„Nieprzespanej nocy znojnej jeszcze mam na ustach ślad”

Dryn, dryn, dryn!!! Przerażający dźwięk budzika przerywa mi piękny sen, w którym w towarzystwie Johnny’ego Deppa sączę drinka na Lazurowym Wybrzeżu. Ciemno wszędzie, głucho wszędzie… Przecieram mocno oczy, bo Johnny nie chce jakoś zniknąć i próbuję odczytać, która jest godzina. Zajmuje mi to zdecydowanie więcej czasu niż ma „jedna Wenta”… Trzecia… Jak to trzecia?! Aha, trzecia… Wstać trzeba, bo na kortach w Melbourne grają już w najlepsze. Po cichutku, powolutku opuszczam sypialniane Lazurowe Wybrzeże i w salonie przenoszę się do pięknej, słonecznej Australii.

Australian Open –  pierwszy wielkoszlemowy turniej roku, dwa tygodnie pod znakiem bezsenności, nieprzytomności w pracy i hektolitrów kawy. Mimo niedogodności związanych z różnicą czasu, najbardziej przeze mnie ukochany. Uwielbiam klimat tego turnieju, publiczność, słońce i upały w środku polskiej zimy (w tym roku wiosny bądź jesieni, jak kto woli). Wspaniale jest otulić się kocem i z kubkiem kawy śledzić zmagania tenisistów i tenisistek na drugim końcu świata. I to nie tylko tych najlepszych. Uwielbiam patrzeć na zmagania tych, których przeznaczeniem i tak jest odpaść szybko, a którzy walczą o drugą rundę jak o życie. Wstaję nawet po to, aby popatrzeć, jak Verdasco lub Almagro (jaka szkoda, że w tym roku go nie będzie) przegrywa kolejny wygrany mecz, a Dimitrov, nadzieja tenisowych wszech galaktyk, odpada w pierwszej rundzie po porażce z najbardziej drewnianym „beztalenciem”. Ot, urok Australian Open.

W tym roku również nie zamierzam odpuszczać. Drabinki turniejowe już dawno spisane, plan gier wyuczony na pamięć, a od pierwszej w nocy wmawiam sobie, że „sen przeraża mnie”. Analizy drabinek tym razem nie będzie. Wystarczy, że fani Nadala i Federera nie kłócą się już tylko o to, który z nich jest wybitniejszym tenisistą, ale także o to, który z nich ma gorsze losowanie w tegorocznym Aussie Open… Fakt, najlepiej nie trafili, ale jakie to ma znaczenie, kiedy ani my, ani oni nie mogą już w tej kwestii nic zmienić…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Oczywiście mam swoich faworytów (tych „obiektywniejszych” i tych „subiektywniejszych”). Wśród mężczyzn są nimi Novak Djoković i Rafael Nadal. Pierwszy broni swojego królestwa i drogę ku temu ma usłaną różami, drugi poprzez ciernie będzie starał się zrzucić go z australijskiego tronu. Na czerwono podkreśliłam Juana Martina del Potro, tyle tylko, że on na czerwono podkreślony był już wiele razy… Murray, Federer i Tsonga zasługują, w moim przekonaniu, co najwyżej na różowy. Dla Berdycha, Ferrera i reszty koloru jeszcze nie wymyślono.

Wśród pań trudno wskazać na kogoś innego jak Serena Williams. Na niekorzyść Amerykanki może działać tylko to, że w ostatnich latach jej starty w Australii nie należały do najbardziej udanych. Tytułu broni Wiktoria Azarenka, ale ciężko jest mi się wypowiadać na temat formy Białorusinki. Sporo przytyła, zmagała się z kontuzją, a końcówka ubiegłego sezonu nie wyglądała w jej wykonaniu najlepiej. Dlatego uważam, że Agnieszka Radwańska lądując akurat w jej ćwiartce, nie trafiła aż tak tragicznie, jak przedstawiają to niektóre media. Sęk w tym, że o formie Agnieszki Radwańskiej także ciężko cokolwiek powiedzieć… Na pewno bacznie będę obserwować Na Li, która w Australii gra naprawdę dobrze.

Mam nadzieję, że przez najbliższe dwa tygodnie ani razu nie pożałuję tego, że tenisiści nie dadzą mi dopić drinka z Johnnym Deppem. Życzę powodzenia Agnieszce, Kasi, Ali, Jerzemu, Łukaszowi, Michałowi, Mariuszowi, Marcinowi i Tomkowi. No i Rafie oczywiście. Kawo przybywaj!

