Zielonym do góry!

W powietrzu unosi się jeszcze czerwona mączka kortów Rolanda Garrosa, a lada chwila rozpocznie się już kolejny turniej wielkoszlemowy. Wimbledon – mimo że magiczny i historyczny – jest najmniej przeze mnie lubianą lewą Wielkiego Szlema. I nie chodzi wcale o to, że uważam – podobnie jak Ivan Lendl – iż trawa jest tylko dla krów. Po prostu, po miesiącach gry na kortach twardych i ceglastych bardzo trudno jest mi się przestawić na odbiór tenisa na trawie. Zawsze, kiedy dzień po finale w Paryżu, telewizje zaczynają pokazywać turnieje w Queen’s Club i Halle, czuję się, jabym trafiła na jakąś inną planetę. I nim się przyzwyczaję, sezon na trwanikach dobiega końca. Może gdyby trwał dłużej, byłoby mi łatwiej i polubiłabym go bardziej…

Niektórzy koneserzy tenisa zapewne uznają moje wyznanie za grzech śmiertelny tenisowego kibica, bo przecież Wimbledon trzeba kochać miłością wielką i najgorętszą. Tu się gra w prawdziwy tenis, tu jest przywiązanie do tradycji, tu publiczność i atmosfera jest najlepsza, to jest historia tej gry… Do mnie te argumenty nie przemawiają. Owszem, pochwalam przywiązanie do tradycji, cenię kulturalną, acz sztywną niekiedy publiczność, z historią także nie zamierzam dyskutować. Ile jest prawdy w opowieściach o magii tego miejsca nie wiem, nie jestem tenisistą, którego największym marzeniem jest wygrać na kortach na SW19. Wystarczy jednak przeczytać kilka historii tenisistów spoza czołówki (dla przykładu: http://www.trolltennis.com/2014/06/19/the-frank-dancevic-expose/), aby dowiedzieć się, że rzeczywistość wcale nie jest tak bajkowa, jak opisują ją, stosując ciągle te same wyświechtane formułki, gwiazdy i organizatorzy.

Nie jest jednak tak, że tenisa na trawie nie lubię. Przez ostatnie dwa tygodnie z otwartą szeroko buzią podziwiałam wyczyny Feliciano Lopeza czy Radka Štěpánka. Panowie grali w sposób olśniewający! Tyle slajsów, skrótów i wolejów nie ogląda się w ostatnich latach zbyt często. Gorzej, jeżeli na kort wychodzą panowie Karlović i Anderson i mecz wygląda w sposób następujący: serwis-punkt, serwis-punkt, serwis-punkt, serwis-gem, zmiana stron i od nowa… I tak przez trzy sety z tie-breakami… Może niektórych to urzeka, mnie niestety nie…

Tyle marudzenia, bo kiedy turniej się zacznie, mój Mąż znowu będzie się chciał wyprowadzić z domu, nie mogąc patrzeć na to, co wyprawiam oglądając tenis. Dodatkowo trwa mundial, więc stresu będzie co niemiara. Kto wygra? „Daj Boziu niebo” temu, kto odgadnie. Próbowałam przez dwa ostatnie lata i, jakkolwiek zwycięzcę trafiłam, przebieg turnieju zaskakiwał mnie po wielokroć. Nie wierzę w obronę tytułu przez Andy’ego Murray’a, nie spodziewam się nagłego wybuchu formy Jerzego Janowicza. Groźny będzie jak zwykle Djoković oraz Roger Federer, który do półfinału ma drogę usłaną różami. Co prawda, jeżeli Rafael Nadal, jakimś cudem, doczłapie do tego etapu turnieju, droga ta może okazać się cierniową…  Ale Hiszpan losowanie ma trudne  i musi naprawdę ciężko pracować od pierwszej rundy, aby myśleć o poprawieniu swoich ostatnich wimbledońskich wyczynów. Z przyjemnością będę obserwować wspomnianych wyżej Lopeza i Štěpánka (ten, w drugiej rundzie trafia najprawdopodobniej na Novaka Djokovicia, więc mogę nie zdążyć nacieszyć oka…), ciekawa jestem też postawy Grigora Dimitrowa… Bułgar ma narzędzia do tego, aby w Londynie zajść wysoko.  Może z dobrej strony pokaże się Kei Nishikori, może Milos Raonic, może Ernests Gulbis (oby!)…

