Ciemno wszędzie, głucho wszędzie…

Kiedy rok temu Polacy wygrywali Ligę Światową, trudno było o tym wydarzeniu nie usłyszeć. Krzyczał o tym Kurzajewski w TVP, krzyczały piersi Szostak w Polsacie, nawet Ryczel z TVN zapomniał na chwilę o „naszej trójce z Dortmundu” i wrzeszczał o tryumfie polskich siatkarzy. Biało-Czerwoni mówili nam – „Dzień dobry!” – z pierwszych stron wszystkich niemal gazet, a portale internetowe potrafiły o tym wydarzeniu wspomnieć nawet w dziale „Biznes i ekonomia”. I dobrze, sukcesów sportowych mamy mało, więc trzeba nimi żyć.

W tym roku o finałowym turnieju Ligi Światowej nie pisano nawet w dziale „Sport”. Wiem, że nie grała w nim nasza reprezentacja, ale to nadal ważne siatkarskie wydarzenie! Jednak  „eksperci od siatkówki” nagle stracili głos. „Nie ma Polaków – nie ma siatkówki” zdaje się brzmieć ich motto. I tak jak jeszcze tydzień temu wszyscy znawcy wieszali psy na Biało-Czerwonych i ich trenerze, analizując dogłębnie każdy ruch palców Żygadły, tak w weekend próżno było szukać ich wspaniałych analiz rozegrania Bruno czy Travicy.  Jak już się ktoś odezwał, to najczęściej zapominał, że nazwy miejscowości, w której odbywał się turniej, się nie odmienia i pisał o rozgrywkach w Mar del Placie lub, co lepsze, Platcie…

Drodzy dziennikarze, jako kibic siatkówki, ubolewam nad tym, że Polakom nie udało się awansować do Final Six w Mar del Plata, ale nie znaczy to, że w związku z tym, rezygnuję z dalszego śledzenia rozgrywek. A i Wy, którzy tak chętnie przy każdym potknięciu naszej reprezentacji popisujecie się swą niepojętą wiedzą na temat dyscypliny, powinniście je śledzić, aby móc wziąć pod lupę takie potęgi siatkarskie jak Brazylia czy Rosja. Z niecierpliwością czekałam na jakiś wyśmienity artykuł na temat braków w technice Vissotto czy Sokołowa. Nie doczekałam się… Szkoda, że przy okazji następnego meczu Polaków na pewno będziecie już na posterunku…

Reklamy

Bitwa pod Warną

Kiedy słyszę Warna, myślę bitwa. Nie plaża, nie port, nie wino, nawet nie Bułgaria. Bitwa. Nauczyciele historii byliby chyba wniebowzięci. Szczególnie, że przez ostatnie kilka dni, o wydarzeniu z 10 listopada 1444 roku pomyślałam wielokrotnie. Wszystko za sprawą polskich siatkarzy, którzy decydujące o awansie do Final Six Ligi Światowej mecze rozegrają przeciwko Bułgarii właśnie w Warnie.

Faworytami do zwycięstwa w tej bitwie nie będą. Teren wroga, wróg od zawsze niewygodny, a oni jakby trochę zardzewiali. Wielkich armat brak, doświadczony libero trochę już zobojętniał, a w odwodzie tylko „mali rycerze”. Ale nic to! O sile Biało- Czerwonych zawsze stanowiła zespołowość. Nigdy nie byli drużyną opartą na wybitnych indywidualnościach. Można narzekać na ich tegoroczną formę, ale walczą na tyle, na ile mogą. Przecież nie ładnymi oczami Winiarskiego wydarli wygraną Argentyńczykom i Amerykanom i nadal są w grze. W meczach z Bułgarami na proste błędy i przestoje nie będzie już miejsca, ale być może to podziała mobilizująco. Liga Światowa nie jest najważniejszą imprezą w tym roku. To poligon, który ma przygotować do mistrzostw Europy, ale awans do finałowych rozgrywek, po słabym początku, byłby zastrzykiem pozytywnej energii i wiary we własne możliwości przed wrześniową imprezą.

Emocji na pewno nie zabraknie, a lekki zapach nervosolu uniesie się jutro w wielu polskich domach. U mnie w domu uniesie się chyba już dziś. Temat Warny skusił mnie bowiem, aby zajrzeć do starego licealnego zeszytu z historii. W nim, pod tematem: Turcy Osmańscy w Europie, krótki opis bitwy pod Warną, a niżej zdanie, po odkryciu którego ciężko będzie mi zasnąć. Brzmi ono następująco: Władysław Warneńczyk ma 2 sarkofagi, w których zresztą nie leży. Życzcie mi, abym po tej wiadomości, doszła do siebie przed jutrzejszym meczem.