Zielonym do góry!

W powietrzu unosi się jeszcze czerwona mączka kortów Rolanda Garrosa, a lada chwila rozpocznie się już kolejny turniej wielkoszlemowy. Wimbledon – mimo że magiczny i historyczny – jest najmniej przeze mnie lubianą lewą Wielkiego Szlema. I nie chodzi wcale o to, że uważam – podobnie jak Ivan Lendl – iż trawa jest tylko dla krów. Po prostu, po miesiącach gry na kortach twardych i ceglastych bardzo trudno jest mi się przestawić na odbiór tenisa na trawie. Zawsze, kiedy dzień po finale w Paryżu, telewizje zaczynają pokazywać turnieje w Queen’s Club i Halle, czuję się, jabym trafiła na jakąś inną planetę. I nim się przyzwyczaję, sezon na trwanikach dobiega końca. Może gdyby trwał dłużej, byłoby mi łatwiej i polubiłabym go bardziej…

Niektórzy koneserzy tenisa zapewne uznają moje wyznanie za grzech śmiertelny tenisowego kibica, bo przecież Wimbledon trzeba kochać miłością wielką i najgorętszą. Tu się gra w prawdziwy tenis, tu jest przywiązanie do tradycji, tu publiczność i atmosfera jest najlepsza, to jest historia tej gry… Do mnie te argumenty nie przemawiają. Owszem, pochwalam przywiązanie do tradycji, cenię kulturalną, acz sztywną niekiedy publiczność, z historią także nie zamierzam dyskutować. Ile jest prawdy w opowieściach o magii tego miejsca nie wiem, nie jestem tenisistą, którego największym marzeniem jest wygrać na kortach na SW19. Wystarczy jednak przeczytać kilka historii tenisistów spoza czołówki (dla przykładu: http://www.trolltennis.com/2014/06/19/the-frank-dancevic-expose/), aby dowiedzieć się, że rzeczywistość wcale nie jest tak bajkowa, jak opisują ją, stosując ciągle te same wyświechtane formułki, gwiazdy i organizatorzy.

Nie jest jednak tak, że tenisa na trawie nie lubię. Przez ostatnie dwa tygodnie z otwartą szeroko buzią podziwiałam wyczyny Feliciano Lopeza czy Radka Štěpánka. Panowie grali w sposób olśniewający! Tyle slajsów, skrótów i wolejów nie ogląda się w ostatnich latach zbyt często. Gorzej, jeżeli na kort wychodzą panowie Karlović i Anderson i mecz wygląda w sposób następujący: serwis-punkt, serwis-punkt, serwis-punkt, serwis-gem, zmiana stron i od nowa… I tak przez trzy sety z tie-breakami… Może niektórych to urzeka, mnie niestety nie…

Tyle marudzenia, bo kiedy turniej się zacznie, mój Mąż znowu będzie się chciał wyprowadzić z domu, nie mogąc patrzeć na to, co wyprawiam oglądając tenis. Dodatkowo trwa mundial, więc stresu będzie co niemiara. Kto wygra? „Daj Boziu niebo” temu, kto odgadnie. Próbowałam przez dwa ostatnie lata i, jakkolwiek zwycięzcę trafiłam, przebieg turnieju zaskakiwał mnie po wielokroć. Nie wierzę w obronę tytułu przez Andy’ego Murray’a, nie spodziewam się nagłego wybuchu formy Jerzego Janowicza. Groźny będzie jak zwykle Djoković oraz Roger Federer, który do półfinału ma drogę usłaną różami. Co prawda, jeżeli Rafael Nadal, jakimś cudem, doczłapie do tego etapu turnieju, droga ta może okazać się cierniową…  Ale Hiszpan losowanie ma trudne  i musi naprawdę ciężko pracować od pierwszej rundy, aby myśleć o poprawieniu swoich ostatnich wimbledońskich wyczynów. Z przyjemnością będę obserwować wspomnianych wyżej Lopeza i Štěpánka (ten, w drugiej rundzie trafia najprawdopodobniej na Novaka Djokovicia, więc mogę nie zdążyć nacieszyć oka…), ciekawa jestem też postawy Grigora Dimitrowa… Bułgar ma narzędzia do tego, aby w Londynie zajść wysoko.  Może z dobrej strony pokaże się Kei Nishikori, może Milos Raonic, może Ernests Gulbis (oby!)…