O paniach trudno powiedzieć mi cokolwiek. Wydaje się, że Serena Williams jest niekwestionowaną faworytką, ale ten sezon Amerykanki nie jest fascynujący. Liderka światowego rankingu zmaga się od jakiegoś czasu z mniejszymi lub większymi kontuzjami i wygląda na nieco znudzoną, przybitą, gra bez pełnego zaangażowania i entuzjazmu. Maria Szarapowa, opromieniona tryumfem w Paryżu, jest na pewno druga w kolejce do końcowego zwycięstwa, ale jest na kursie kolizyjnym właśnie z Sereną Williams. Jeżeli obie panie spotkają się w ćwierćfinale, istnieje duże prawdopiedobieństwo, że jego zwyciężczyni kilka dni później uniesie w górę paterę Venus Rosewater. Wiktoria Azarenka wraca po długiej przerwie spowodowanej kontuzją stopy i raczej nie będzie się liczyć w meczach o nawyższą stawkę. Agnieszka Radwańska na losowanie narzekać nie może, choć w swojej części drabinki ma odwieczne postrachy: Kuzniecową i Makarową. O grze polskiej tenisistki nie mam ostatnio najlepszego zdania, więc na tym poprzestanę (sukienki, torebki i reklamy banków mało mnie interesują…). Pozostają jeszcze Li Na, Petra Kvitová (tryumfatorka z 2011 roku) oraz szereg zawodniczek młodego pokolenia (Bouchard, Muguruza, Stephens). O umiejętnościach gry na trawie tych ostatnich powiedzieć można niewiele. W turniejach poprzedzających Wimbledon zachodziły najdalej do 3 rundy…

Czas pokaże, jak potoczą się w tym roku losy na wimbledońskiej trawie. Oby nie padało, nie wiało nudą i nie brakło truskawek dla kibiców. Trzymam kciuki!

Reklamy

„Mój jest ten kawałek podłogi…”

Gdyby Rafael Nadal znał hit zespołu Mr. Zoob, na pewno wypisałby jego tekst na jakiejś wielkiej płachcie i wywieszał na ścianie podczas każdej konferencji prasowej organizowanej podczas tegorocznego wielkoszlemowego turnieju Roland Garros. Hiszpan, który przyzwyczaił wszystkich do totalnej dominacji na europejskiej mączce, nie wygrywa w tym roku turnieju za turniejem, a dziennikarze złaknieni jakiegoś tenisowego novum, jak kania dżdżu, nie zamierzają chyba przestać mu o tym przypominać. Pytania o porażki z Davidem Ferrerem, Nicolasem Almagro czy Novakiem Djokoviciem śnią się już zapewne Nadalowi po nocach. Ośmiokrotny tryumfator francuskiej lewy Wielkiego Szlema niestety sam ukręcił na siebie bicz. Do tej pory uznawany za murowanego faworyta imprezy, w tym roku musi zmierzyć się z nieco odmiennym podejściem co do jego szans na ostateczny sukces…

Chętnych do zrzucenia Hiszpana z tronu wielu. Czy wystarczy im zdrowia, sił i słabsza forma Nadala, czas pokaże. Na pewno poczuli, że w tym roku można mu się dobrać wreszcie do skóry. Mocno zmotywowany będzie zarówno Djoković, któremu brakuje zwycięstwa w paryskim turnieju, jak i Ferrer, dla którego może to być jedna z ostatnich szans na zdobycie pierwszego w swojej karierze tytułu wielkoszlemowego, czy Roger Federer, który tylko raz unosił w górę Coupe des Mousquetaires. Wielką zagadkę stanowi dla mnie Andy Murray. Wracający po dłuższej przerwie spowodowanej kontuzją pleców Szkot, nigdy nie grał wyśmienicie na mączce, ale zawsze trzeba się z nim liczyć – kiedy ma swój dzień, potrafi wygrać z każdym. Przegrać niestety też… Innych kandydatów gotowych do tego, aby zniweczyć plany Nadala na zdobycie dziewiątego tytułu French Open nie widzę. Oprócz samego Nadala oczywiście.

