Dycha? Nie dycha? Debiut biegowy w pigułce

Dzisiaj trochę prywaty. Nie martwcie się, nie zamierzam Was zanudzać relacją z każdego przetruchtanego przeze mnie odcinka polskich tras, bo tak naprawdę nic Was to nie obchodzi, ale utrata biegowego dziewictwa to jednak coś wyjątkowego, dlatego chciałabym się z Wami podzielić wrażeniami.

Gdyby moja nauczycielka wychowania fizycznego z podstawówki dowiedziała się, że wzięłam się za bieganie, na pewno szeroko otworzyłaby buzię ze zdziwienia (przy okazji – Pani Basiu, pozdrawiam!). Nigdy nie należałam do osób jakoś szczególnie sprawnych, wygimnastykowanych i wielbiących wylewać hektolitry potu w czasie wolnym. Owszem, jeżdżę na rowerze, łyżwach, uwielbiam chodzić po górach, ale żeby jakiś ostry trening – nigdy! Biegać nie lubiłam szczególnie (i chyba nigdy nie dojdzie do tego, że to pokocham). W podstawówce byłam najprawdopodobniej jedną z najgorzej biegających w całej szkole. Pamiętam, jak Pani Basia, chcąc mnie zmotywować do jakiegoś większego wysiłku, postanowiła, że dystans 60 metrów pokonam tym razem w parze nie z koleżanką, a z kolegą. Doszło do tego, że zanim ja wystartowałam, Gucio był w połowie trasy i nici wyszły z motywacji. Teraz wspominam to z rozrzewnieniem, ale wtedy nie było mi do śmiechu. Postanowiłam, że biegać nigdy już nie będę.

Jak postanowiłam, tak uczyniłam. W liceum i podczas studiów rzadko na wuefie robiliśmy cokolwiek (o zgrozo!), więc uniknięcie biegów trudne nie było. Do niedawna do sprintów zmuszała mnie tylko moja poranna opieszałość, dzięki której pociąg zawsze miał przyjechać szybciej, niż pieszo mogłabym dotrzeć na dworzec. Byłam oporna na ogólnie panującą modę na bieganie, choć w domu mam maratońskiego wyjadacza, człowieka, który woli pobiegać, niż napić się piwa (ja wolę piwo). Mąż nigdy nie namawiał mnie na wspólne treningi, nie zanudzał opowieściami o tym, ile przebiegł, po co i w jakim tempie. Bo tak naprawdę, jako biegowemu laikowi, nic by mi te informacje nie dały. Nasze wspólne wyprawy na imprezy biegowe polegały na tym, że Mąż był daleko na trasie, a ja wiernie czekałam na mecie. Prowadziłam zakrojone na szeroką skalę obserwacje poobwieszanych najdroższymi gadżetami biegaczy drepczących na szarym końcu i tych bez zegarków nawet, którzy wbiegali na metę jako pierwsi. Podsłuchiwałam jakże interesujących rozmów na temat historii rekordów życiowych kibica z Białegostoku, Pacanowa czy Poraża oraz historii kontuzji kibica z Wrocławia, Cieszyna czy Koziej Wólki, by wreszcie wytężać moje jedyne widzące oko, aby w tłumie dojrzeć Męża i utrwalić na fotografii wyczekiwane przekroczenie linii mety. Później wysłuchiwałam relacji przepełnionej żalem, jeżeli nie udało mu się osiągnąć zamierzonego rezultatu lub relacji pełnej euforii, jeżeli się udało. Mijając leżących za metą wycieńczonych ludzi, zastanawiałam się, po co oni to robią.