O paniach trudno powiedzieć mi cokolwiek. Wydaje się, że Serena Williams jest niekwestionowaną faworytką, ale ten sezon Amerykanki nie jest fascynujący. Liderka światowego rankingu zmaga się od jakiegoś czasu z mniejszymi lub większymi kontuzjami i wygląda na nieco znudzoną, przybitą, gra bez pełnego zaangażowania i entuzjazmu. Maria Szarapowa, opromieniona tryumfem w Paryżu, jest na pewno druga w kolejce do końcowego zwycięstwa, ale jest na kursie kolizyjnym właśnie z Sereną Williams. Jeżeli obie panie spotkają się w ćwierćfinale, istnieje duże prawdopiedobieństwo, że jego zwyciężczyni kilka dni później uniesie w górę paterę Venus Rosewater. Wiktoria Azarenka wraca po długiej przerwie spowodowanej kontuzją stopy i raczej nie będzie się liczyć w meczach o nawyższą stawkę. Agnieszka Radwańska na losowanie narzekać nie może, choć w swojej części drabinki ma odwieczne postrachy: Kuzniecową i Makarową. O grze polskiej tenisistki nie mam ostatnio najlepszego zdania, więc na tym poprzestanę (sukienki, torebki i reklamy banków mało mnie interesują…). Pozostają jeszcze Li Na, Petra Kvitová (tryumfatorka z 2011 roku) oraz szereg zawodniczek młodego pokolenia (Bouchard, Muguruza, Stephens). O umiejętnościach gry na trawie tych ostatnich powiedzieć można niewiele. W turniejach poprzedzających Wimbledon zachodziły najdalej do 3 rundy…

Czas pokaże, jak potoczą się w tym roku losy na wimbledońskiej trawie. Oby nie padało, nie wiało nudą i nie brakło truskawek dla kibiców. Trzymam kciuki!

Reklamy

„Nieprzespanej nocy znojnej jeszcze mam na ustach ślad”

Dryn, dryn, dryn!!! Przerażający dźwięk budzika przerywa mi piękny sen, w którym w towarzystwie Johnny’ego Deppa sączę drinka na Lazurowym Wybrzeżu. Ciemno wszędzie, głucho wszędzie… Przecieram mocno oczy, bo Johnny nie chce jakoś zniknąć i próbuję odczytać, która jest godzina. Zajmuje mi to zdecydowanie więcej czasu niż ma „jedna Wenta”… Trzecia… Jak to trzecia?! Aha, trzecia… Wstać trzeba, bo na kortach w Melbourne grają już w najlepsze. Po cichutku, powolutku opuszczam sypialniane Lazurowe Wybrzeże i w salonie przenoszę się do pięknej, słonecznej Australii.

Australian Open –  pierwszy wielkoszlemowy turniej roku, dwa tygodnie pod znakiem bezsenności, nieprzytomności w pracy i hektolitrów kawy. Mimo niedogodności związanych z różnicą czasu, najbardziej przeze mnie ukochany. Uwielbiam klimat tego turnieju, publiczność, słońce i upały w środku polskiej zimy (w tym roku wiosny bądź jesieni, jak kto woli). Wspaniale jest otulić się kocem i z kubkiem kawy śledzić zmagania tenisistów i tenisistek na drugim końcu świata. I to nie tylko tych najlepszych. Uwielbiam patrzeć na zmagania tych, których przeznaczeniem i tak jest odpaść szybko, a którzy walczą o drugą rundę jak o życie. Wstaję nawet po to, aby popatrzeć, jak Verdasco lub Almagro (jaka szkoda, że w tym roku go nie będzie) przegrywa kolejny wygrany mecz, a Dimitrov, nadzieja tenisowych wszech galaktyk, odpada w pierwszej rundzie po porażce z najbardziej drewnianym „beztalenciem”. Ot, urok Australian Open.

