Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie

Meczu o trzecie miejsce Pucharu Konfederacji miałam nie oglądać. Plany na niedzielne popołudnie popsuła mi jednak aura i jakoś nie mogłam się już oprzeć, aby nie zerknąć na spotkanie Italii z Urugwajem. I nie żałuję! Nareszcie udało mi się obejrzeć ciekawy, toczony w dobrym tempie mecz, z wieloma zwrotami akcji i pięknymi bramkami. Zresztą, zamieszanie wokół tego, komu przypisać pierwszą z nich, wywołało u mnie niemałe rozbawienie.

Najpierw autorem bramki wg FIFA został Alessandro Diamanti. Nie wiem jakim cudem, gdyż po jego uderzeniu (pięknym, to fakt), piłka odbiła się jeszcze od pleców urugwajskiego bramkarza, Muslery, spadła na linię i dopiero Davide Astori dopełnił formalności i wepchnął ją do bramki. Gołym okiem widać było, że piłka po kontakcie z plecami bramkarza, nie przekroczyła całym obwodem linii bramkowej, więc autorem bramki powinien być Astori. A nawet jeżeli ktoś miałby wątpliwości, czy piłka była już w bramce czy też nie, to bramkę należałoby przypisać Muslerze a nie Diamantiemu. Stąd moje zdziwienie zaistniałą sytuacją.

Zapewne całe to nieporozumienie było spowodowane tym, że władze światowej piłki chciały się pochwalić tzw. GLT (goal-line technology), czyli systemem od dawna znanym tenisowi czy hokejowi, który ma jednoznacznie wskazywać, czy piłka na pewno całym obwodem przekroczyła linię bramkową. Wprowadzenie tej technologii oceniam pozytywnie, ale moment, aby się nią pochwalić i sposób w jaki to zrobiono uważam za kuriozalny. Po przerwie, w której zaprezentowano całemu światu ową „nowinkę”, łaskawie zmieniono nazwisko autora gola na Astoriego. W przypadku pozostałych trzech bramek kabaretu już na szczęście nie było…

Była za to tragedia Diego Forlána, który zaprzeczył słowom Wisławy Szymborskiej, że „nic dwa razy się nie zdarza” i po raz kolejny w turnieju nie strzelił „jedenastki”…

Reklamy

Bonucci! Aj, Jezus Maria!

Puchar Konfederacji nie należy do imprez sportowych, które śledzę z zapartym tchem. Ot, taki turniej na przetarcie przed Mistrzostwami Świata. FIFA zobaczy, czy stadiony się nie walą, a murawa jest wystarczająco zielona. Później napisze piękny raport, co najwyżej trochę pogrozi paluszkiem i każe coś poprawić. Na pewno nie wspomni w nim ani słowem o wielkich protestach, jakie w czasie trwania turnieju mają miejsce na ulicach brazylijskich miast. A przecież są one pochodną całego zamieszania związanego z organizacją przyszłorocznych mistrzostw…

Przy okazji tej stadionowo-hotelowo-lotniskowej rewizji piłkarze rozgrywają kilka meczów. Rzadko stojących na wysokim poziomie, niestety. W tym roku mecze grupowe, które oglądałam, były kiepskie lub bardzo kiepskie. Miałam jednak nadzieję, że spotkania półfinałowe będą lepsze. Nic z tego. Mecz Brazylii z Urugwajem rozczarował mnie niesamowicie. Dreszcz emocji poczułam dwa razy: kiedy Forlán nie strzelił karnego i kiedy Paulinho strzelił bramkę na 2-1. Tyle… Drugi półfinał co prawda pobił ten pierwszy pod względem ilości dreszczy, wszak był konkurs rzutów karnych, ale jakością mu dorównał. Hiszpanie grali w  zwolnionym tempie, a Włosi, mimo kilku niezłych akcji, nie potrafili tego wykorzystać. Krew zaczęła we mnie mocniej buzować dopiero po zakończeniu dogrywki. Może wreszcie moja ukochana Squadra Azzurra pobije La Roję? Nadzieja ma trwała i trwała, bo piłkarze strzelali karne jak natchnieni. Aż w końcu do piłki podszedł Bonucci (jakieś dziwne skojarzenie z Don Fanuccim z „Ojca Chrzestnego” mnie wtedy nawiedziło – zły znak) i zabił tę nadzieję strzelając parę metrów nad bramką! I po emocjach…

Puchar Konfederacji kończy się w niedzielę. W finale Brazylia z Hiszpanią. Na papierze prezentuje się ciekawie. Może zerknę, ale już bez emocji.