„A rower jest wielce OK, rower to jest świat”

Tydzień temu zadałam znajomym podchwytliwe pytanie, kto ich zdaniem został wybrany sportowcem roku w Portugalii. Po chwili konsternacji i rozmyślań, dlaczego akurat Portugalii i ilu portugalskich sportowców znają, wszyscy zgodnie stwierdzili, że owym wybrańcem ludu musiał zostać nie kto inny, jak Cristiano Ronaldo. Logicznie. Kiedy oznajmiłam im, że to jednak nie jeden z najlepszych i najpopularniejszych piłkarzy świata, a kolarz – Rui Costa został zwycięzcą owego plebiscytu, nie kryli zdziwienia. A później usłyszałam to, co zawsze, kiedy staram się ze znajomymi rozmawiać o kolarstwie: że kolarstwo to nie sport, bo dopingiem śmierdzi na kilometr, że wszyscy jeżdżą „naszprycowani” po uszy jak Armstrong i w ogóle szkoda czasu, żeby sobie czymś takim, jak kolarstwo głowę zawracać.

Moi znajomi nie są w swych sądach odosobnieni. Trudno im się dziwić. Tak kolarstwo przedstawiane jest w mediach. Ciągłe afery, wynurzenia byłych, kiedyś „czystych”, kolarzy, piętno Armstronga (o którym pisałam tutaj) na pewno nie pomagają w budowaniu dobrej atmosfery wokół tej dyscypliny. Sama łapię się na tym, że węszę spiski, kiedy ktoś pokazuje na kolarskich trasach cudowne, niemal boskie moce. Kolarstwo kocham jednak miłością wielką i patrzę na nie z nieco innej perspektywy. Żałuję też, że media tak rzadko zwracają uwagę na tę druga stronę medalu. Dla mnie kolarstwo, które jako jedyna dyscyplina sportowa porządnie wzięła się za walkę z dopingiem, stało się wygodnym kozłem ofiarnym świata sportu, synonimem wszystkiego, co w sporcie brudne i złe. My – tenisiści, piłkarze, hokeiści i siatkarze (można wstawić dowolną dyscyplinę) – jesteśmy czyści jak łza, nieskalani nawet grzechem pierworodnym,  popatrzcie za to na to, co się dzieje w kolarstwie! Sodoma i gomora! Tyle tylko, że świat kolarski od jakiegoś czasu nie wstydzi się swych grzechów i nie boi się o nich mówić. Owszem, nie podoba mi się to, że teraz wszystkie winy próbuje się przypisać Armstrongowi, że próbuje się zarobić na opowieściach o tym, kiedy, co i ile się brało, ale wolę to, niż wciskanie ludziom „kitu” o kontuzji Marina Cilicia, przypadkowym zażyciu należących do żony tabletek na odchudzanie Kolo Touré czy dostaniu się kokainy do organizmu Richarda Gasqueta w wyniku pocałunku z poznaną w klubie Pamelą…

Wracając do zwycięzcy portugalskiego plebiscytu… Rui Costa był jedną z najjaśniejszych gwiazd ubiegłego sezonu. Wywalczył mistrzostwo świata w wyścigu elity we Florencji, wygrał Tour de Suisse oraz dwa etapy (16. i 19.) Tour de France. Jego wielką radość po zdobyciu złotego medalu zapamiętam na długo. Zapamiętam też tegoroczne „zimowe” Giro d’Italia, niesamowitą jazdę Froome’a podczas Tour de France i najstarszego zwycięzcę jednego z Wielkich Tourów – Christophera Hornera, który w wieku 41 lat i 338 dni potrafił wygrać hiszpańską Vueltę. W pamięć wryło mi się też zdjęcie, pochodzące co prawda z 2008 roku, ale robiące furorę podczas tegorocznego wyścigu dookoła Hiszpanii. Przedstawia ono Hornera, który dowozi do mety Billa Demonga (tak, tak, specjalistę od kombinacji norweskiej) i jego zepsuty rower. Pamiętam moskaliki, upał podczas ostatniego etapu Tour de Pologne i niesamowitą ucieczkę Bartosza Huzarskiego w deszczowej Florencji. Wielkich emocji dostarczyli mi także Rafał Majka i Michał Kwiatkowski. Ich świetne występy podczas Giro d’Italia, Tour de France, Tour de Pologne oraz złoty medal Michała w drużynówce podczas mistrzostw świata napawają optymizmem i sprawiają, że z niecierpliwością czekam na następny sezon…

Horner

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

I nie zniechęcą mnie do kolarstwa ani coraz bardziej podobne do siebie Wielkie Toury, ani Tour de Pologne we Włoszech (na szczęście w przyszłym roku trasa „Od Bałtyku aż do Tatr”), ani to, kogo „wsypie” w przyszłości Armstrong i jak głupio będzie się tłumaczył były dyrektor Międzynarodowej Unii Kolarskiej. Nie uczynią tego także książki Rasmussena czy opinie moich znajomych… Bo „rower jest wielce OK, rower to jest świat”!