Reklamy

Kuningaskotka

Gdyby zapytać moich bliskich o to, kto był/jest moim ulubionym sportowcem, nie zastanawialiby się nad odpowiedzią zbyt długo. Od Mamy usłyszelibyście krótkie „Janne Ahonen”. Tata uraczyłby Was długą opowieścią o tym, jak jego córka traciła wszystkie nerwy kibicując „Aho”, doprowadzając przy tym do szału wszystkich kibicujących Małyszowi. Brat mógłby dodać, że wpadłam w szał, kiedy pobazgrał mi w przypływie złości plakat „Maski”, a młodsza Siostra przytoczyłaby zapewne historię o podstawówkowych poematach na temat „Ejdżeja”. Licealna przyjaciółka, Ula, opowiedziałaby Wam o naszej wojnie Schmittowo-Ahonenowej, a znajomi ze studiów, o szaleństwie, jakie wybuchło w akademiku, kiedy w 2005 roku, w dniu moich urodzin, Ahonen zdobył tytuł mistrza świata. Mąż natomiast, w swoim ironicznym stylu, powiedziałby Wam, że to na pewno ten, przez którego wredna Żona pisze mu czasami listę zakupów w języku, który przyprawia go o ból głowy… Wiele lat, wiele historii, jedno nazwisko: Ahonen.

Janne Ahonen 2

Kiedy w styczniu dowiedziałam się, że Fin po raz drugi chce wrócić do skakania, pomyślałam, że to jakaś dziennikarska kaczka. Ale teorię kaczki obalił natychmiast wywiad z Ahonenem w fińskiej telewizji. A mnie ogarnęła euforia! Nie stękałam jak inni, że to pomysł jest szalony, że nie warto po raz któryś próbować tego, co już raz się nie udało, że to rozmienianie sławy na drobne… Przypomniał mi się plakat, poematy, fińska wódka po wygranym po raz piąty Turnieju Czterech Skoczni, skoki bez absurdalnych rekompensat za wiatr, śnieg, promieniowanie słoneczne i bogowie wiedzą, co jeszcze i bardzo się ucieszyłam, że będę mogła znowu Fina oglądać na skoczniach świata. To, że mało kto wierzy w to, że uda mu się spełnić marzenie o indywidualnym medalu olimpijskim sprawia, że kibicuję mu jeszcze bardziej.

Niektórzy twierdzą, że chęć zdobycia indywidualnego medalu olimpijskiego wręcz go opętała… Nie wiem, czy opętała, ale jego brak w jakiś sposób Ahonenowi ciąży. Brał udział w pięciu takich imprezach (począwszy od Lillehammer w 1994 roku) i trzy razy indywidualnie był… czwarty, przegrywając brąz o dziesiętne części punktu… Jedni sportowcy stwierdzają, że tak widocznie miało być i godzą się z zaistniałą sytuacją, Janne Ahonen twierdzi, że jeżeli nie spróbuje jeszcze raz, będzie tego żałował do końca życia. Pierwsza próba powrotu (Janne ogłosił zakończenie kariery 26 marca 2008 roku, 8 marca 2009 roku obwieścił powrót) przyniosła drugie miejsce w Turnieju Czterech Skoczni, (znowu) czwarte miejsce na Igrzyskach Olimpijskich w Vancouver oraz kontuzję, która wpłynęła na decyzję o ponownym zakończeniu kariery w marcu 2011 roku. Fin zdaje sobie sprawę, że i tym razem  może się rozczarować, ale jednocześnie wierzy w siebie i tym razem wszystko podporządkował przygotowaniom do sezonu. Zrezygnował z ukochanych wyścigów dragsterów i powierzył innym sprawy związane z prowadzeniem Ahonen Racing Team (założony przez Janne w 2011 roku zespół wyścigowy, w skład którego wchodzi niemal cała jego rodzina, z mamą, odpowiedzialną za catering, włącznie. Zainteresowanych odsyłam do strony www.artsports.fi; strona tylko w języku fińskim).

Janne-Ahonen-DRO

Na słowa dziennikarzy o tym, że jest za stary na skakanie (ma 36 lat) na światowym poziomie żartuje, że przy Noriakim Kasai jest przecież młodzieniaszkiem (Japończyk ma 41 lat). Bo wbrew obiegowym opiniom Janne poczucie humoru ma. Co prawda, zasłynął zdaniem: „Jesteśmy tu po to, aby skakać, a nie po to, żeby się uśmiechać”, a o jego „uśmiechu” powstała nawet piosenka (zamieszczam poniżej), ale jest osobą chętnie udzielającą się w rozrywkowych fińskich programach.