W tym roku również nie zamierzam odpuszczać. Drabinki turniejowe już dawno spisane, plan gier wyuczony na pamięć, a od pierwszej w nocy wmawiam sobie, że „sen przeraża mnie”. Analizy drabinek tym razem nie będzie. Wystarczy, że fani Nadala i Federera nie kłócą się już tylko o to, który z nich jest wybitniejszym tenisistą, ale także o to, który z nich ma gorsze losowanie w tegorocznym Aussie Open… Fakt, najlepiej nie trafili, ale jakie to ma znaczenie, kiedy ani my, ani oni nie mogą już w tej kwestii nic zmienić…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Oczywiście mam swoich faworytów (tych „obiektywniejszych” i tych „subiektywniejszych”). Wśród mężczyzn są nimi Novak Djoković i Rafael Nadal. Pierwszy broni swojego królestwa i drogę ku temu ma usłaną różami, drugi poprzez ciernie będzie starał się zrzucić go z australijskiego tronu. Na czerwono podkreśliłam Juana Martina del Potro, tyle tylko, że on na czerwono podkreślony był już wiele razy… Murray, Federer i Tsonga zasługują, w moim przekonaniu, co najwyżej na różowy. Dla Berdycha, Ferrera i reszty koloru jeszcze nie wymyślono.

Wśród pań trudno wskazać na kogoś innego jak Serena Williams. Na niekorzyść Amerykanki może działać tylko to, że w ostatnich latach jej starty w Australii nie należały do najbardziej udanych. Tytułu broni Wiktoria Azarenka, ale ciężko jest mi się wypowiadać na temat formy Białorusinki. Sporo przytyła, zmagała się z kontuzją, a końcówka ubiegłego sezonu nie wyglądała w jej wykonaniu najlepiej. Dlatego uważam, że Agnieszka Radwańska lądując akurat w jej ćwiartce, nie trafiła aż tak tragicznie, jak przedstawiają to niektóre media. Sęk w tym, że o formie Agnieszki Radwańskiej także ciężko cokolwiek powiedzieć… Na pewno bacznie będę obserwować Na Li, która w Australii gra naprawdę dobrze.

Mam nadzieję, że przez najbliższe dwa tygodnie ani razu nie pożałuję tego, że tenisiści nie dadzą mi dopić drinka z Johnnym Deppem. Życzę powodzenia Agnieszce, Kasi, Ali, Jerzemu, Łukaszowi, Michałowi, Mariuszowi, Marcinowi i Tomkowi. No i Rafie oczywiście. Kawo przybywaj!

Sereniada

W 2009 roku na łamach portalu Tennis Earth ukazał się artykuł pod tytułem: „When WTA became Williams Tennis Association”. Autor przedstawia w nim losy sióstr Williams od samego początku ich karier, śledzi ich wzloty i upadki, podkreśla role jakie odegrały we współczesnym tenisie i to, w jaki sposób obydwie zdominowały tę dyscyplinę. Całość puentuje stwierdzeniem, że obecnie WTA to siostry Venus i Serena i długo jeszcze taki stan rzeczy się utrzyma.

To było cztery lata temu. Już rok później autor tekstu mógł zwątpić w to, co sam napisał. Venus miała poważne kłopoty z utrzymaniem dobrej formy, do tego pod koniec sezonu zaczęły się pojawiać problemy zdrowotne. Młodsza z sióstr wygrała co prawda Australian Open i Wimbledon, ale kontuzja stopy wykluczyła ją z dalszej części rozgrywek. Rok później było już znacznie gorzej… Obydwie zmagały się z ogromnymi problemami zdrowotnymi: zator płucny Sereny i pustoszący organizm Venus zespół Sjoegrena spowodowały, iż niewielu wierzyło, że którakolwiek z sióstr będzie jeszcze w stanie wrócić na szczyt.

