Tour de France i „Strażnik Teksasu”

Pewien słoneczny lipcowy dzień 1996 roku… Siedzę rozłożona w fotelu i z ogromnym zaangażowaniem oglądam cały, ponad 200-kilometrowy, etap Wielkiej Pętli na niemieckojęzycznym Eurosporcie. Około godziny 15 do pokoju wchodzi mój dziadek. Patrzy w telewizor, podobnie jak ja nie rozumie ani słowa z tego, co mówią komentatorzy, ale widzi, że z pasją obserwuję jadący peleton. Wychodzi. Za godzinę wraca. Peleton jak jechał, tak jedzie, nic się nie zmieniło, a ja ciągle na to patrzę tak, jakby tam leciał jakiś wybitny film sensacyjny. Wychodzi. Wraca po kilkudziesięciu minutach, coraz bardziej zniecierpliwiony. Kolarze jadą i chyba nie zamierzają dojechać do mety, a wnuczka jak zahipnotyzowana śledzi to pedałowanie. Przeszedł po pokoju raz i drugi i w końcu przemówił: „Mają jeszcze pół godziny… Później przełączam na Strażnika Teksasu!”. Na szczęście zdążyli, a dziadek mógł się emocjonować kolejnymi wyczynami Chucka Norrisa.

Już w najbliższą sobotę rusza jubileuszowy 100. Tour de France. Trzy tygodnie ciężkiej kolarskiej pracy. 21 etapów (w tym 6 typowo górskich) i tylko dwa dni odpoczynku. Faworyt jeden – Christopher Froome. Brytyjczyk jest w doskonałej formie i mam nadzieję, że w tegorocznym wyścigu uda mu się sięgnąć po zwycięstwo. Już w roku ubiegłym mógł pokazać Sir Bradley’owi Wigginsowi plecy, ale plan ekipy Sky był inny…

Przez 17 lat wiele się zmieniło… Głosu dziadka już niestety nie usłyszę, czasu na oglądanie całych etapów (na szczęście na polskojęzycznym Eurosporcie) także już nie mam. Kolarze, którym wtedy kibicowałam: Ullrich, Zabel, Virenque, po latach okazywali się być oszustami, a samo kolarstwo zostało naszpikowane technologią, która według mnie zabija tę piękną dyscyplinę sportu. Pozostała frajda z oglądania zmagań cyklistów i wciąż obecny na naszych ekranach, niezniszczalny Chuck Norris.

Reklamy