Mam nadzieję, że po tym sezonie Janne Ahonen do swej autobiografii „Kuningaskotka” („Królewski Orzeł”) będzie mógł dopisać kolejną porcję ciekawych doświadczeń. Najlepiej, obok licznych tytułów mistrza świata, tryumfów w Turnieju Czterech Skoczni, rekordowej ilości miejsc na podium Pucharu Świata, skakania po pijanemu, palenia papierosów w celu zagłuszenia głodu, przekraczania prędkości o 115 km/h i tłumaczenia dziecku, dlaczego tata nie je w domu obiadu, będzie wyglądała wzmianka o zdobyciu wymarzonego indywidualnego medalu olimpijskiego. Lataj więc, Królewski Orle, abym i ja za parę lat mogła dodać do tej historii kilka toastów po sukcesach. A może i jakiś plakat lub poemat się znowu pojawi, co Ty na to Siostrzyczko? 🙂

Janne Ahonen

P.S. Na koniec filmik, który fińscy skoczkowie nakręcili w ubiegłym roku… Żal patrzeć na to, co się stało z taką potęgą skoków narciarskich… Czy Janne Ahonen będzie lekiem na całe zło?

„A rower jest wielce OK, rower to jest świat”

Tydzień temu zadałam znajomym podchwytliwe pytanie, kto ich zdaniem został wybrany sportowcem roku w Portugalii. Po chwili konsternacji i rozmyślań, dlaczego akurat Portugalii i ilu portugalskich sportowców znają, wszyscy zgodnie stwierdzili, że owym wybrańcem ludu musiał zostać nie kto inny, jak Cristiano Ronaldo. Logicznie. Kiedy oznajmiłam im, że to jednak nie jeden z najlepszych i najpopularniejszych piłkarzy świata, a kolarz – Rui Costa został zwycięzcą owego plebiscytu, nie kryli zdziwienia. A później usłyszałam to, co zawsze, kiedy staram się ze znajomymi rozmawiać o kolarstwie: że kolarstwo to nie sport, bo dopingiem śmierdzi na kilometr, że wszyscy jeżdżą „naszprycowani” po uszy jak Armstrong i w ogóle szkoda czasu, żeby sobie czymś takim, jak kolarstwo głowę zawracać.

Moi znajomi nie są w swych sądach odosobnieni. Trudno im się dziwić. Tak kolarstwo przedstawiane jest w mediach. Ciągłe afery, wynurzenia byłych, kiedyś „czystych”, kolarzy, piętno Armstronga (o którym pisałam tutaj) na pewno nie pomagają w budowaniu dobrej atmosfery wokół tej dyscypliny. Sama łapię się na tym, że węszę spiski, kiedy ktoś pokazuje na kolarskich trasach cudowne, niemal boskie moce. Kolarstwo kocham jednak miłością wielką i patrzę na nie z nieco innej perspektywy. Żałuję też, że media tak rzadko zwracają uwagę na tę druga stronę medalu. Dla mnie kolarstwo, które jako jedyna dyscyplina sportowa porządnie wzięła się za walkę z dopingiem, stało się wygodnym kozłem ofiarnym świata sportu, synonimem wszystkiego, co w sporcie brudne i złe. My – tenisiści, piłkarze, hokeiści i siatkarze (można wstawić dowolną dyscyplinę) – jesteśmy czyści jak łza, nieskalani nawet grzechem pierworodnym,  popatrzcie za to na to, co się dzieje w kolarstwie! Sodoma i gomora! Tyle tylko, że świat kolarski od jakiegoś czasu nie wstydzi się swych grzechów i nie boi się o nich mówić. Owszem, nie podoba mi się to, że teraz wszystkie winy próbuje się przypisać Armstrongowi, że próbuje się zarobić na opowieściach o tym, kiedy, co i ile się brało, ale wolę to, niż wciskanie ludziom „kitu” o kontuzji Marina Cilicia, przypadkowym zażyciu należących do żony tabletek na odchudzanie Kolo Touré czy dostaniu się kokainy do organizmu Richarda Gasqueta w wyniku pocałunku z poznaną w klubie Pamelą…