O ile Venus nie zdołała się podnieść (choć uparcie walczy), o tyle Serena wróciła mocniejsza niż kiedykolwiek. Już dwa miesiące po powrocie na kort potrafiła się zameldować w finale US Open (przegrała z Samanthą Stosur). Rok 2012 i 2013 to niekończące się pasmo sukcesów. I choć zdarzają jej się nieliczne wpadki, nikt nie ma wątpliwości, że skrót WTA znów można odczytywać jako Williams Tennis Association.

Tegoroczny sezon był tak naprawdę kontynuacją sezonu poprzedniego. Williams na każdym kroku pokazywała rywalkom, że ma siłę, a one na własnej skórze doświadczały tego, że ma siłę zbyt wielką. Po raz któryś okazało się, że tylko będąca w doskonałej formie Wiktoria Azarenka potrafi przeciwstawić się w pełni dysponowanej i zmotywowanej Williams. Reszta musi niestety liczyć na słabszy dzień Amerykanki. Do nielicznych los się uśmiechnął – Sloane Stephens, po doskonałym meczu, pokonała ją w ćwierćfinale Australian Open, a Sabine Lisicki wyeliminowała ją z walki o kolejny tytuł wimbledoński. I na tym kończy się lista tegorocznych potknięć liderki kobiecych rozgrywek. Lista sukcesów jest nieporównywalnie dłuższa (11 tytułów, w tym dwa wielkoszlemowe). Serena Williams drugi rok z rzędu kończy na pierwszym miejscu w rankingu, a na horyzoncie nie widać na razie nikogo, kto mógłby ją zrzucić z tronu.

Wiktoria Azarenka, Maria Szarapowa, Li Na czy Petra Kvitova to na pewno zawodniczki, które mają narzędzia, aby z Amerykanką walczyć. Jelena Janković i Angelique Kerber także pokazały, że potrafią sprawiać Serenie trudności. Tyle tylko, że mieć narzędzia i sprawiać trudności, to nie do końca to samo, co umieć wygrywać. Wolałabym też, aby te zwycięstwa odnoszone były nie tylko wtedy, kiedy Amerykanka biega na jednaj nodze i bolą ją plecy… Może przyszły sezon czymś mnie zaskoczy, kto wie…

Na koniec słów kilka o najlepszej polskiej tenisistce, Agnieszce Radwańskiej. Tegoroczny sezon nie był na pewno tak udany, jak poprzedni. Na ogromną pochwałę zasługuje postawa na kortach Wimbledonu, gdzie osiągnęła półfinał, i tryumfy w turniejach w Auckland, Sydney i Seulu. Martwić może brak lepszych rezultatów w turniejach rangi Premier Mandatory czy pozostałych turniejach wielkoszlemowych, ale przecież nie jest źle, a może być lepiej. I tego „lepiej” Agnieszce na przyszły rok życzę!

Betonowy zawrót głowy

Ciary na plecach są? Są! Ręka od przepisywania turniejowych drabinek do nowego, pięknego, stworzonego przez Martę (skrapowice.wordpress.com – polecam!) zeszytu boli? Boli! Znak to, że ostatnia lewa Wielkiego Szlema tuż, tuż. Zanim jednak obiecane przepowiednie „Wróżbity Macieja” na tegoroczny US Open, słów kilka o tym, co działo się w amerykańskich turniejach poprzedzających tę wielką tenisową ucztę.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA            OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Corocznie przygoda z twardymi amerykańskimi kortami rozpoczyna się na miesiąc przed nowojorską imprezą. Pięć turniejów ATP: Atlanta (250), Waszyngton (500), Toronto/Montreal (1000), Cincinnati (1000) i Winston-Salem (250) oraz pięć turniejów WTA: Stanford, Carlsbad, Toronto/Montreal, Cincinnati i New Haven składają się na tzw. US Open Series. Zwycięzca cyklu może liczyć na premię w wysokości miliona dolarów, jeżeli okaże się być także tryumfatorem US Open. Jeżeli osiągnie gorszy wynik, dostanie mniej, proste.