Styczniowy ulubieniec forów tenisowych, Stan (bo już oficjalnie nie Stanislas) Wawrinka, odpadł już w pierwszej rundzie, smucąc wielce tych, którzy obwieścili już nastanie „nowych tenisowych czasów”. Pogromca Nadala z Barcelony, Nicolas Almagro, poddał wczoraj mecz z Jackiem Sockiem. „Największy młody talent”, Grigor Dimitrow, uległ kończącemu powoli karierę Ivo Karloviciowi, a obwołany „czarnym koniem” turnieju Kei Nishikori nie podołał Martinowi Kližanowi. Dodatkowo, „kwiecisty” Tomáš Berdych męczy się z Ołeksandrem Nedowiesowem, a Milos Raonić nie może się odnaleźć w meczu z Jiřím Veselým. Jak widać, raczej „starum” niż „novum”…

U kobiet sytuacja wydawała się być jeszcze mniej skomplikowana niż u mężczyzn. Pod nieobecność kontuzjowanej Azarenki, po odpadnięciu Li Na, trudno było dostrzec w drabince zawodniczkę, która mogłaby się skutecznie przeciwstawić Serenie Williams. Petra Kvitová jest tak nierówna, że z turniejem może pożegnać się już jutro, Sabine Lisicki na mączce gra kiepsko, Szarapowa już nie pamięta, jak się wygrywa z Amerykanką, a Radwańska jest zbyt słaba fizycznie, aby stawić jej opór. Jak się okazało, wystarczyła świetnie dziś dysponowana Garbine Muguruza, która niemal zdmuchnęła liderkę światowego rankingu z kortu Suzanne Lenglen. I teraz nic już nie jest takie jasne, jakie było jeszcze dwie godziny temu…

Czyj zatem będzie w tym roku kawałek francuskiej tenisowej podłogi? Wyjaśni się za półtora tygodnia. A nam, kibicom, pozostaje trzymać kciuki, aby było ciekawie i emocjonująco.

„Nieprzespanej nocy znojnej jeszcze mam na ustach ślad”

Dryn, dryn, dryn!!! Przerażający dźwięk budzika przerywa mi piękny sen, w którym w towarzystwie Johnny’ego Deppa sączę drinka na Lazurowym Wybrzeżu. Ciemno wszędzie, głucho wszędzie… Przecieram mocno oczy, bo Johnny nie chce jakoś zniknąć i próbuję odczytać, która jest godzina. Zajmuje mi to zdecydowanie więcej czasu niż ma „jedna Wenta”… Trzecia… Jak to trzecia?! Aha, trzecia… Wstać trzeba, bo na kortach w Melbourne grają już w najlepsze. Po cichutku, powolutku opuszczam sypialniane Lazurowe Wybrzeże i w salonie przenoszę się do pięknej, słonecznej Australii.

Australian Open –  pierwszy wielkoszlemowy turniej roku, dwa tygodnie pod znakiem bezsenności, nieprzytomności w pracy i hektolitrów kawy. Mimo niedogodności związanych z różnicą czasu, najbardziej przeze mnie ukochany. Uwielbiam klimat tego turnieju, publiczność, słońce i upały w środku polskiej zimy (w tym roku wiosny bądź jesieni, jak kto woli). Wspaniale jest otulić się kocem i z kubkiem kawy śledzić zmagania tenisistów i tenisistek na drugim końcu świata. I to nie tylko tych najlepszych. Uwielbiam patrzeć na zmagania tych, których przeznaczeniem i tak jest odpaść szybko, a którzy walczą o drugą rundę jak o życie. Wstaję nawet po to, aby popatrzeć, jak Verdasco lub Almagro (jaka szkoda, że w tym roku go nie będzie) przegrywa kolejny wygrany mecz, a Dimitrov, nadzieja tenisowych wszech galaktyk, odpada w pierwszej rundzie po porażce z najbardziej drewnianym „beztalenciem”. Ot, urok Australian Open.

W tym roku również nie zamierzam odpuszczać. Drabinki turniejowe już dawno spisane, plan gier wyuczony na pamięć, a od pierwszej w nocy wmawiam sobie, że „sen przeraża mnie”. Analizy drabinek tym razem nie będzie. Wystarczy, że fani Nadala i Federera nie kłócą się już tylko o to, który z nich jest wybitniejszym tenisistą, ale także o to, który z nich ma gorsze losowanie w tegorocznym Aussie Open… Fakt, najlepiej nie trafili, ale jakie to ma znaczenie, kiedy ani my, ani oni nie mogą już w tej kwestii nic zmienić…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Oczywiście mam swoich faworytów (tych „obiektywniejszych” i tych „subiektywniejszych”). Wśród mężczyzn są nimi Novak Djoković i Rafael Nadal. Pierwszy broni swojego królestwa i drogę ku temu ma usłaną różami, drugi poprzez ciernie będzie starał się zrzucić go z australijskiego tronu. Na czerwono podkreśliłam Juana Martina del Potro, tyle tylko, że on na czerwono podkreślony był już wiele razy… Murray, Federer i Tsonga zasługują, w moim przekonaniu, co najwyżej na różowy. Dla Berdycha, Ferrera i reszty koloru jeszcze nie wymyślono.