Wracając do zwycięzcy portugalskiego plebiscytu… Rui Costa był jedną z najjaśniejszych gwiazd ubiegłego sezonu. Wywalczył mistrzostwo świata w wyścigu elity we Florencji, wygrał Tour de Suisse oraz dwa etapy (16. i 19.) Tour de France. Jego wielką radość po zdobyciu złotego medalu zapamiętam na długo. Zapamiętam też tegoroczne „zimowe” Giro d’Italia, niesamowitą jazdę Froome’a podczas Tour de France i najstarszego zwycięzcę jednego z Wielkich Tourów – Christophera Hornera, który w wieku 41 lat i 338 dni potrafił wygrać hiszpańską Vueltę. W pamięć wryło mi się też zdjęcie, pochodzące co prawda z 2008 roku, ale robiące furorę podczas tegorocznego wyścigu dookoła Hiszpanii. Przedstawia ono Hornera, który dowozi do mety Billa Demonga (tak, tak, specjalistę od kombinacji norweskiej) i jego zepsuty rower. Pamiętam moskaliki, upał podczas ostatniego etapu Tour de Pologne i niesamowitą ucieczkę Bartosza Huzarskiego w deszczowej Florencji. Wielkich emocji dostarczyli mi także Rafał Majka i Michał Kwiatkowski. Ich świetne występy podczas Giro d’Italia, Tour de France, Tour de Pologne oraz złoty medal Michała w drużynówce podczas mistrzostw świata napawają optymizmem i sprawiają, że z niecierpliwością czekam na następny sezon…

Horner

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

I nie zniechęcą mnie do kolarstwa ani coraz bardziej podobne do siebie Wielkie Toury, ani Tour de Pologne we Włoszech (na szczęście w przyszłym roku trasa „Od Bałtyku aż do Tatr”), ani to, kogo „wsypie” w przyszłości Armstrong i jak głupio będzie się tłumaczył były dyrektor Międzynarodowej Unii Kolarskiej. Nie uczynią tego także książki Rasmussena czy opinie moich znajomych… Bo „rower jest wielce OK, rower to jest świat”!

P.S. Zastanawiam się, czy w Polsce kolarz miałby jakiekolwiek szanse w plebiscytowym starciu z piłkarzem pokroju Cristiano Ronaldo…

Sereniada

W 2009 roku na łamach portalu Tennis Earth ukazał się artykuł pod tytułem: „When WTA became Williams Tennis Association”. Autor przedstawia w nim losy sióstr Williams od samego początku ich karier, śledzi ich wzloty i upadki, podkreśla role jakie odegrały we współczesnym tenisie i to, w jaki sposób obydwie zdominowały tę dyscyplinę. Całość puentuje stwierdzeniem, że obecnie WTA to siostry Venus i Serena i długo jeszcze taki stan rzeczy się utrzyma.

To było cztery lata temu. Już rok później autor tekstu mógł zwątpić w to, co sam napisał. Venus miała poważne kłopoty z utrzymaniem dobrej formy, do tego pod koniec sezonu zaczęły się pojawiać problemy zdrowotne. Młodsza z sióstr wygrała co prawda Australian Open i Wimbledon, ale kontuzja stopy wykluczyła ją z dalszej części rozgrywek. Rok później było już znacznie gorzej… Obydwie zmagały się z ogromnymi problemami zdrowotnymi: zator płucny Sereny i pustoszący organizm Venus zespół Sjoegrena spowodowały, iż niewielu wierzyło, że którakolwiek z sióstr będzie jeszcze w stanie wrócić na szczyt.

O ile Venus nie zdołała się podnieść (choć uparcie walczy), o tyle Serena wróciła mocniejsza niż kiedykolwiek. Już dwa miesiące po powrocie na kort potrafiła się zameldować w finale US Open (przegrała z Samanthą Stosur). Rok 2012 i 2013 to niekończące się pasmo sukcesów. I choć zdarzają jej się nieliczne wpadki, nikt nie ma wątpliwości, że skrót WTA znów można odczytywać jako Williams Tennis Association.

Tegoroczny sezon był tak naprawdę kontynuacją sezonu poprzedniego. Williams na każdym kroku pokazywała rywalkom, że ma siłę, a one na własnej skórze doświadczały tego, że ma siłę zbyt wielką. Po raz któryś okazało się, że tylko będąca w doskonałej formie Wiktoria Azarenka potrafi przeciwstawić się w pełni dysponowanej i zmotywowanej Williams. Reszta musi niestety liczyć na słabszy dzień Amerykanki. Do nielicznych los się uśmiechnął – Sloane Stephens, po doskonałym meczu, pokonała ją w ćwierćfinale Australian Open, a Sabine Lisicki wyeliminowała ją z walki o kolejny tytuł wimbledoński. I na tym kończy się lista tegorocznych potknięć liderki kobiecych rozgrywek. Lista sukcesów jest nieporównywalnie dłuższa (11 tytułów, w tym dwa wielkoszlemowe). Serena Williams drugi rok z rzędu kończy na pierwszym miejscu w rankingu, a na horyzoncie nie widać na razie nikogo, kto mógłby ją zrzucić z tronu.

