Zielonym do góry!

W powietrzu unosi się jeszcze czerwona mączka kortów Rolanda Garrosa, a lada chwila rozpocznie się już kolejny turniej wielkoszlemowy. Wimbledon – mimo że magiczny i historyczny – jest najmniej przeze mnie lubianą lewą Wielkiego Szlema. I nie chodzi wcale o to, że uważam – podobnie jak Ivan Lendl – iż trawa jest tylko dla krów. Po prostu, po miesiącach gry na kortach twardych i ceglastych bardzo trudno jest mi się przestawić na odbiór tenisa na trawie. Zawsze, kiedy dzień po finale w Paryżu, telewizje zaczynają pokazywać turnieje w Queen’s Club i Halle, czuję się, jabym trafiła na jakąś inną planetę. I nim się przyzwyczaję, sezon na trwanikach dobiega końca. Może gdyby trwał dłużej, byłoby mi łatwiej i polubiłabym go bardziej…

Niektórzy koneserzy tenisa zapewne uznają moje wyznanie za grzech śmiertelny tenisowego kibica, bo przecież Wimbledon trzeba kochać miłością wielką i najgorętszą. Tu się gra w prawdziwy tenis, tu jest przywiązanie do tradycji, tu publiczność i atmosfera jest najlepsza, to jest historia tej gry… Do mnie te argumenty nie przemawiają. Owszem, pochwalam przywiązanie do tradycji, cenię kulturalną, acz sztywną niekiedy publiczność, z historią także nie zamierzam dyskutować. Ile jest prawdy w opowieściach o magii tego miejsca nie wiem, nie jestem tenisistą, którego największym marzeniem jest wygrać na kortach na SW19. Wystarczy jednak przeczytać kilka historii tenisistów spoza czołówki (dla przykładu: http://www.trolltennis.com/2014/06/19/the-frank-dancevic-expose/), aby dowiedzieć się, że rzeczywistość wcale nie jest tak bajkowa, jak opisują ją, stosując ciągle te same wyświechtane formułki, gwiazdy i organizatorzy.

Nie jest jednak tak, że tenisa na trawie nie lubię. Przez ostatnie dwa tygodnie z otwartą szeroko buzią podziwiałam wyczyny Feliciano Lopeza czy Radka Štěpánka. Panowie grali w sposób olśniewający! Tyle slajsów, skrótów i wolejów nie ogląda się w ostatnich latach zbyt często. Gorzej, jeżeli na kort wychodzą panowie Karlović i Anderson i mecz wygląda w sposób następujący: serwis-punkt, serwis-punkt, serwis-punkt, serwis-gem, zmiana stron i od nowa… I tak przez trzy sety z tie-breakami… Może niektórych to urzeka, mnie niestety nie…

Tyle marudzenia, bo kiedy turniej się zacznie, mój Mąż znowu będzie się chciał wyprowadzić z domu, nie mogąc patrzeć na to, co wyprawiam oglądając tenis. Dodatkowo trwa mundial, więc stresu będzie co niemiara. Kto wygra? „Daj Boziu niebo” temu, kto odgadnie. Próbowałam przez dwa ostatnie lata i, jakkolwiek zwycięzcę trafiłam, przebieg turnieju zaskakiwał mnie po wielokroć. Nie wierzę w obronę tytułu przez Andy’ego Murray’a, nie spodziewam się nagłego wybuchu formy Jerzego Janowicza. Groźny będzie jak zwykle Djoković oraz Roger Federer, który do półfinału ma drogę usłaną różami. Co prawda, jeżeli Rafael Nadal, jakimś cudem, doczłapie do tego etapu turnieju, droga ta może okazać się cierniową…  Ale Hiszpan losowanie ma trudne  i musi naprawdę ciężko pracować od pierwszej rundy, aby myśleć o poprawieniu swoich ostatnich wimbledońskich wyczynów. Z przyjemnością będę obserwować wspomnianych wyżej Lopeza i Štěpánka (ten, w drugiej rundzie trafia najprawdopodobniej na Novaka Djokovicia, więc mogę nie zdążyć nacieszyć oka…), ciekawa jestem też postawy Grigora Dimitrowa… Bułgar ma narzędzia do tego, aby w Londynie zajść wysoko.  Może z dobrej strony pokaże się Kei Nishikori, może Milos Raonic, może Ernests Gulbis (oby!)…