W tym roku chrapkę na najwyższą premię mogą mieć Serena Williams i Rafa Nadal. Amerykanka wygrała turniej w Toronto, zagrała w finale  w Cincinnati, gdzie przegrała z Azarenką i o 25 punktów wyprzedziła Białorusinkę w końcowym zestawieniu. Hiszpan wygrał dwa najlepiej punktowane turnieje cyklu – Montreal i Cincinnati i tym samym zapewnił sobie drugi w karierze tryumf w US Open Series. Czy dodatkowy milion zasili ich konta? Tego nie wiem, ale obydwoje mają na to ogromne szanse. Nie będę oryginalna, jeżeli powiem, że to właśnie Serena i Rafa są dla mnie głównymi kandydatami do zwycięstwa na kortach Flushing Meadows.

I doszłam do najważniejszej części tekstu – przepowiedni turniejowych. Wimbledońskie mi nie wyszły, ale drzemiący we mnie „Wróżbita Maciej” podpowiada, że tym razem będzie inaczej. Ostatnia lewa Wielkiego Szlema 2013 padnie łupem Hiszpana z Majorki, od zawsze „Króla Mączki”, od marca bieżącego roku również „Króla Betonu”. W finale pokona on Andy’ego Murray’a, „Ostatniego Króla Szkocji”, który w półfinale pokona Juana Martina del Potro, zwanego  „Drwalem z Tandil”. Novak Djoković, „Słońce Bałkanów”, nie zdąży wprowadzić do swej gry nowatorskich pomysłów jego nowego trenera, Wojciecha „Umówić Cię z Kimś” Fibaka i polegnie z rąk „Drwala” w ćwierćfinale. A „Maestro z Bazylei”? Cóż, „Nadal w ćwierćfinale” nie brzmi dobrze. Szansę na dobry wynik (ze względu na przyjemne losowanie) mają także Jerzy Janowicz, Ernests Gulbis czy Milos Raonic.

Wśród kobiet zwycięży Serena Williams, albo… Wiktoria Azarenka. Jeszcze nie oświeciło mnie wystarczająco w tej kwestii. Szanse Agnieszki Radwańskiej? Podobnie, jak w przypadku „Maestro”: „Williams w półfinale nie brzmi dobrze”.  Agnieszka zaczyna turniej już dzisiaj, a mecz z Silvią Solar-Espinosą wcale nie musi być łatwy.

Ciary na plecach są? Są! US Open czas zacząć!

P.S. Jeżeli w ciągu najbliższych dwóch tygodni napiszę coś, co nie będzie miało jakiegokolwiek sensu, to wybaczcie… Sen, to jest coś, czego w najbliższych dniach będzie mi bardzo, ale to bardzo, brakowało…

Ostatni król Szkocji

Wielbiciele tenisa wiedzą, że kiedy Andy Murray odnosi zwycięstwo, jest nazywany na Wyspach wielkim Brytyjczykiem, a kiedy przegrywa, od razu staje się tylko i wyłącznie Szkotem. Podczas Wimbledonu szaleństwo na punkcie Andy’ego sięgnęło zenitu. Nic dziwnego, Brytyjczycy czekali na „swojego” zwycięzcę „swojego” turnieju od… 1936 roku, kiedy to Fred Perry pokonał w finale Niemca Gottfrieda von Cramma. Nadzieje na tegoroczny sukces były o wiele większe niż w latach poprzednich. W 2012 roku Andy wreszcie się przełamał. Zdołał osiągnąć przy Church Road wimbledoński finał (przegrany z Rogerem Federerem), na tych samych kortach zdobył olimpijskie złoto (pokonując Federera), a we wrześniu wygrał US Open (po finale z Djokoviciem). Nie był więc już wiecznie niespełnionym Szkotem, bez tytułu wielkoszlemowego.