P.S. Zastanawiam się, czy w Polsce kolarz miałby jakiekolwiek szanse w plebiscytowym starciu z piłkarzem pokroju Cristiano Ronaldo…

Reklamy

Maja i Majka

Półtora tygodnia trzeciego wielkiego kolarskiego wyścigu za nami, a ja nie napisałam o nim jeszcze ani słowa. Istny skandal! Ale Vuelta a España to dziwny wyścig. Dużo młodszy od Tour de France i Giro d”Italia, rozgrywany od 1935 roku, niby z tradycjami, ale kojarzy mi się głownie z tłumami hiszpańskich kolarzy, którzy walczą o zwycięstwo w swojej ojczyźnie i ze zmęczonymi sezonem gwiazdami. Takie kolarskie pożegnanie lata… Nie znaczy to jednak, że Vuelta nie jest pasjonująca. Wystarczy sobie przypomnieć, na przykład, ubiegłoroczny 17. etap i samotną ucieczkę Alberto Contadora. Zaryzykował i w efekcie wygrał cały wyścig, choć Valverde i Rodríguez gonili go do samego końca.

W tym roku Contadora nie ma. Po nieudanym Tour de France, postanowił się wycofać. Wśród największych gwiazd są za to i Valverde i Rodríguez, a także Vincenzo Nibali. Jak do tej pory, najlepiej jedzie Włoch, który po wczorajszej czasówce znowu zasiadł na fotelu lidera. Zwolnił na chwilę miejsce dla amerykańskiego weterana Chrisa Hornera, ale szybko znów je zajął. Reszta faworytów jedzie na razie spokojnie, bez większego błysku, ale zapewne doczekamy się jakichś spektakularnych akcji z ich strony. Taką mam przynajmniej nadzieję… Kompletnie zawodzi ekipa Sky, co może dziwić, bo Vueltę jadą w dosyć mocnym składzie, z Rigoberto Uranem i Sergio Luisem Henao. Ten drugi miał kryzys już na drugim etapie i nie ma co liczyć na dobry rezultat.

W tegorocznym wyścigu dookoła Hiszpanii jedzie pięciu Polaków: Rafał Majka (Team Saxo-Tinkoff), Sylwester Szmyd (Movistar Team), Maciej Paterski (Cannondale), Bartosz Huzarski (Team NetApp-Endura) i Tomasz Marczyński (Vacansoleil-DCM). Najlepiej spisuje się oczywiście Rafał Majka, który w klasyfikacji generalnej jest dziewiąty. Polak wygląda już jednak na nieco zmęczonego sezonem i trudno chyba oczekiwać, aby spełniło się jego marzenie o wygraniu któregoś z etapów. Choć bardzo mu tego życzę.

Przy okazji Majki chciałabym również wspomnieć o Mai, Mai Włoszczowskiej, która w ubiegły weekend zdobyła srebrny medal rozgrywanych w RPA mistrzostw świata w kolarstwie górskim. Tym samym, wróciła na szczyt po ubiegłorocznej kontuzji, która wykluczyła ją przecież ze startu w igrzyskach olimpijskich w Londynie. Informacja o wielkim sukcesie Włoszczowskiej zaginęła gdzieś w gąszczu informacji o transferze Garetha Bale’a, a szkoda…

Czekam zatem na wielkie emocje na kolejnych etapach Vuelta a España, a Mai i Majce życzę powodzenia w spełnianiu ich sportowych marzeń.

P.S. Na koniec pozakonkursowy moskalik (wiem, wiem, nie ma rymu ab ab…):

Kto powiedział, że nasz Majka

Nie da rady wygrać Vuelty,

Temu zrobię to, co Kmicic,

Gdy wpadł z mieczem do Zachęty 😀

Kolarze w skwarze

Urlop regularnemu pisaniu nie sprzyja… Wreszcie znalazłam trochę czasu, aby zdać Wam relację z ostatniego etapu tegorocznego Tour de Pologne.

