Bonucci! Aj, Jezus Maria!

Puchar Konfederacji nie należy do imprez sportowych, które śledzę z zapartym tchem. Ot, taki turniej na przetarcie przed Mistrzostwami Świata. FIFA zobaczy, czy stadiony się nie walą, a murawa jest wystarczająco zielona. Później napisze piękny raport, co najwyżej trochę pogrozi paluszkiem i każe coś poprawić. Na pewno nie wspomni w nim ani słowem o wielkich protestach, jakie w czasie trwania turnieju mają miejsce na ulicach brazylijskich miast. A przecież są one pochodną całego zamieszania związanego z organizacją przyszłorocznych mistrzostw…

Przy okazji tej stadionowo-hotelowo-lotniskowej rewizji piłkarze rozgrywają kilka meczów. Rzadko stojących na wysokim poziomie, niestety. W tym roku mecze grupowe, które oglądałam, były kiepskie lub bardzo kiepskie. Miałam jednak nadzieję, że spotkania półfinałowe będą lepsze. Nic z tego. Mecz Brazylii z Urugwajem rozczarował mnie niesamowicie. Dreszcz emocji poczułam dwa razy: kiedy Forlán nie strzelił karnego i kiedy Paulinho strzelił bramkę na 2-1. Tyle… Drugi półfinał co prawda pobił ten pierwszy pod względem ilości dreszczy, wszak był konkurs rzutów karnych, ale jakością mu dorównał. Hiszpanie grali w  zwolnionym tempie, a Włosi, mimo kilku niezłych akcji, nie potrafili tego wykorzystać. Krew zaczęła we mnie mocniej buzować dopiero po zakończeniu dogrywki. Może wreszcie moja ukochana Squadra Azzurra pobije La Roję? Nadzieja ma trwała i trwała, bo piłkarze strzelali karne jak natchnieni. Aż w końcu do piłki podszedł Bonucci (jakieś dziwne skojarzenie z Don Fanuccim z „Ojca Chrzestnego” mnie wtedy nawiedziło – zły znak) i zabił tę nadzieję strzelając parę metrów nad bramką! I po emocjach…

Puchar Konfederacji kończy się w niedzielę. W finale Brazylia z Hiszpanią. Na papierze prezentuje się ciekawie. Może zerknę, ale już bez emocji.

Reklamy