Wśród pań trudno wskazać na kogoś innego jak Serena Williams. Na niekorzyść Amerykanki może działać tylko to, że w ostatnich latach jej starty w Australii nie należały do najbardziej udanych. Tytułu broni Wiktoria Azarenka, ale ciężko jest mi się wypowiadać na temat formy Białorusinki. Sporo przytyła, zmagała się z kontuzją, a końcówka ubiegłego sezonu nie wyglądała w jej wykonaniu najlepiej. Dlatego uważam, że Agnieszka Radwańska lądując akurat w jej ćwiartce, nie trafiła aż tak tragicznie, jak przedstawiają to niektóre media. Sęk w tym, że o formie Agnieszki Radwańskiej także ciężko cokolwiek powiedzieć… Na pewno bacznie będę obserwować Na Li, która w Australii gra naprawdę dobrze.

Mam nadzieję, że przez najbliższe dwa tygodnie ani razu nie pożałuję tego, że tenisiści nie dadzą mi dopić drinka z Johnnym Deppem. Życzę powodzenia Agnieszce, Kasi, Ali, Jerzemu, Łukaszowi, Michałowi, Mariuszowi, Marcinowi i Tomkowi. No i Rafie oczywiście. Kawo przybywaj!

„Zapamiętaj to – pamiętam…”

Tegoroczny sezon tenisowy panów mogłabym podsumować niezbyt wyszukaną wyliczanką: Djoković, Nadal, Murray, Djoković, Nadal, Nadal, Nadal, Murray, Nadal, Nadal, Nadal, Djoković, Djoković, Djoković (kolejność nazwisk nieprzypadkowa)… na kogo wypadnie, na tego-bęc! Trzy nazwiska – czternaście najważniejszych tytułów. I choć od finałowego meczu w londyńskiej O2 Arena minął już niemal tydzień, ciągle nie umiem sobie jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie, jaki tak naprawdę był ten sezon. Miałam nawet pomysł, aby dołączyć do tenisowych forów internetowych, które śledzę od kilku lat i podyskutować o tym trochę, ale po przeczytaniu kolejnej porcji wynurzeń na temat żenującego poziomu obecnych rozgrywek, wyższości jednej epoki nad drugą, jednego tenisisty nad drugim tylko dlatego, że tego pierwszego lubię a tego drugiego wręcz przeciwnie i życzę mu porażki zawsze i wszędzie, o technice, na której wszyscy się znają i  marzeniach o nieśmiertelności Federera, pomysł zarzuciłam i chyba już nigdy do niego nie wrócę. Dorabianie gęby i upupianie, to nie na moje nerwy… Wystarczy, że szargają mi je sportowe emocje.

Wracając do podsumowania tegorocznego sezonu… Co będę z niego pamiętać za kilka, kilkanaście lat (bez pomocy youtuba, wikipedii i czegokolwiek, co w tym czasie jeszcze powstanie)? Zapewne trzeci australijski tryumf z rzędu Novaka Djokovicia, spektakularny powrót Rafaela Nadala i jego ósmy tytuł na kortach Rolanda Garrosa, polski ćwierćfinał Wimbledonu i upragniony tytuł dla Andy’ego Murray’a i… to chyba tyle. Może jeszcze słynne Janowiczowe „How many times?” (dla przypomnienia zapraszam tutaj) i wimbledoński pogrom faworytów…  Jako że moja pamięć raczej nie jest stworzona do zapamiętywania obrazów z konkretnych meczów, umknie mi gdzieś fantastyczny mecz Wawrinki z Djokoviciem z Melbourne, Nadala z Del Potro z Indian Wells, słaniający się na ostatnich nogach Murray i Ferrer w finale turnieju w Miami, lanie jakie Nadalowi zgotował w pierwszym secie rzymskiego mastersa Ernests Gulbis, bezradność Tsongi w półfinale French Open, fantastyczny półfinał Wimbledonu pomiędzy Djokoviciem i Del Potro czy tak samo obsadzony finał turnieju w Szanghaju. Zapewne zapomnę nawet o bardzo słabym sezonie Federera, ponieważ nie jestem tym tak bardzo zaskoczona jak niektórzy fani Szwajcara. Taka jest po prostu kolej rzeczy. Na pewno nie zapamiętam nowych twarzy, młodych graczy depczących czołówce (lub „betonowi”, jak kto woli) po piętach. Ale w tym przypadku to nie moja pamięć będzie problemem, takich graczy po prostu brak. Milos Raonić błysnął dwa lata temu w Australii, Janowicz w roku ubiegłym w Paryżu, w tym trzeba było sięgać do challengerów lub jeszcze niżej, aby odpocząć od obecnych ciągle na naszych ekranach tych samych twarzy. Dobrze przynajmniej, że „starsi panowie” nie dają za wygraną i wciąż odnoszą sukcesy. Tegoroczne wyniki Tommy’ego Haasa, Tommy’ego Robredo, Nicolasa Mahuta, Michaiła Jużnego czy Carlosa Berlocqa zasługują na duże wyrazy uznania.