Po finałowej porażce w Melbourne, na początku tego roku, wszystko podporządkował dobremu występowi na londyńskiej trawie. Zupełnie odpuścił turnieje na kortach ziemnych. Zdawał sobie sprawę, że nie jest stworzony do tego, aby właśnie na nich osiągać najlepsze rezultaty. Ze względu na kontuzję nie wystąpił także w paryskim Roland Garros. Kiedy Rafa Nadal i Novak Djoković toczyli zacięty bój o finał francuskiej lewy Wielkiego Szlema, on trenował już na kortach Queen’s Clubu. Jak się okazało, było to bardzo mądre posunięcie.

Tuż po rozlosowaniu drabinek, brytyjskie media przystopowały z przedwczesnym ogłaszaniem sukcesu Murray’a. Na drodze do finału mieli mu bowiem stanąć Jo-Wilfried Tsonga oraz Rafael Nadal lub Roger Federer. Szybko się jednak okazało, że droga do finału będzie wręcz usłana różami. Najgroźniejsi rywale odpadli już w pierwszych dwóch rundach, a Andy pokonywał przeciwników gładko. Potrafił także odwrócić losy ćwierćfinałowego meczu z Fernando Verdasco, w którym przegrywał już 0:2 w setach. Oznaczało to, że nie tylko fizycznie, ale i mentalnie Andy jest wspaniale do turnieju przygotowany.

W finale czekał na Andy’ego nie byle kto, bo Novak Djoković. Przyjaciel od czasów juniorskich, ale także numer jeden światowego rankingu. Obydwaj nie należą do moich ulubionych zawodników, obydwaj mnie drażnią swym zachowaniem na korcie, a finały pomiędzy nimi po prostu mnie nudzą. Kiedy przypomnę sobie finał US Open… Brrr… Po odpadnięciu Nadala, postanowiłam jednak kibicować z całych sił Szkotowi i Juanowi Martinowi del Potro. Szkotowi dlatego, że wydawał mi się jedynym, który może Djokovicia pokonać, a Del Potro dlatego, że go po prostu lubię, że ma mocną głowę i nie boi się walczyć z najlepszymi (vide Berdych…).

Juan poległ po pasjonującej półfinałowej walce z Serbem, a Andy pokonał Jerzego Janowicza. Niby turniej  niespodzianek, a w finale numer 1 z numerem 2… Finał mnie nie porwał, niestety, ale wygrał ten, któremu kibicowałam ja, cała Wielka Brytania oraz kibice Federera i Nadala razem wzięci. Andy Murray spełnił dziś marzenia wielu i jest w końcu wielkim Brytyjczykiem ze Szkocji. Tylko czekać, aż królowa Elżbieta II nada mu tytuł Sir.

Na koniec jeszcze słowo o Polakach (przecież obiecałam ciąg dalszy Bajkowego scenariusza). Na pewno był to najlepszy turniej w ich wykonaniu. Dwa półfinały, ćwierćfinał i druga runda to naprawdę wiele, jak na kraj, w którym nie ma porządnego ośrodka tenisowego, a autorzy artykułów tenisowych często pojęcia nie mają o tym, jak się liczy punkty w gemach. Janowicz osiągnął najlepszy wynik w historii polskiego tenisa męskiego. Potrafił wykorzystać nadarzającą się szansę i stoczył piękną walkę w półfinale z dzisiejszym zwycięzcą. Agnieszka Radwańska heroicznie walczyła o finał z Lisicką. Szkoda, że się nie udało, ale półfinał to ogromny sukces i trzeba o tym pamiętać. Jej pomeczowe zachowanie to temat na inną dyskusję. Największe emocje wzbudził we mnie sukces Łukasza Kubota. Najskromniejszego, najcichszego, tego, o którym najmniej się mówiło i pisało. Jego gra na trawie cieszy oko tych, którzy pamiętają Raftera, Samprasa czy Beckera, a postawa na korcie jest godna naśladowania.

