Maja i Majka

Półtora tygodnia trzeciego wielkiego kolarskiego wyścigu za nami, a ja nie napisałam o nim jeszcze ani słowa. Istny skandal! Ale Vuelta a España to dziwny wyścig. Dużo młodszy od Tour de France i Giro d”Italia, rozgrywany od 1935 roku, niby z tradycjami, ale kojarzy mi się głownie z tłumami hiszpańskich kolarzy, którzy walczą o zwycięstwo w swojej ojczyźnie i ze zmęczonymi sezonem gwiazdami. Takie kolarskie pożegnanie lata… Nie znaczy to jednak, że Vuelta nie jest pasjonująca. Wystarczy sobie przypomnieć, na przykład, ubiegłoroczny 17. etap i samotną ucieczkę Alberto Contadora. Zaryzykował i w efekcie wygrał cały wyścig, choć Valverde i Rodríguez gonili go do samego końca.

W tym roku Contadora nie ma. Po nieudanym Tour de France, postanowił się wycofać. Wśród największych gwiazd są za to i Valverde i Rodríguez, a także Vincenzo Nibali. Jak do tej pory, najlepiej jedzie Włoch, który po wczorajszej czasówce znowu zasiadł na fotelu lidera. Zwolnił na chwilę miejsce dla amerykańskiego weterana Chrisa Hornera, ale szybko znów je zajął. Reszta faworytów jedzie na razie spokojnie, bez większego błysku, ale zapewne doczekamy się jakichś spektakularnych akcji z ich strony. Taką mam przynajmniej nadzieję… Kompletnie zawodzi ekipa Sky, co może dziwić, bo Vueltę jadą w dosyć mocnym składzie, z Rigoberto Uranem i Sergio Luisem Henao. Ten drugi miał kryzys już na drugim etapie i nie ma co liczyć na dobry rezultat.

W tegorocznym wyścigu dookoła Hiszpanii jedzie pięciu Polaków: Rafał Majka (Team Saxo-Tinkoff), Sylwester Szmyd (Movistar Team), Maciej Paterski (Cannondale), Bartosz Huzarski (Team NetApp-Endura) i Tomasz Marczyński (Vacansoleil-DCM). Najlepiej spisuje się oczywiście Rafał Majka, który w klasyfikacji generalnej jest dziewiąty. Polak wygląda już jednak na nieco zmęczonego sezonem i trudno chyba oczekiwać, aby spełniło się jego marzenie o wygraniu któregoś z etapów. Choć bardzo mu tego życzę.

Przy okazji Majki chciałabym również wspomnieć o Mai, Mai Włoszczowskiej, która w ubiegły weekend zdobyła srebrny medal rozgrywanych w RPA mistrzostw świata w kolarstwie górskim. Tym samym, wróciła na szczyt po ubiegłorocznej kontuzji, która wykluczyła ją przecież ze startu w igrzyskach olimpijskich w Londynie. Informacja o wielkim sukcesie Włoszczowskiej zaginęła gdzieś w gąszczu informacji o transferze Garetha Bale’a, a szkoda…

Czekam zatem na wielkie emocje na kolejnych etapach Vuelta a España, a Mai i Majce życzę powodzenia w spełnianiu ich sportowych marzeń.

P.S. Na koniec pozakonkursowy moskalik (wiem, wiem, nie ma rymu ab ab…):

Kto powiedział, że nasz Majka

Nie da rady wygrać Vuelty,

Temu zrobię to, co Kmicic,

Gdy wpadł z mieczem do Zachęty 😀

Reklamy

Zamki, krowy i traktory, czyli w oczekiwaniu na Mont Ventoux i L’Alpe d’Huez

Uwielbiam płaskie etapy Tour de France. Cisza, spokój, nic się nie dzieje. Ktoś ucieka przez dwieście kilometrów, peleton dogania go na dwa kilometry przed metą, a etap wygrywa dobry sprinter. Czasem zdarzy się jakaś kraksa na finiszu, czasem krowy lub konie zasilą szeregi peletonu, czasem grupa miejscowych rolników ułoży na swych polach ciekawy wzór z beli słomy, czasem nawet zatańczą traktory. Komentatorzy przytaczają poematy o kolarstwie i opowiadają o historii wszystkich mijanych przez cyklistów zamków. Opowieści tych słucham zawsze z wielkim zainteresowaniem i obiecuję sobie, że większość z nich na pewno zapamiętam.

Dzisiejszy etap był płaski jak stół. Ucieszyłam się mocno na myśl o kolejnych legendach zamkowych i wynikach pomysłowości francuskich rolników. Tymczasem kolarze postanowili wszystkim sprawić psikusa i z nudnego na papierze etap zrobili prawdziwy thriller. Była ryzykowna ucieczka drużyny Alberto Contadora, któremu udało się odrobić minutę do Chrisa Froome’a, była też spektakularna porażka dotychczasowego wicelidera Alejandro Valverde, który stracił do zwycięzcy, Marka Cavendisha, prawie dziesięć minut i spadł w klasyfikacji generalnej na 16. miejsce. Znowu dobrze pojechał Michał Kwiatkowski, który dzielnie broni białej koszulki lidera klasyfikacji młodzieżowej.

W niedzielę kolarze wjeżdżają w góry. Pora więc pożegnać krowy, kombajny i zamki i zaprzyjaźnić się z mgłą, wąskimi ulicami i barwnymi kibicami, którzy włażą wprost pod koła rowerów. Mam nadzieję, że Froome, Contador i spółka będą walczyć o zwycięstwo tak, że ani przez chwilę nie zatęsknię do barwnych opowieści o francuskim Średniowieczu.