Pożegnanie z wiosłami

Igrzyska Olimpijskie w Pekinie pamiętam doskonale. Począwszy od protestów, jakie pojawiły się zaraz po ogłoszeniu gospodarza imprezy, poprzez rozmach jaki towarzyszył ceremonii otwarcia, piękne obiekty sportowe, straszne godziny transmisji, polskiego urzędnika, który uciął sobie „niewinną” drzemkę na trawniku w wiosce olimpijskiej, aż do łez szczęścia zwycięzców i łez rozpaczy przegranych. Pamiętam walkę o złoto Szymona Kołeckiego, zwycięski skok Leszka Blanika, szok brazylijskich siatkarzy po finałowej porażce z drużyną Stanów Zjednoczonych, Łukasza Kadziewicza broniącego piłkę na stole sędziowskim, rozczarowanie piłkarzy ręcznych, którzy pojechali po medal, a wrócili z 5. miejscem czy fenomenalne rezultaty Usaina Bolta. Pamięć mam pojemną i dosyć dobrą, więc mogłabym wyliczać bez końca.

W ubiegłą niedzielę, podczas wioślarskich Mistrzostw Polski, karierę zakończyło dwóch członków polskiej złotej czwórki podwójnej z Pekinu- Adam Korol i Marek Kolbowicz. Tryumfalny wyścig „terminatorów” (w osadzie z Korolem i Kolbowiczem płynęli wtedy Konrad Wasilewski i Michał Jeliński) także pamiętam. Dariusz Szpakowski okrasił go swym jakże barwnym komentarzem (jeżeli ktoś chce sobie odświeżyć, zapraszam tutaj), a ja okrasiłam go najsłynniejszym polskim słowem, co to wyraża tysiąc słów i wraz z Ojcem i jeszcze wtedy nie Mężem, skakałam z radości po pokoju. Piękne chwile.

Szkoda, że komentujący rozstanie obu Panów ze sportem, bardziej skupili się na tym, co obecnie robi Kolbowicz, niż na wspominaniu ich sukcesów… A jest  o czym wspominać, bo byli oni m.in. czterokrotnymi mistrzami świata i mistrzami olimpijskimi. Jako wioślarze dostarczali nam wzruszeń i jako wioślarze się z nami żegnali. Jeżeli ktoś chce porozmawiać o polityce, to są do tego bardziej odpowiednie miejsca, niż artykuły o zakończeniu czyjejś kariery sportowej.

Reklamy