Mam nadzieję, że ten Wimbledon to tylko początek sukcesów polskich tenisistów. Następna okazja na wielkie wyniki już niedługo na amerykańskim betonie. Powodzenia!

Bajkowy scenariusz

Jeszcze tydzień temu zastanawiałam się, kto wyjdzie zwycięsko z zapowiadanej głośno ćwierćfinałowej batalii Rafaela Nadala z Rogerem Federerem. W myślach pisałam różne scenariusze:

1. Rafa wygra gładko, w trzech setach, bo jest po powrocie niesłychanie skuteczny, a Roger zalicza najgorszy sezon od lat.

2. Roger po ciężkim boju pokona Rafę, bo to jednak korty trawiaste, a Hiszpan będzie już w tej fazie turnieju nieco zmęczony.

3. Roger łatwo wygra z Rafą, bo trafi z formą akurat na Wimbledon i zagra kosmiczny tenis (najmniej prawdopodobny scenariusz).

Okazało się jednak, że życie nie doceniło mojego talentu do pisania scenariuszy i postanowiło stworzyć swój własny. Jakże zaskakujący!

Oto on.

Scena pierwsza

(piękna zielona londyńska trawka, kort nr 1, trybuny pełne, na lewym kolanie Hiszpana opatrunek)

Rafael Nadal gładko przegrywa w pierwszej rundzie ze Stevem Darcisem.

Scena druga

(gdzieś pomiędzy szatnią, gabinetem lekarza i kortami)

Steve Darcis, umęczony zwycięstwem nad Nadalem, oddaje mecz walkowerem Łukaszowi Kubotowi.

Scena trzecia

(piękna zielona londyńska trawka, Kort Centralny, trybuny pełne, Federer ma w końcu regulaminowe buty z białymi podeszwami)

Roger Federer odpada w drugiej rundzie z Serhijem Stachowskim.

Scena czwarta

(lekko wydeptana londyńska trawka, korty od Centralnego do 19., trybuny wypełnione od 40% do 80%, u Janowicza opatrunek na prawym łokciu)

Serhij Stachowski przegrywa gładko z Jürgenem Melzerem, którego w 1/8 finału pokonuje Jerzy Janowicz.

Scena piąta

(lekko wydeptana londyńska trawka, kort 14., trybuny wypełnione w 70%, liczne grupy Polaków)

Łukasz Kubot tańczy po meczu 1/8 finału kankana i idzie do szatni uścisnąć swojego ćwierćfinałowego rywala – Jerzego Janowicza.

Scena szósta

(mocno wydeptana londyńska trawka, kort nr 1, trybuny wypełnione w x%, liczne grupy Polaków)

Jerzy Janowicz i Łukasz Kubot grają mecz o awans do półfinału Wimbledonu.

Scena siódma

(za liniami końcowymi Kortu Centralnego brak londyńskiej trawki, trybuny pełne, bardzo liczne grupy Polaków)

Polak gra w półfinale Wimbledonu.

Scena ósma

?

Gdyby ktoś tydzień temu pokazał mi ten scenariusz, uznałabym, że na jego podstawie można by nakręcić niezłą bajkę. Ale teraz może powstać z niego tylko wspaniały dokument, bo piękną historię tworzą Polacy na tegorocznym wimbledońskim turnieju.

Dla turnieju kobiecego życie także napisało inny, niż ten mojego autorstwa, scenariusz. I dobrze, bo dzięki temu Agnieszka Radwańska jest już w półfinale i ma niebywałą szansę, aby sięgnąć w tym roku po tytuł.

Cdn.