Od a do zet, od zet do a – alfabet Australian Open 2014

Pierwszy turniej wielkoszlemowy bieżącego roku przeszedł do historii. Po dwóch tygodniach zmasowanego ataku tenisa na oczy moje, nieprzespanych nocy, wyrzucania z siebie lawiny przekleństw o trzeciej w nocy, wysyłania Męża o szóstej rano po kawę, „bo się, do cholery, ośmieliła skończyć” i spowolnionych czynności ruchowo-umysłowych w pracy, nadszedł czas detoksu. Nie jest to łatwy czas… Niby tyle narzekania na tę różnicę czasową i brak ciekawych spotkań, ale jak jest już po wszystkim, to zaczynam do tego wszystkiego tęsknić. Długo tęsknić nie będę, bo choć następna lewa Wielkiego Szlema dopiero pod koniec maja, to już za kilka dni Puchar Davisa, a później halowe turnieje w Europie i walka na ziemnych kortach Ameryki Południowej. Nie żałujcie mnie więc…

Długo się zastanawiałam, jak podsumować wydarzenia dni minionych. Na czym się skupić? Na Wawrince? Na Li? Na miłych zaskoczeniach (m.in. Kubot, Dimitrov, Bautista Agut, Bouchard, Cibulkova i Wawrinka) czy gorzkich rozczarowaniach (m.in. Del Potro, Del Potro, Del Potro…)? W końcu postanowiłam ująć moje przemyślenia na temat Australian Open w ramy alfabetu, zapraszam.

A jak Ana Ivanović – pokonując w czwartej rundzie Serenę Williams zaprzeczyła plotkom, jakoby na korcie potrafiła tylko ładnie wyglądać.

B jak Beckett Samuel – autor słów wytatuowanych na przedramieniu zwycięzcy tegorocznego turnieju, przytaczany po stokroć podczas spotkań Wawrinki cytat z „Worstward Ho” sprawił, że „Czekając na Godota” usunęłam na czas jakiś z pola mojego widzenia.

C jak Cibulkova Dominika (a.k.a. „Pocket Rocket”) – równa mi wzrostem finalistka turnieju udowodniła, że „małe” też może być „wielkie”. Sprawiła, że tak jak kiedyś Nadal wyrzucił z jadłospisu rosół, tak teraz pozbyła się z niego cebuli Agnieszka Radwańska.

D jak Del Potro Juan Martin – „młot na czarownice” z „wielkiej czwórki”, nadzieja wielu na odprawienie Nadala w ćwierćfinale… Nie dotarł do trzeciej rundy…

E jak Eugenie Bouchard – nastoletnie objawienie turnieju Pań, pięknie gra, pięknie wygląda, marzy o randce z Bieberem. Kto wie, jeżeli nie zamkną go w celi na dłużej, ma szansę…

F jak Ferrer David – w ćwierćfinale z Berdychem odepchnął w bardzo nieelegancki sposób sędziego liniowego, gdyż ten wadził mu na drodze do krzesełka, na którym chciał złożyć swój cenny ręcznik. Ma być kara, oby słona.

G jak Gorąco – 43 stopnie w cieniu, robienie jajecznicy na korcie, omdlenia, udary, problemy żołądkowe a organizatorzy mówią, że to przecież nic, że nasi przodkowie w takich warunkach przez osiem godzin gonili antylopy…

H jak Historia, do Której Można Przejść – Rafael Nadal mógł zostać pierwszym zawodnikiem Ery Open, mającym na swoim koncie co najmniej dwa tryumfy w każdym z wielkoszlemowych turniejów. Próba zostanie ponowiona za rok.

I jak I Znowu Się Nie Wyśpię – tłumaczenie zbędne…

J jak Jak Mało Brakowało – dokładnie 5 cm. O tyle Lucie Safarova wyrzuciła poza kort piłkę meczową w spotkaniu trzeciej rundy z Na Li. Lucie wróciła do Czech, Li wygrała turniej i jak zapowiedziała nie przyzna premii Czeszce, ale na pewno ładnie się do niej uśmiechnie.