Wiktoria Azarenka, Maria Szarapowa, Li Na czy Petra Kvitova to na pewno zawodniczki, które mają narzędzia, aby z Amerykanką walczyć. Jelena Janković i Angelique Kerber także pokazały, że potrafią sprawiać Serenie trudności. Tyle tylko, że mieć narzędzia i sprawiać trudności, to nie do końca to samo, co umieć wygrywać. Wolałabym też, aby te zwycięstwa odnoszone były nie tylko wtedy, kiedy Amerykanka biega na jednaj nodze i bolą ją plecy… Może przyszły sezon czymś mnie zaskoczy, kto wie…

Na koniec słów kilka o najlepszej polskiej tenisistce, Agnieszce Radwańskiej. Tegoroczny sezon nie był na pewno tak udany, jak poprzedni. Na ogromną pochwałę zasługuje postawa na kortach Wimbledonu, gdzie osiągnęła półfinał, i tryumfy w turniejach w Auckland, Sydney i Seulu. Martwić może brak lepszych rezultatów w turniejach rangi Premier Mandatory czy pozostałych turniejach wielkoszlemowych, ale przecież nie jest źle, a może być lepiej. I tego „lepiej” Agnieszce na przyszły rok życzę!

„Zapamiętaj to – pamiętam…”

Tegoroczny sezon tenisowy panów mogłabym podsumować niezbyt wyszukaną wyliczanką: Djoković, Nadal, Murray, Djoković, Nadal, Nadal, Nadal, Murray, Nadal, Nadal, Nadal, Djoković, Djoković, Djoković (kolejność nazwisk nieprzypadkowa)… na kogo wypadnie, na tego-bęc! Trzy nazwiska – czternaście najważniejszych tytułów. I choć od finałowego meczu w londyńskiej O2 Arena minął już niemal tydzień, ciągle nie umiem sobie jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie, jaki tak naprawdę był ten sezon. Miałam nawet pomysł, aby dołączyć do tenisowych forów internetowych, które śledzę od kilku lat i podyskutować o tym trochę, ale po przeczytaniu kolejnej porcji wynurzeń na temat żenującego poziomu obecnych rozgrywek, wyższości jednej epoki nad drugą, jednego tenisisty nad drugim tylko dlatego, że tego pierwszego lubię a tego drugiego wręcz przeciwnie i życzę mu porażki zawsze i wszędzie, o technice, na której wszyscy się znają i  marzeniach o nieśmiertelności Federera, pomysł zarzuciłam i chyba już nigdy do niego nie wrócę. Dorabianie gęby i upupianie, to nie na moje nerwy… Wystarczy, że szargają mi je sportowe emocje.

Wracając do podsumowania tegorocznego sezonu… Co będę z niego pamiętać za kilka, kilkanaście lat (bez pomocy youtuba, wikipedii i czegokolwiek, co w tym czasie jeszcze powstanie)? Zapewne trzeci australijski tryumf z rzędu Novaka Djokovicia, spektakularny powrót Rafaela Nadala i jego ósmy tytuł na kortach Rolanda Garrosa, polski ćwierćfinał Wimbledonu i upragniony tytuł dla Andy’ego Murray’a i… to chyba tyle. Może jeszcze słynne Janowiczowe „How many times?” (dla przypomnienia zapraszam tutaj) i wimbledoński pogrom faworytów…  Jako że moja pamięć raczej nie jest stworzona do zapamiętywania obrazów z konkretnych meczów, umknie mi gdzieś fantastyczny mecz Wawrinki z Djokoviciem z Melbourne, Nadala z Del Potro z Indian Wells, słaniający się na ostatnich nogach Murray i Ferrer w finale turnieju w Miami, lanie jakie Nadalowi zgotował w pierwszym secie rzymskiego mastersa Ernests Gulbis, bezradność Tsongi w półfinale French Open, fantastyczny półfinał Wimbledonu pomiędzy Djokoviciem i Del Potro czy tak samo obsadzony finał turnieju w Szanghaju. Zapewne zapomnę nawet o bardzo słabym sezonie Federera, ponieważ nie jestem tym tak bardzo zaskoczona jak niektórzy fani Szwajcara. Taka jest po prostu kolej rzeczy. Na pewno nie zapamiętam nowych twarzy, młodych graczy depczących czołówce (lub „betonowi”, jak kto woli) po piętach. Ale w tym przypadku to nie moja pamięć będzie problemem, takich graczy po prostu brak. Milos Raonić błysnął dwa lata temu w Australii, Janowicz w roku ubiegłym w Paryżu, w tym trzeba było sięgać do challengerów lub jeszcze niżej, aby odpocząć od obecnych ciągle na naszych ekranach tych samych twarzy. Dobrze przynajmniej, że „starsi panowie” nie dają za wygraną i wciąż odnoszą sukcesy. Tegoroczne wyniki Tommy’ego Haasa, Tommy’ego Robredo, Nicolasa Mahuta, Michaiła Jużnego czy Carlosa Berlocqa zasługują na duże wyrazy uznania.

