczy po meczu 1/8 finału kankana i idzie do szatni uścisnąć swojego ćwierćfinałowego rywala – Jerzego Janowicza.

Scena szósta

(mocno wydeptana londyńska trawka, kort nr 1, trybuny wypełnione w x%, liczne grupy Polaków)

Jerzy Janowicz i Łukasz Kubot grają mecz o awans do półfinału Wimbledonu.

Scena siódma

(za liniami końcowymi Kortu Centralnego brak londyńskiej trawki, trybuny pełne, bardzo liczne grupy Polaków)

Polak gra w półfinale Wimbledonu.

Scena ósma

?

Gdyby ktoś tydzień temu pokazał mi ten scenariusz, uznałabym, że na jego podstawie można by nakręcić niezłą bajkę. Ale teraz może powstać z niego tylko wspaniały dokument, bo piękną historię tworzą Polacy na tegorocznym wimbledońskim turnieju.

Dla turnieju kobiecego życie także napisało inny, niż ten mojego autorstwa, scenariusz. I dobrze, bo dzięki temu Agnieszka Radwańska jest już w półfinale i ma niebywałą szansę, aby sięgnąć w tym roku po tytuł.

Cdn.

Gem, set, mecz Stachowski

To, co działo się wczoraj na londyńskich kortach, przeszło moje najśmielsze wyobrażenia! W poniedziałek porażka Rafaela Nadala w pierwszej rundzie odjęła mi jakieś 30 od mocy… Spodziewałam się, że może nie być sukcesu, ale odpadnięcie ze 135. w rankingu Stevem Darcisem, zaskoczyło mnie nie lada. Przecież ubiegłoroczna historia z Rosolem miała być jednorazową wpadką… Trudno, pomyślałam, jest wojna, ofiary muszą być. Jednak moje zainteresowanie turniejem jakby zmalało… Wczorajszy dzień sprawił jednak, że wróciło ono ze zdwojoną siłą. Krecze, walkowery i sensacje – oto tematy przewodnie środy na kortach All England Clubu.

Pogromca Nadala z powodu urazu w ogóle nie wyszedł na kort. Podobnie zresztą jak: Wiktoria Azarenka, Jarosława Szwiedowa i Marin Čilić. Kontuzje w trakcie meczów dopadły z kolei: Radka Štěpánka, Jo-Wilfrieda Tsongę i Johna Isnera. Poległy faworyzowane: Marija Szarapowa, Karolina Woźniacka i Jelena Janković. Ale to wszystko nic, w porównaniu z wydarzeniem z końca wczorajszego dnia. Roger Federer, siedmiokrotny mistrz Wimbledonu, poległ z notowanym na 116. miejscu Ukraińcem Serhijem Stachowskim! Szwajcar pierwszy raz od 2002 roku pożegnał się z turniejem jeszcze przed ćwierćfinałem. Wydarzenie bez precedensu, jakby na nie nie patrzeć. I niezwykle mnie ono ucieszyło! Nie dlatego, że odpadł Roger Federer, ale dlatego, że wreszcie nastąpiła jakaś zmiana, wreszcie coś się dzieje! Być może doczekam się w końcu turnieju, w którym nie wygra żaden Pan z Wielkiej Czwórki!

Liczę na roztańczonego niemieckiego Jamajczyka Dustina Browna, starego wygę po przejściach Tommy’ego Haasa, lubiącego rozwalać rakiety Miszę Jużnego i uwielbiającego pić wódkę z mlekiem, zafascynowanego szwedzkimi prostytutkami, Erniego Gulbisa. Trzymam też kciuki za Polaków – Janowicza i Kubota (Przysiężny niestety przed chwilą odpadł z turnieju). Może obydwaj spotkają się w ćwierćfinale?

Czy wyżej wymienieni dadzą radę wypełnić lukę po wielkich już nieobecnych (może będzie ich po dzisiejszym dniu więcej?) i zapewnią kibicom emocjonujące tenisowe widowisko? Następny tydzień da mi odpowiedź.

Wimbledon tuż, tuż…

Wczorajsze losowanie drabinki turnieju męskiego budziło spore emocje. Od środy wiadomo bowiem było, że dwukrotny zwycięzca londyńskiej lewy Wielkiego Szlema, Rafael Nadal, nie zostanie rozstawiony wyżej i do gry przystąpi z „piątką” przy nazwisku. Jedni uznali to za skandal, drudzy za żart, jeszcze innych bardzo ta informacja ucieszyła. Niemniej jednak, Hiszpan stał się ćwierćfinałowym postrachem wyżej od siebie rozstawionych. Brytyjskie media oszalały i codziennie atakowały świat kolejnymi doniesieniami, co na ten temat sądzi Andy Murray, Roger Federer czy Novak Djoković. Davida Ferrera chyba zapomniano zapytać…

W piątek rano „postrach”, „przestraszeni” (zapewne David Ferrer też) i oczywiście brytyjskie media wstrzymali oddech. Po kilkunastu minutach Novak i David odetchnęli z ulgą. Obydwaj znaleźli się w górnej połówce drabinki, gdzie ciężko doszukać się nazwiska, które pokusiłoby się o sprawienie niespodzianki à la Rosol w ubiegłym roku i wyrzuciło któregoś z nich z turnieju jeszcze przed ćwierćfinałem. Bohaterowie dolnej połówki powinni za to dostarczyć kibicom wielu emocji.

Próbujący obronić tytuł (mission impossible?) Roger, próbujący zdobyć trzeci tytuł Rafa, próbujący wreszcie zdobyć tytuł Murray oraz próbujący wszystkiego „jeździec bez głowy” Tsonga chyba nas nie zawiodą… Pewni możemy być za to deszczu, drogich truskawek z bitą śmietaną oraz wielu artykułów o Andym Murray’u  w brytyjskich mediach.