K jak Kontuzja – największy wróg sportowca. W tym roku na plan pierwszy wysuwa się uraz pleców (Nadal, Williams), dalej są dłonie, nadgarstki, barki, łydki i biodra oraz najgorsza z możliwych – chroniczna kontuzja psychiki. Dużo zdrowia dla wszystkich!

L jak Li Na – tryumfatorka turnieju Pań w pakiecie ze swym pucułowatym małżonkiem – genialne poczucie humoru i obiekt żartów w jednym. I ten backhand!

Ł jak Łukasz Kubot – polski bohater turnieju, po cichutku, w cieniu innych, zdobył swój pierwszy wielkoszlemowy tytuł! Chyba zatańczę kankana!

M jak Muszę Się Napić Kawy –  i tak przez 19 godzin na dobę, w porywach nawet do 21…

N jak Nowa Rakieta, Nowy Trener, Nowa Gra – czyli Roger Federer A.D. 2014. Zachwytów masa, peanów mnóstwo… Szkoda, że tak ciężko o nową głowę na spotkania z Rafaelem Nadalem.

O jak Obrońcy Tytułu – Wiktoria Azarenka i Novak Djoković zostali brutalnie pozbawieni możliwości kontynuowania swojej hegemonii w Melbourne. Wiktoria zapomniała, jak się trzyma rakietę w dłoni w ćwierćfinale z Radwańską, a Novak doświadczył na własnej skórze przepoczwarzenia Stasia w Stanisława.

P jak Pete’a Samprasa Nie Dogania Się W Australii – zdobycie swojego 14. tytułu wielkoszlemowego w Australii okazuje się być zadaniem niewykonalnym. W 2009 roku poległ na tym polu Federer, w obecnym Nadal.

R jak Radwańska Agnieszka – pierwszy półfinał w Australii – brawo! Mecz z Azarenką – brawo! Sam półfinał i męczarnie w pierwszych rundach przemilczę…

S jak Stygmaty – Rafaela Nadala krwawe odciski na lewej dłoni. Dziura głębokości Rowu Mariańskiego przykuwająca uwagę kibiców i dziennikarzy. Kiedy wydawało się, że wszystko jest na dobrej drodze do cudownego ozdrowienia, strzyknęło w krzyżu…

T jak Twitter Tomasa Berdycha – jako tenisista może nie porywa tłumów, ale konto na twitterze ma najlepsze.

U jak Ubranko Tomasa Berdycha – muszę wstawić zdjęcie, bo ciężko to opisać…

tomas berdych

W jak Wreszcie Nowe Twarze – Bouchard, Muguruza Blanco, Kyrgios, Kokkinakis, Thompson – młodzi, zdolni, którzy pokazali się z dobrej strony. I Dimitrov, który w końcu dotrwał do drugiego tygodnia turnieju.

Y jak Yeti – wybaczcie, nic innego nie przychodzi mi do głowy…

Z jak Zbawca Tłumów – Stanislas Wawrinka, od niedzieli bożyszcze internetowych forów tenisowych, zbawca tenisa, rozbił struktury „betonu”, Stan The Man, przed turniejem jeden z wielu, po nim ten jedyny i najwspanialszy, który zniszczył w finale „całe zło tenisa”.  Brawo za tytuł, czekam na dalszy bieg wydarzeń.

Na koniec jeszcze dodatkowe N dla mnie, jako porada na przyszłość – nigdy nie przyznawaj tytułu przed meczem 🙂

Reklamy

„Nieprzespanej nocy znojnej jeszcze mam na ustach ślad”

Dryn, dryn, dryn!!! Przerażający dźwięk budzika przerywa mi piękny sen, w którym w towarzystwie Johnny’ego Deppa sączę drinka na Lazurowym Wybrzeżu. Ciemno wszędzie, głucho wszędzie… Przecieram mocno oczy, bo Johnny nie chce jakoś zniknąć i próbuję odczytać, która jest godzina. Zajmuje mi to zdecydowanie więcej czasu niż ma „jedna Wenta”… Trzecia… Jak to trzecia?! Aha, trzecia… Wstać trzeba, bo na kortach w Melbourne grają już w najlepsze. Po cichutku, powolutku opuszczam sypialniane Lazurowe Wybrzeże i w salonie przenoszę się do pięknej, słonecznej Australii.