Był to kolejny sezon, w którym dominacja Nadala i Djokovicia nie podlegała żadnej dyskusji. Spotkali się w tym roku sześciokrotnie (bilans spotkań 3-3), a ich przewaga nad kolejnymi w rankingu Ferrerem i Murray’em wynosi ponad 6000 punktów! Od połowy sezonu wiadomo było, że Nadal ma „jedynkę” na wyciągnięcie ręki. Gra o tron jaką toczyli obydwaj zawodnicy była jednak niezwykła, bo pomimo tego, że Hiszpan wrócił na szczyt we wrześniu, tak naprawdę do końca sezonu nie mógł być pewien, czy na nim zostanie. Serb nie zamierzał ułatwiać mu zadania, ale Nadal prowadzenia nie oddał.

Ciąg dalszy owej gry o tron czeka nas zapewne w przyszłym sezonie. O oczekiwaniach wobec niego napiszę innym razem, ale kiedy pomyślę o cudownym australijskim słońcu wyzierającym w środku nocy z ekranu telewizora, to stycznia już się doczekać nie mogę…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Bo bramka jest okrągła, a piłki są dwie

Od ponad tygodnia wiadomości sportowe dotyczące polskiej piłki nożnej bawią mnie do łez. Najpierw pospolite ruszenie dziennikarzy maści wszelkiej skrzętnie analizowało dniami i nocami, co ma zrobić Fornalik, aby jego podopieczni wygrali mecz ostatniej szansy z Ukrainą (żałuję, że przed meczami Polaków nie obowiązuje „cisza wyborcza”). Pisali i pisali, pouczali i pouczali. Mieszali w składzie, szukali najlepszego ustawienia w defensywie, rysowali, jak trzeba piłkę podawać Lewandowskiemu, aby ten wreszcie coś strzelił. Niektórym się nawet wydawało, że znaleźli rozwiązanie jedyne i genialne. Jakże ich więc musiało boleć, że Polacy tak genialnych planów w życie wcielić nie potrafili. Mundial w Brazylii uleciał wraz z promilami wydychanymi przez tysiące szczęśliwych Ukraińców.

Po porażce głos zabrali „malkontenci z lekką nutką optymizmu”. Zalali nas swymi przemyśleniami, że jest źle jak nigdy (czyli prawie jak zawsze), że trener się nie spisał, że nie miał stałego składu (rok temu, Ci sami ludzie, zarzucali Smudzie, że w ogóle nie robi zmian…), Ale przecież mamy takie utalentowane pokolenie piłkarzy, Lewandowski jest prawie (właśnie…) najlepszym napastnikiem świata, a w meczu z Ukrainą „nasi” grali strasznie zmotywowani. Ciśnienie mi od razu skacze, kiedy słyszę, że za motywację należy się medal. Sport bez motywacji nie istnieje. A że się raz zmotywowali? Cóż, ślepej kurze też się ziarno trafi. Oni powinni grać, jak o życie zawsze i z każdym. W meczu z Ukrainą wyglądali natomiast tak, jakby walczyli o to, żeby pojechać do Rio za darmo, a nie tak, jakby walczyli o szansę wzięcia udziału w największej piłkarskiej imprezie świata. I znowu skoczyło mi ciśnienie…

Nie umilkły echa porażki z naszymi wschodnimi sąsiadami, internauci nie zdążyli opublikować wszystkich prześmiewczych memów, a historycy w stylu „za komuny było lepiej” ruszyli do ataku. Graliśmy przecież z Anglią! Z twórcami futbolu! Z tymi, z którymi czterdzieści lat temu wygraliśmy w Chorzowie, a nawet zremisowaliśmy na Wembley! Eksperci, wspomnień czar, bohaterów tamtych wspaniałych dni bez liku… Nastroje bojowe, jak przed finałem mundialu. Ale rzeczywistość sprowadziła wszystkich do poziomu murawy. Po tamtych wspaniałych czasach śladu już dawno nie ma. Nawet słowa Kazimierza Górskiego, o jednej okrągłej piłce i dwóch bramkach, jakby gdzieś się zatarły i straciły sens. Ale historycy są twardzi, szybko się podniosą i tylko czekać, aż przy okazji następnego meczu z Anglią znowu zaleją nas falą wspaniałych wspomnień o wielkiej polskiej piłce nożnej. Już się nie mogę doczekać.