Był to kolejny sezon, w którym dominacja Nadala i Djokovicia nie podlegała żadnej dyskusji. Spotkali się w tym roku sześciokrotnie (bilans spotkań 3-3), a ich przewaga nad kolejnymi w rankingu Ferrerem i Murray’em wynosi ponad 6000 punktów! Od połowy sezonu wiadomo było, że Nadal ma „jedynkę” na wyciągnięcie ręki. Gra o tron jaką toczyli obydwaj zawodnicy była jednak niezwykła, bo pomimo tego, że Hiszpan wrócił na szczyt we wrześniu, tak naprawdę do końca sezonu nie mógł być pewien, czy na nim zostanie. Serb nie zamierzał ułatwiać mu zadania, ale Nadal prowadzenia nie oddał.

Ciąg dalszy owej gry o tron czeka nas zapewne w przyszłym sezonie. O oczekiwaniach wobec niego napiszę innym razem, ale kiedy pomyślę o cudownym australijskim słońcu wyzierającym w środku nocy z ekranu telewizora, to stycznia już się doczekać nie mogę…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Vamos Rafa!

„Nie wiem, czy jest coś w życiu, co daje takie emocje, jak wygrana, w dowolnej dyscyplinie sportu i na dowolnym poziomie. Nie ma drugiego uczucia tak intensywnego ani tak radosnego. A im bardziej się łaknie zwycięstwa, tym większe jest uniesienie, kiedy się uda je odnieść”. Ostatnie zwycięstwo autora tych słów oraz jego emocjonalna reakcja tuż po tryumfie udowadnia, że mówił szczerą prawdę.

Rok temu Rafael Nadal oglądał mecz finałowy US Open siedząc przed telewizorem w domu na Majorce. Nikt nie wiedział wtedy, czy Hiszpan jeszcze kiedykolwiek pojawi się na korcie, nie mówiąc już o odnoszeniu zwycięstw w wielkich turniejach na twardej nawierzchni. Odnowiona po raz kolejny kontuzja kolana była na tyle poważna, że Nadal odwołał przygotowywany z wielkim namaszczeniem mecz pokazowy na Santiago Bernabéu, zrezygnował z udziału w igrzyskach olimpijskich, a później w otwartych mistrzostwach Stanów Zjednoczonych. Co więcej, po sensacyjnej porażce w drugiej rundzie Wimbledonu z Lukášem Rosolem, nie oglądaliśmy go aż do lutego roku bieżącego. Brak Hiszpana w rozgrywkach był odczuwalny. David Ferrer, który pod jego nieobecność wskoczył na czwarte miejsce w rankingu, mimo iż waleczny, pracowity i nieustępliwy, ponosił w wielkoszlemowych półfinałach sromotne klęski, nijak nie mogąc zastąpić swego bardziej utytułowanego kolegi z reprezentacji. Rozgrywki zdominowali Djoković, Murray i będący jeszcze w ubiegłym roku w dobrej formie Roger Federer. Czwartego do brydża nie było.

Plany powrotu Rafy na turniej wielkoszlemowy w Australii także spaliły na panewce. Pojawiły się głosy, że Rafa już nie wróci, ale – ku uciesze większości kibiców tenisa – wrócił. A powrót ten jest niebywały! Kiedy oglądałam jego pierwszy występ po powrocie, przez myśl mi nie przeszło, że Hiszpan tak zdominuje tegoroczne rozgrywki. Na małym turnieju w chilijskim Viña del Mar Nadal źle się poruszał, widać było, że zatracił dynamikę, a obandażowane kolano pokazywało, że wcale nie musi być z nim tak dobrze, jak zapewnia otoczenie Hiszpana. Jednak z meczu na mecz Rafael się rozkręcał. Dotarł do finału w singlu i w deblu i… obydwa przegrał. Jego singlowy pogromca, Horacio Zeballos, znajduje się na zaszczytnej liście trzech zawodników, którym w tym sezonie udało się go pokonać. W dalszych swych występach Nadal zaskakiwał bowiem cały tenisowy świat, wujka Toniego i siebie samego.