Australian Open –  pierwszy wielkoszlemowy turniej roku, dwa tygodnie pod znakiem bezsenności, nieprzytomności w pracy i hektolitrów kawy. Mimo niedogodności związanych z różnicą czasu, najbardziej przeze mnie ukochany. Uwielbiam klimat tego turnieju, publiczność, słońce i upały w środku polskiej zimy (w tym roku wiosny bądź jesieni, jak kto woli). Wspaniale jest otulić się kocem i z kubkiem kawy śledzić zmagania tenisistów i tenisistek na drugim końcu świata. I to nie tylko tych najlepszych. Uwielbiam patrzeć na zmagania tych, których przeznaczeniem i tak jest odpaść szybko, a którzy walczą o drugą rundę jak o życie. Wstaję nawet po to, aby popatrzeć, jak Verdasco lub Almagro (jaka szkoda, że w tym roku go nie będzie) przegrywa kolejny wygrany mecz, a Dimitrov, nadzieja tenisowych wszech galaktyk, odpada w pierwszej rundzie po porażce z najbardziej drewnianym „beztalenciem”. Ot, urok Australian Open.

W tym roku również nie zamierzam odpuszczać. Drabinki turniejowe już dawno spisane, plan gier wyuczony na pamięć, a od pierwszej w nocy wmawiam sobie, że „sen przeraża mnie”. Analizy drabinek tym razem nie będzie. Wystarczy, że fani Nadala i Federera nie kłócą się już tylko o to, który z nich jest wybitniejszym tenisistą, ale także o to, który z nich ma gorsze losowanie w tegorocznym Aussie Open… Fakt, najlepiej nie trafili, ale jakie to ma znaczenie, kiedy ani my, ani oni nie mogą już w tej kwestii nic zmienić…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Oczywiście mam swoich faworytów (tych „obiektywniejszych” i tych „subiektywniejszych”). Wśród mężczyzn są nimi Novak Djoković i Rafael Nadal. Pierwszy broni swojego królestwa i drogę ku temu ma usłaną różami, drugi poprzez ciernie będzie starał się zrzucić go z australijskiego tronu. Na czerwono podkreśliłam Juana Martina del Potro, tyle tylko, że on na czerwono podkreślony był już wiele razy… Murray, Federer i Tsonga zasługują, w moim przekonaniu, co najwyżej na różowy. Dla Berdycha, Ferrera i reszty koloru jeszcze nie wymyślono.

Wśród pań trudno wskazać na kogoś innego jak Serena Williams. Na niekorzyść Amerykanki może działać tylko to, że w ostatnich latach jej starty w Australii nie należały do najbardziej udanych. Tytułu broni Wiktoria Azarenka, ale ciężko jest mi się wypowiadać na temat formy Białorusinki. Sporo przytyła, zmagała się z kontuzją, a końcówka ubiegłego sezonu nie wyglądała w jej wykonaniu najlepiej. Dlatego uważam, że Agnieszka Radwańska lądując akurat w jej ćwiartce, nie trafiła aż tak tragicznie, jak przedstawiają to niektóre media. Sęk w tym, że o formie Agnieszki Radwańskiej także ciężko cokolwiek powiedzieć… Na pewno bacznie będę obserwować Na Li, która w Australii gra naprawdę dobrze.

Mam nadzieję, że przez najbliższe dwa tygodnie ani razu nie pożałuję tego, że tenisiści nie dadzą mi dopić drinka z Johnnym Deppem. Życzę powodzenia Agnieszce, Kasi, Ali, Jerzemu, Łukaszowi, Michałowi, Mariuszowi, Marcinowi i Tomkowi. No i Rafie oczywiście. Kawo przybywaj!