Krytycy „wszystkiego, co się rusza” i specjaliści od „zwolnić trenera” wreszcie mieli swój czas. Zwalniali na twitterze, facebooku, na łamach gazet i portali internetowych. Wojciech Kowalczyk zwalniał wszędzie i krytykował wszystkich, poszedł na całość. Michał Pol ograniczył się do twittera i Przeglądu Sportowego. Zaczęło się kopanie leżącego Fornalika. Wszyscy wiedzieli wszystko lepiej i zrobiliby lepiej. Fornalik to zło! Zwolnić trzeba! A co dalej? Pomyślimy jutro i na pewno napiszemy na twitterze. Już następnego dnia buzie mieli roześmiane od ucha do ucha, bo Zbigniew Boniek podziękował Waldemarowi Fornalikowi za współpracę. Trochę się też zabawił w przedszkolaka i oznajmił, że wie, kto będzie nowym trenerem reprezentacji, ale nie powie… Tym samym obudził kolejne potwory!

Od kilku dni, ku mojej uciesze, prym wiodą „poszukiwacze zaginionego selekcjonera”. Jedni zapuścili się w zagraniczne odmęty stetryczałych sław trenerstwa, drudzy zeszli do polskiego podziemia. Słowa leją się strumieniami, kandydatów wszak bez liku. Prawdziwa wojna światów. Niech się bawią, za tydzień Boniek obwieści dobrą nowinę, a wtedy do boju ruszą następni: piewcy zbawienia i piewcy klęski.

Szkoda, że w tym całym zgiełku, brak jest zastanowienia się nad prawdziwymi problemami polskiej piłki nożnej, wszak trener to tylko wierzchołek góry lodowej…

Euro lanie razy trzy

Z premedytacją nie napisałam ani słowa tuż po klęsce polskich koszykarzy na EuroBaskecie w Słowenii. Z premedytacją nie wspomniałam też o porażce polskich siatkarek na Mistrzostwach Europy w Niemczech i Szwajcarii. Czekałam na to, jak w walce o tytuł najlepszej drużyny Starego Kontynentu zaprezentują się nasi siatkarze. Przeczucie podpowiadało mi bowiem, że zamiast trzech podobnych wpisów, na początku października będę mogła zamieścić jeden, dotyczący porażek polskich drużyn na Mistrzostwach Europy. Tym razem przeczucie, niestety, mnie nie zawiodło.

Pierwsi do boju ruszyli koszykarze. Od 4 do 22 września w czterech słoweńskich miastach mieli walczyć o tytuł najlepszych z najlepszych w Europie. Zapowiedzi były szumne. „Będziemy czarnym koniem EuroBasketu!” – grzmiały media, zawodnicy i trener. Nieco ten hurraoptymizm mnie dziwił, bo nigdy do tuzów tego sportu nie należeliśmy, ale że niby najlepszy skład od lat, że z Gortatem i z nowym bardzo dobrym szkoleniowcem (jakby Pipan był zły…). A! I w sparingowych meczach pokazaliśmy się z dobrej strony. Ach, jak my lubimy podniecać się zwycięstwami „naszych” w preeliminacjach, meczach towarzyskich i kwalifikacjach. Obiecałam sobie jednak, że odrzucę wszystkie czarne myśli i obejrzę zmagania koszykarzy z podobnym hurraoptymizmem. I po pierwszym meczu z Gruzją stwierdziłam, że czarnowidztwo byłoby jednak o niebo lepsze. Jako podsumowanie tego meczu wystarczyłoby jedno zdanie: Gruzini grali w koszykówkę, Polacy nic nie grali. Sytuacja powtórzyła się w kolejnych meczach z Czechami, Chorwatami i Hiszpanami. Hiszpanie spowodowali nawet, że o polskim baskecie zrobiło się w świecie głośno. Rzadko bowiem jakakolwiek drużyna przegrywa pod koniec drugiej kwarty 11-49… Patrząc na grę Polaków, zastanawiałam się, gdzie jest ta wiara w siebie sprzed słoweńskiej imprezy. Gdzie jest Gortat, który tak głośno mówił o mocy, jaka drzemie w tej drużynie? Gdzie jest ktoś, kto potrafiłby ich zmobilizować do działania? Gdzie te sprytne założenia taktyczne trenera Bauermanna? Zamiast tego mieliśmy anemicznie snujących się po parkiecie Polaków, nie potrafiących wyprowadzać szybkich kontr, gubiących co drugą piłkę, z nieskutecznymi do bólu Gortatem i Koszarkiem i zmianami nie mającymi większego sensu (albo ich brakiem). Do tej pory nie potrafię doszukać się żadnych pozytywów. I niech mi nikt nie pisze, że wygraliśmy ostatni mecz ze Słowenią. Mecze o nic to nic pozytywnego. Występ był żenujący, a to że zawodnicy i trener nie mają sobie za wiele do zarzucenia, czyni go żenującym do potęgi. Ale przecież w sparingach graliśmy bardzo dobrze…

Od 6 do 14 września o tytuł najlepszej europejskiej drużyny walczyły też siatkarki. W ich przypadku trudno było oczekiwać spektakularnych sukcesów. Nowy trener, Piotr Makowski, dopiero buduje nową drużynę, Polki w tym roku nie prezentowały dobrej formy, w dodatku na mistrzostwach zabrakło kilku kluczowych zawodniczek (Werblińska, Bednarek-Kasza). Nastroje były więc stonowane. I słusznie, bo to nie była drużyna, która mogłaby rzucić Europę na kolana. Pokazał to już pierwszy, przegrany, mecz z Czeszkami. Po dwóch kolejnych (wygranym z Bułgarią i przegranym z Serbią) Polki plasowały się na trzecim miejscu w grupie D i o awans do ćwierćfinału musiały walczyć w barażowym meczu z Włoszkami. O ile wynik meczu z Italią niespodzianką nie był, o tyle styl w jakim Polki przegrały ten mecz już tak. Nasze siatkarki wyszły na boisko przegrane i w ogóle nie podjęły walki. Dla takiej postawy ja usprawiedliwienia nie znajduję. Skoro jest szansa na ćwierćfinał, to trzeba o niego walczyć, a nie spuścić głowę i dać się stłuc na kwaśne jabłko, bo i tak nikt nie będzie miał pretensji, ze przegrało się mecz z wielką drużyną Włoch (która już od jakiegoś czasu aż tak wielką nie jest…). Dobrze chociaż, że w tym przypadku zawodniczki i trener potrafili się przyznać do błędów.

Na koniec siatkarze.  Nie spodziewałam się wielkiego wyniku, ale nie mam zamiaru tym razem nikomu słodzić, że nic się nie stało. Wszyscy przecież pieją wkoło, że są najlepsi. Słowa Anastasiego o tym, że jadą walczyć o złoty medal, od początku traktowałam w kategoriach żartu. Czym chciał o to złoto walczyć, kim? Na jakiej podstawie takie plany? Może złoto miał nam zapewnić pan „rozegram prawo-lewo nigdy środkiem” Żygadło, a może fantastycznie przyjmujący Winiarski. Nie! Zapewne będący w fatalnej formie Zatorski, albo kapitan bez ikry Możdżonek? A może stojący prawie non-stop w kwadracie dla rezerwowych Drzyzga? Przesadzam, być może, ale dosyć mam zapewnień wszystkich wkoło, jacy jesteśmy świetnie przygotowani i jak to będziemy dzielnie walczyć o tytuł mistrza, a później przegrywamy w turnieju olimpijskim mecze z Australią (z całym szacunkiem dla Kangurów), a na Mistrzostwach Europy mamy drogę przez mękę z Turcją czy Słowacją (również z całym szacunkiem). Jedziemy walczyć o złoto, ale najlepiej żeby Rosjan czy Włochów na swej drodze nie spotkać. Najlepiej, żeby się wybili sami po drodze, a w finale ktoś oddał nam mecz walkowerem. Słabo mi się robi, kiedy po przegranym barażu z Bułgarią, w którym prowadziliśmy przecież 2-0, całą winę na siebie bierze Kurek, który popełnił dwa proste błędy w piątym secie. A reszta, która przegrała set trzeci i czwarty gdzie?  Aaa, jest im przykro. Mnie też. Trener w tym wszystkim jest najlepszy, bo on sobie nie ma  nic do zarzucenia. Nie miał sobie nic do zarzucenia po Igrzyskach Olimpijskich ani po tegorocznej Lidze Światowej, więc czegóż innego można się było spodziewać teraz. Brawo!

Podsumowanie będzie gorzkie. W tej chwili nie mamy mocnej reprezentacji koszykarzy. Nie mamy mocnej reprezentacji siatkarek. Nie mamy mocnej reprezentacji siatkarzy. Wszelkie zapewnienia, jacy to jesteśmy we wszystkim mocni niech sobie media, hurraoptymistyczni trenerzy i zawodnicy włożą… między bajki.