Po porażce z Zeballosem wygrał turnieje w São Paulo, Acapulco i Indian Wells. W Monte Carlo, jego królestwie, z tronu zrzucił go po ośmiu latach Novak Djoković, ale majorkański czołg jechał dalej, podbijając po drodze Barcelonę, Madryt i Rzym. Wszyscy zaczęli się zastanawiać, czy wystarczy mu paliwa na turniej Rolanda Garrosa. Ale paliwa było w baku pod dostatkiem. Po fascynującym pięciosetowym półfinale z Djokoviciem, niemal pewnym było, że Rafael Nadal przejdzie do historii jako jedyny tenisista, który wygrał konkretny turniej wielkoszlemowy aż osiem razy. Przypieczętował to, pokonując w finale Davida Ferrera.

Zadyszka pojawiła się podczas Wimbledonu, ale z dzisiejszej perspektywy, porażka w pierwszej rundzie ze Stevem Darcisem, była zbawienna. Dodatkowy odpoczynek sprawił, że od początku sierpnia najważniejsze turnieje znowu padają łupem Nadala. Wygrał w Montrealu i Cincinnati. Był więc najpoważniejszym kandydatem do zwycięstwa na kortach Flushing Meadows. Tak jak w przypadku Wimbledonu, zacierano ręce na myśl o ćwierćfinałowej potyczce Hiszpana z Rogerem Federerem, ale i tym razem do konfrontacji nie doszło. Szwajcarski arcymistrz odpadł rundę wcześniej z Tommym Robredo, z którym do tego momentu przegrał tylko trzy sety w dziesięciu spotkaniach… Trzeba było zatem obejść się smakiem, choć od pewnego czasu rywalizacja ta jest do bólu przewidywalna, a fajerwerków w niej jak na lekarstwo. Ma jednak jakąś magię, która powoduje, że stadiony zapełniają się po brzegi, a ja zarywam kolejną noc…

Nadal dotarł do finału bez większych problemów. Stracił jednego seta z Kohlschreiberem i został przełamy tylko raz (sztuka ta udała się Gasquetowi w półfinale). Ale w najważniejszym meczu czekał rywal najgroźniejszy, lider rankingu, zmora z roku 2011, Novak Djoković. Serb może we wcześniejszych meczach nie błyszczał, ale wiedziałam, że w finale będzie niesamowicie groźny. I był! Po nieudanym pierwszym secie, którego przegrał 2:6, ruszył do ataku, przejął kontrolę nad meczem i doprowadził do remisu. Panował też na początku seta trzeciego, ale Nadal nie byłby sobą, gdyby nie walczył do końca jak lew. Po tym, jak w dziewiątym gemie obronił trzy piłki na przełamanie, wygrał gema serwisowego Serba i wyszedł na 2:1 w setach. W czwartym Novak zdołał wygrać już tylko jednego gema.

Po trzynastym zwycięstwie w turnieju wielkoszlemowym, drugim w US Open, Nadal płakał jak dziecko. Wszystkie emocje, jakie targały nim przez ostatni rok, znalazły ujście. Kontuzja, złe diagnozy lekarzy, opinie, że już nigdy nic wielkiego nie wygra, to historia. Wrócił, wygrał dziesięć z trzynastu turniejów, w których startował, w tym dwa wielkoszlemowe, bilans meczów: 60:3, w tym z graczami pierwszej dziesiątki rankingu: 10:1, na kortach twardych jest na razie niepokonany. Ma niemal zapewnioną pozycję lidera rankingu na koniec sezonu, a przecież nie grał w Australii i odpadł w pierwszej rundzie Wimbledonu. Można Hiszpana lubić, bądź nie, nie każdemu pasuje jego tenis, nie każdemu pasuje on sam, ale za wynik trzeba go szanować.