Tak jak pisałam wcześniej, Kraków był jedynym miejscem, do którego mogłam się wybrać, aby obejrzeć kolarzy na żywo. Spakowałam więc plecak i wraz z Mężem wsiadłam w sobotni poranek do zapchanego po brzegi turystami w skarpetach i sandałach pociągu relacji Białystok-Zakopane. Oczywiście nie dostaliśmy miejscówek, więc mentalnie musieliśmy się przygotować na czterogodzinną męczarnię na korytarzu. Szczęście nam jednak dopisało, bo stanęliśmy w miejscu, o którym ktoś chyba zapomniał. Kiedy pociąg wyjechał z Warszawy wpakowaliśmy się do puściutkiego przedziału i w komfortowych warunkach dotarliśmy do stolicy Małopolski. Ta przywitała nas tropikalnym wręcz upałem i (jak zwykle) niemal azjatyckim tłokiem. Kiedy dotarliśmy na rynek, z przerażeniem stwierdziłam, że przyjdzie nam obserwować zmagania cyklistów w pełnym bądź… pełniejszym słońcu. Po zbadaniu terenu, znaleźliśmy dobrą miejscówkę pod jednym z bardzo licznych balonów reklamowych i cierpliwie czekaliśmy na pierwszego zawodnika. Co chwilę jacyś niemieccy turyści pytali nas, po co to zbiegowisko na rynku. Kiedy próbowałam im przybliżyć charakter imprezy, tylko kręcili nosem i narzekali, że teraz nie będą mogli w spokoju zjeść schabowego i napić się piwa patrząc na Kościół Mariacki…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA                OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Słońce nie dawało chwili wytchnienia. Niektórzy chłodzili się  w fontannie, inni, idąc śladem niemieckich turystów, stawiali na zimne trunki. Ja postanowiłam zdobyć gustowny różowy kapelusz z logo jednego ze sponsorów wyścigu. W tym celu udałam w się w okolice mety, gdzie je rozdawano. Wierzcie mi, zdobycie tego kapelusza kosztowało mnie trzy siniaki, parę otarć, kilka szturchańców w żebra i mnóstwo niecenzuralnych słów od babć, które brały je hurtowo dla całych rodzin. Bo jak ja tu śmiem chcieć jeden dla przykrycia mojej ugotowanej głowy, kiedy one muszą mieć po sto! Kiedy już zdobyłam to trofeum wojenne i dumnie je przywdziałam, udałam się szybko w kierunku naszego balona pod Mariackim. Marsz przerwałam na krótką chwilę, zauroczona jednym z moich telewizyjnych „ulubieńców” – Maciejem Kurzajewskim, który brylował przy mikrofonie w zaaranżowanym na studio namiocie. Tłumaczył coś zaciekle swoim gościom, w tym Michałowi Kwiatkowskiemu, ale oni zdawali się być myślami zupełnie gdzie indziej (a to niespodzianka). Musiałam przystanąć i zrobić zdjęcie. Na pamiątkę.

Pierwszy zawodnik pojawił się na rynku, kiedy moja twarz miała kolor purpury. Sebastian Szczęsny, tym razem bez motocykla, krzyczał po drugiej stronie rynku ile sił w płucach, kto jedzie i jaki ma czas, ale do nas docierał tylko cichy pomruk. Sto metrów od mety nie słyszeliśmy niczego… Byłam wściekła, bo zapomnieliśmy zabrać z domu listę startową i musiałam się bawić w zgadywanki, kto to wyłania się zza zakrętu. Myślę, że można było rozstawić więcej głośników, skoro kolarze przejeżdżali wokół całego rynku. Po drugiej stronie też stali kibice. Aha, co do kibiców. To, że niemieccy turyści zajadający schabowe, nie dopingowali wycieńczonych upałem i przebytymi w niesamowitym tempie kilometrami zawodników jeszcze potrafię zrozumieć, ale dlaczego reszta była tak cicho? Nie dość, że jak na ostatni etap dużego wyścigu z metą w tak zatłoczonym zawsze miejscu, jakim jest Rynek Główny w Krakowie, kibiców było niewielu, to jeszcze siedzieli cicho jak trusia. Tego zrozumieć nie umiem. Trudno pobić przez chwilę brawo?  Głośniej zrobiło się tylko w momencie, kiedy do mety dojeżdżał, poobijany po upadku na poprzednim etapie, Rafał Majka. Polak zaprezentował się w czasówce świetnie i chociaż stracił ostatecznie miejsce na podium w klasyfikacji końcowej, mogliśmy być z niego dumni.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA                      OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Etap z metą w Krakowie wygrał Sir Bradley Wiggins. Brytyjczyk, wcześniej niewidoczny, zrobił to, co do niego należało. Przyjechał z zamiarem wygrania „czasówki” i to zrobił. Najsympatyczniejszym kolarzem świata bym go jednak nie nazwała… Jubileuszowy 70. Tour de Pologne wygrał Holender Pieter Weening, który na ostatnim etapie wykręcił szósty czas. Niestety nie mogłam zostać na ceremonii dekoracji zwycięzców, ale zdążyłam obejrzeć wszystkich zawodników, z czego bardzo się cieszę.

Z Krakowa wyjeżdżałam pełna podziwu dla zawodników, z mnóstwem zdjęć, różowym kapeluszem i czerwoną opalenizną. Za rok na pewno znów spakuję plecak i udam się na któryś z etapów Tour de Pologne. Mam nadzieję, że kibiców będzie więcej, doping głośniejszy a pogoda równie udana. Do zobaczenia!

P.S. Więcej zdjęć znajdziecie tutaj.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA