Dookoła Polski, czyli trochę Śląska, trochę Małopolski i… włoskie Alpy

Po trzech tygodniach morderczego Tour de France zawsze z chęcią obserwuję Tour de Pologne. Tygodniowy wyścig po polskich drogach przykuwa moją uwagę na tyle mocno, że na długo przed jego rozpoczęciem analizuję  trasę i wybieram miejsca, do których mogę się udać, aby zobaczyć kolarzy na żywo. Ostatnimi czasy liczba tych miejsc drastycznie maleje. Jeszcze kilka lat temu trasa wyścigu biegła z północy na południe. Cyklistów mogli zobaczyć m.in. mieszkańcy Pomorza, Kujaw, Wielkopolski, Mazowsza oraz Górnego i Dolnego Śląska. Od 2008 roku wyścig przeniósł się wyłącznie na południe Polski. Nie pozostawało mi więc nic innego, jak corocznie pakować plecak i ruszać przez pół Polski w odwiedziny do rodziny w Dąbrowie Górniczej. W tym roku o Dąbrowę zahaczyć nie dam rady… Mogłabym odwiedzić rodzinę w Poznaniu, Zielonej Górze czy Sanoku, ale tam Tour de Pologne od wielu lat nie zagląda…

Zawsze podziwiałam Czesława Langa za to, że swym uporem i ciężką pracą potrafił stworzyć wspaniały zawodowy wyścig na terenie Polski, ale ostatnio wyścig ten, podobnie jak pewien rajd po bezdrożach Argentyny, Chile i Peru, niewiele ma wspólnego z nazwą jaką nosi. Kraków, Katowice, Zakopane i czasami Jelenia Góra to tylko malutki skrawek naszego kraju. W tym roku organizatorzy posunęli się jeszcze dalej i dwa pierwsze etapy Tour de Pologne postanowili zorganizować we włoskich Dolomitach. Że niby będzie ciekawiej, że będą wreszcie wysokie góry, że to uczczenie pamięci Jana Pawła II i że niby według słów polskiego hymnu „z ziemi włoskiej do Polski”. Pytam tylko, po co? Czy wyścig bez morderczych wspinaczek, to wyścig gorszy? Czy kolarze jeżdżący słabiej w górach, to kolarze drugiej kategorii? Czy kibice, cykliści i oficjele nudzili się podczas poprzednich edycji? Do mnie oficjalne argumenty organizatorów nie przemawiają (te nieoficjalne, finansowe, byłyby bardziej wiarygodne). Jana Pawła II równie dobrze można uczcić w Wadowicach, w hymnie są również słowa o Poznaniu, a bardzo wysokich gór w Polsce po prostu nie ma.

Wiem, że wielu kibicom tegoroczny pomysł Czesława Langa przypadł do gustu. Mnie się on nie podoba. Z siedmiu etapów po południowych rubieżach Polski, teraz zrobiło się tylko pięć. Z Tour de Pologne pozostało, prócz nazwy, bardzo niewiele. Wybieram się na ostatni etap z metą w Krakowie (z czego na pewno zdam relację), większego wyboru niestety w tym roku nie miałam.

Reklamy