Rafael Nadal buduje dalej swoją legendę i goni wielkiego Samprasa i jeszcze większego Federera. Czy dogoni? Trudno prorokować. Jeżeli zdrowie mu pozwoli, ma na to duże szanse. Ja trzymam za niego kciuki…

Betonowy zawrót głowy

Ciary na plecach są? Są! Ręka od przepisywania turniejowych drabinek do nowego, pięknego, stworzonego przez Martę (skrapowice.wordpress.com – polecam!) zeszytu boli? Boli! Znak to, że ostatnia lewa Wielkiego Szlema tuż, tuż. Zanim jednak obiecane przepowiednie „Wróżbity Macieja” na tegoroczny US Open, słów kilka o tym, co działo się w amerykańskich turniejach poprzedzających tę wielką tenisową ucztę.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA            OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Corocznie przygoda z twardymi amerykańskimi kortami rozpoczyna się na miesiąc przed nowojorską imprezą. Pięć turniejów ATP: Atlanta (250), Waszyngton (500), Toronto/Montreal (1000), Cincinnati (1000) i Winston-Salem (250) oraz pięć turniejów WTA: Stanford, Carlsbad, Toronto/Montreal, Cincinnati i New Haven składają się na tzw. US Open Series. Zwycięzca cyklu może liczyć na premię w wysokości miliona dolarów, jeżeli okaże się być także tryumfatorem US Open. Jeżeli osiągnie gorszy wynik, dostanie mniej, proste.

W tym roku chrapkę na najwyższą premię mogą mieć Serena Williams i Rafa Nadal. Amerykanka wygrała turniej w Toronto, zagrała w finale  w Cincinnati, gdzie przegrała z Azarenką i o 25 punktów wyprzedziła Białorusinkę w końcowym zestawieniu. Hiszpan wygrał dwa najlepiej punktowane turnieje cyklu – Montreal i Cincinnati i tym samym zapewnił sobie drugi w karierze tryumf w US Open Series. Czy dodatkowy milion zasili ich konta? Tego nie wiem, ale obydwoje mają na to ogromne szanse. Nie będę oryginalna, jeżeli powiem, że to właśnie Serena i Rafa są dla mnie głównymi kandydatami do zwycięstwa na kortach Flushing Meadows.

I doszłam do najważniejszej części tekstu – przepowiedni turniejowych. Wimbledońskie mi nie wyszły, ale drzemiący we mnie „Wróżbita Maciej” podpowiada, że tym razem będzie inaczej. Ostatnia lewa Wielkiego Szlema 2013 padnie łupem Hiszpana z Majorki, od zawsze „Króla Mączki”, od marca bieżącego roku również „Króla Betonu”. W finale pokona on Andy’ego Murray’a, „Ostatniego Króla Szkocji”, który w półfinale pokona Juana Martina del Potro, zwanego  „Drwalem z Tandil”. Novak Djoković, „Słońce Bałkanów”, nie zdąży wprowadzić do swej gry nowatorskich pomysłów jego nowego trenera, Wojciecha „Umówić Cię z Kimś” Fibaka i polegnie z rąk „Drwala” w ćwierćfinale. A „Maestro z Bazylei”? Cóż, „Nadal w ćwierćfinale” nie brzmi dobrze. Szansę na dobry wynik (ze względu na przyjemne losowanie) mają także Jerzy Janowicz, Ernests Gulbis czy Milos Raonic.

Wśród kobiet zwycięży Serena Williams, albo… Wiktoria Azarenka. Jeszcze nie oświeciło mnie wystarczająco w tej kwestii. Szanse Agnieszki Radwańskiej? Podobnie, jak w przypadku „Maestro”: „Williams w półfinale nie brzmi dobrze”.  Agnieszka zaczyna turniej już dzisiaj, a mecz z Silvią Solar-Espinosą wcale nie musi być łatwy.

Ciary na plecach są? Są! US Open czas zacząć!

P.S. Jeżeli w ciągu najbliższych dwóch tygodni napiszę coś, co nie będzie miało jakiegokolwiek sensu, to wybaczcie… Sen, to jest coś, czego w najbliższych dniach będzie mi bardzo, ale to bardzo, brakowało…

Ostatni król Szkocji

Wielbiciele tenisa wiedzą, że kiedy Andy Murray odnosi zwycięstwo, jest nazywany na Wyspach wielkim Brytyjczykiem, a kiedy przegrywa, od razu staje się tylko i wyłącznie Szkotem. Podczas Wimbledonu szaleństwo na punkcie Andy’ego sięgnęło zenitu. Nic dziwnego, Brytyjczycy czekali na „swojego” zwycięzcę „swojego” turnieju od… 1936 roku, kiedy to Fred Perry pokonał w finale Niemca Gottfrieda von Cramma. Nadzieje na tegoroczny sukces były o wiele większe niż w latach poprzednich. W 2012 roku Andy wreszcie się przełamał. Zdołał osiągnąć przy Church Road wimbledoński finał (przegrany z Rogerem Federerem), na tych samych kortach zdobył olimpijskie złoto (pokonując Federera), a we wrześniu wygrał US Open (po finale z Djokoviciem). Nie był więc już wiecznie niespełnionym Szkotem, bez tytułu wielkoszlemowego.