W roli wiernego kibica występuję od ponad sześciu lat. Napatrzyłam się i nasłuchałam aż nadto. Któregoś pięknego czerwcowego dnia, niesiona falą emocji (wyzwoloną chyba przez nadmiar wina), oznajmiłam Mężowi: „Będę biegać, bądź mym trenerem.” Mąż milczał dłuższą chwilę. Analizował zapewne nie to, czy dam radę, tylko to, czy on da radę ze mną na tych treningach wytrzymać. W końcu padło sakramentalne słowo „tak”. Następnego dnia rano, próbowałam sobie wmówić, że musiało mi się to przyśnić. Do czasu, aż padło pytanie, o której idziemy pobiegać… Tak zaczęła się moja walka o każde następne stadionowe niezasapane okrążenie. Od trzech, dnia pierwszego, do dwudziestu pięciu po dwóch miesiącach. Od trzydziestu słów, co to wyraża tysiąc słów (tak, tego na „k”), na okrążenie, do jakichś pięciu. Wyzywałam muszki, kota, co mi przebiegł drogę, Boga, który nie miał nade mną litości, pogodę (upał zawsze będzie mnie zabijał), Panią Basię, która nie dała mi bardziej w kość, to, że Mąż biega lepiej, że się uśmiecha, że się nie uśmiecha, że mnie motywuje, że mnie nie motywuje itd., itp. Naprawdę mu współczuję…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA                           OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Miejsce debiutu wybraliśmy od razu. Dziesięć kilometrów z lekkiej górki w Krynicy, to było coś, czemu mogłam podołać. Jednak moje przerażenie rosło z minuty na minutę. Wokół pełno było biegających ludzi, gadających tylko o bieganiu. Ich rekordy, zamiary bicia tychże, opowieści o tym, ile nabiegali treningowych kilometrów, spowodowały, że nawet zapewnienia mojego wspaniałego trenera, że dam sobie radę, nie sprawiły, że choć na chwilę się uspokoiłam. Moje ręce przez cały czas były lodowato zimne, choć temperatura była wysoka. Zbyt wysoka, jak się później okazało… Było już jednak za późno, żeby się wycofać. Z przypiętym na piersi, pozaginanym z każdej strony, numerem startowym (organizatorzy chyba nie przewidzieli, że małe chuderlaczki także biegają, mogłabym się tym numerem opasać dookoła) i Mężem u boku, zajęłam miejsce gdzieś z tyłu stawki i czekałam na strzał startera.

Biec zaczęłam jakieś pół kilometra za linią startu. Mnóstwo ludzi przede mną uniemożliwiało, abym zrobiła to wcześniej. Na drugim kilometrze poczułam, że rzeczywiście jest strasznie gorąco. Było jakieś 30 stopni. Słowo, które wyraża tysiąc słów, padło po raz pierwszy… Wokół trasy drzew jak na lekarstwo, zero cienia. Mąż pyta, czy chcę pić, a ja mam ochotę mu przywalić. Na czwartym kilometrze stoi facet z wężem ogrodowym, nie mogłam nie skorzystać z okazji i biegnę prosto pod strumień lodowatej wody. Szok termiczny po raz pierwszy. Mąż pyta, czy chcę pić, no chcę. Aparat na zębach skutecznie uniemożliwia mi wlanie w siebie porządnej ilości wody. Co rusz butelka wali mnie prosto w niego, zęby bolą jak szlag. Pada słowo, które wyraża tysiąc słów i decyzja, że więcej nie piję. Gorąco, Justyna Kowalczyk już zapewne na mecie, a mnie została jeszcze połowa dystansu… Na szóstym kilometrze punkt odżywczy. Woda w kubkach. Pić nie będę, będę się polewać. Mąż zgarnął tych kubków chyba z sześć. Szok termiczny po raz drugi. Słowo, które wyraża tysiąc słów pojawia się coraz częściej. Na ósmym kilometrze, kiedy nogi nijak już mnie nie chcą nieść, podbiega do nas jakiś miły Pan i z uśmiechem na ustach pyta, jak się biegnie? A nie widać (słowo, które wyraża tysiąc słów)? Mój układ nerwowy z trudem wytrzymuje tę próbę… Kilometr dziesiąty, muszę przejść na chwilę do marszu. Mam coraz mniej energii, wolę ją zachować na ostatnie metry. Kibice krzyczą, że już za zakrętem meta. Wiem (słowo, które wyraża tysiąc słów). Ostatnią prostą pokonuję w iście sprinterskim tempie, dostaję medal i modlę się o trochę cienia. Dopiero po chwili dochodzi do mnie, że mi się udało i nawet nie byłam ostatnia. Teraz to już tylko radosne słowo, które wyraża tysiąc słów…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA                                      OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Przy bieganiu na pewno zostanę, nigdy wielkim atletą nie będę, ale pokonywanie własnych słabości, to całkiem przyjemne uczucie. Nie zamierzam padać na twarz za metą, jestem ambitna, ale bez przesady. Nie będzie to też moja największa pasja, ale małe rekordy małego chuderlaczka, czemu nie? Korzystając z okazji, chciałabym po raz kolejny podziękować mojemu Mężowi, bez którego na pewno nie dałabym rady. Dziękuję!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

P.S. Po dziewiczym biegu udaliśmy się na lody. To były najdłużej wyczekiwane lody w moim życiu 🙂 Ale smakowały doskonale!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA                         OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Reklamy