Po finałowej porażce w Melbourne, na początku tego roku, wszystko podporządkował dobremu występowi na londyńskiej trawie. Zupełnie odpuścił turnieje na kortach ziemnych. Zdawał sobie sprawę, że nie jest stworzony do tego, aby właśnie na nich osiągać najlepsze rezultaty. Ze względu na kontuzję nie wystąpił także w paryskim Roland Garros. Kiedy Rafa Nadal i Novak Djoković toczyli zacięty bój o finał francuskiej lewy Wielkiego Szlema, on trenował już na kortach Queen’s Clubu. Jak się okazało, było to bardzo mądre posunięcie.

Tuż po rozlosowaniu drabinek, brytyjskie media przystopowały z przedwczesnym ogłaszaniem sukcesu Murray’a. Na drodze do finału mieli mu bowiem stanąć Jo-Wilfried Tsonga oraz Rafael Nadal lub Roger Federer. Szybko się jednak okazało, że droga do finału będzie wręcz usłana różami. Najgroźniejsi rywale odpadli już w pierwszych dwóch rundach, a Andy pokonywał przeciwników gładko. Potrafił także odwrócić losy ćwierćfinałowego meczu z Fernando Verdasco, w którym przegrywał już 0:2 w setach. Oznaczało to, że nie tylko fizycznie, ale i mentalnie Andy jest wspaniale do turnieju przygotowany.

W finale czekał na Andy’ego nie byle kto, bo Novak Djoković. Przyjaciel od czasów juniorskich, ale także numer jeden światowego rankingu. Obydwaj nie należą do moich ulubionych zawodników, obydwaj mnie drażnią swym zachowaniem na korcie, a finały pomiędzy nimi po prostu mnie nudzą. Kiedy przypomnę sobie finał US Open… Brrr… Po odpadnięciu Nadala, postanowiłam jednak kibicować z całych sił Szkotowi i Juanowi Martinowi del Potro. Szkotowi dlatego, że wydawał mi się jedynym, który może Djokovicia pokonać, a Del Potro dlatego, że go po prostu lubię, że ma mocną głowę i nie boi się walczyć z najlepszymi (vide Berdych…).

Juan poległ po pasjonującej półfinałowej walce z Serbem, a Andy pokonał Jerzego Janowicza. Niby turniej  niespodzianek, a w finale numer 1 z numerem 2… Finał mnie nie porwał, niestety, ale wygrał ten, któremu kibicowałam ja, cała Wielka Brytania oraz kibice Federera i Nadala razem wzięci. Andy Murray spełnił dziś marzenia wielu i jest w końcu wielkim Brytyjczykiem ze Szkocji. Tylko czekać, aż królowa Elżbieta II nada mu tytuł Sir.

Na koniec jeszcze słowo o Polakach (przecież obiecałam ciąg dalszy Bajkowego scenariusza). Na pewno był to najlepszy turniej w ich wykonaniu. Dwa półfinały, ćwierćfinał i druga runda to naprawdę wiele, jak na kraj, w którym nie ma porządnego ośrodka tenisowego, a autorzy artykułów tenisowych często pojęcia nie mają o tym, jak się liczy punkty w gemach. Janowicz osiągnął najlepszy wynik w historii polskiego tenisa męskiego. Potrafił wykorzystać nadarzającą się szansę i stoczył piękną walkę w półfinale z dzisiejszym zwycięzcą. Agnieszka Radwańska heroicznie walczyła o finał z Lisicką. Szkoda, że się nie udało, ale półfinał to ogromny sukces i trzeba o tym pamiętać. Jej pomeczowe zachowanie to temat na inną dyskusję. Największe emocje wzbudził we mnie sukces Łukasza Kubota. Najskromniejszego, najcichszego, tego, o którym najmniej się mówiło i pisało. Jego gra na trawie cieszy oko tych, którzy pamiętają Raftera, Samprasa czy Beckera, a postawa na korcie jest godna naśladowania.

Mam nadzieję, że ten Wimbledon to tylko początek sukcesów polskich tenisistów. Następna okazja na wielkie wyniki już niedługo na amerykańskim betonie. Powodzenia!