O paniach trudno powiedzieć mi cokolwiek. Wydaje się, że Serena Williams jest niekwestionowaną faworytką, ale ten sezon Amerykanki nie jest fascynujący. Liderka światowego rankingu zmaga się od jakiegoś czasu z mniejszymi lub większymi kontuzjami i wygląda na nieco znudzoną, przybitą, gra bez pełnego zaangażowania i entuzjazmu. Maria Szarapowa, opromieniona tryumfem w Paryżu, jest na pewno druga w kolejce do końcowego zwycięstwa, ale jest na kursie kolizyjnym właśnie z Sereną Williams. Jeżeli obie panie spotkają się w ćwierćfinale, istnieje duże prawdopiedobieństwo, że jego zwyciężczyni kilka dni później uniesie w górę paterę Venus Rosewater. Wiktoria Azarenka wraca po długiej przerwie spowodowanej kontuzją stopy i raczej nie będzie się liczyć w meczach o nawyższą stawkę. Agnieszka Radwańska na losowanie narzekać nie może, choć w swojej części drabinki ma odwieczne postrachy: Kuzniecową i Makarową. O grze polskiej tenisistki nie mam ostatnio najlepszego zdania, więc na tym poprzestanę (sukienki, torebki i reklamy banków mało mnie interesują…). Pozostają jeszcze Li Na, Petra Kvitová (tryumfatorka z 2011 roku) oraz szereg zawodniczek młodego pokolenia (Bouchard, Muguruza, Stephens). O umiejętnościach gry na trawie tych ostatnich powiedzieć można niewiele. W turniejach poprzedzających Wimbledon zachodziły najdalej do 3 rundy…

Czas pokaże, jak potoczą się w tym roku losy na wimbledońskiej trawie. Oby nie padało, nie wiało nudą i nie brakło truskawek dla kibiców. Trzymam kciuki!

Reklamy

„Mój jest ten kawałek podłogi…”

Gdyby Rafael Nadal znał hit zespołu Mr. Zoob, na pewno wypisałby jego tekst na jakiejś wielkiej płachcie i wywieszał na ścianie podczas każdej konferencji prasowej organizowanej podczas tegorocznego wielkoszlemowego turnieju Roland Garros. Hiszpan, który przyzwyczaił wszystkich do totalnej dominacji na europejskiej mączce, nie wygrywa w tym roku turnieju za turniejem, a dziennikarze złaknieni jakiegoś tenisowego novum, jak kania dżdżu, nie zamierzają chyba przestać mu o tym przypominać. Pytania o porażki z Davidem Ferrerem, Nicolasem Almagro czy Novakiem Djokoviciem śnią się już zapewne Nadalowi po nocach. Ośmiokrotny tryumfator francuskiej lewy Wielkiego Szlema niestety sam ukręcił na siebie bicz. Do tej pory uznawany za murowanego faworyta imprezy, w tym roku musi zmierzyć się z nieco odmiennym podejściem co do jego szans na ostateczny sukces…

Chętnych do zrzucenia Hiszpana z tronu wielu. Czy wystarczy im zdrowia, sił i słabsza forma Nadala, czas pokaże. Na pewno poczuli, że w tym roku można mu się dobrać wreszcie do skóry. Mocno zmotywowany będzie zarówno Djoković, któremu brakuje zwycięstwa w paryskim turnieju, jak i Ferrer, dla którego może to być jedna z ostatnich szans na zdobycie pierwszego w swojej karierze tytułu wielkoszlemowego, czy Roger Federer, który tylko raz unosił w górę Coupe des Mousquetaires. Wielką zagadkę stanowi dla mnie Andy Murray. Wracający po dłuższej przerwie spowodowanej kontuzją pleców Szkot, nigdy nie grał wyśmienicie na mączce, ale zawsze trzeba się z nim liczyć – kiedy ma swój dzień, potrafi wygrać z każdym. Przegrać niestety też… Innych kandydatów gotowych do tego, aby zniweczyć plany Nadala na zdobycie dziewiątego tytułu French Open nie widzę. Oprócz samego Nadala oczywiście.

Styczniowy ulubieniec forów tenisowych, Stan (bo już oficjalnie nie Stanislas) Wawrinka, odpadł już w pierwszej rundzie, smucąc wielce tych, którzy obwieścili już nastanie „nowych tenisowych czasów”. Pogromca Nadala z Barcelony, Nicolas Almagro, poddał wczoraj mecz z Jackiem Sockiem. „Największy młody talent”, Grigor Dimitrow, uległ kończącemu powoli karierę Ivo Karloviciowi, a obwołany „czarnym koniem” turnieju Kei Nishikori nie podołał Martinowi Kližanowi. Dodatkowo, „kwiecisty” Tomáš Berdych męczy się z Ołeksandrem Nedowiesowem, a Milos Raonić nie może się odnaleźć w meczu z Jiřím Veselým. Jak widać, raczej „starum” niż „novum”…

U kobiet sytuacja wydawała się być jeszcze mniej skomplikowana niż u mężczyzn. Pod nieobecność kontuzjowanej Azarenki, po odpadnięciu Li Na, trudno było dostrzec w drabince zawodniczkę, która mogłaby się skutecznie przeciwstawić Serenie Williams. Petra Kvitová jest tak nierówna, że z turniejem może pożegnać się już jutro, Sabine Lisicki na mączce gra kiepsko, Szarapowa już nie pamięta, jak się wygrywa z Amerykanką, a Radwańska jest zbyt słaba fizycznie, aby stawić jej opór. Jak się okazało, wystarczyła świetnie dziś dysponowana Garbine Muguruza, która niemal zdmuchnęła liderkę światowego rankingu z kortu Suzanne Lenglen. I teraz nic już nie jest takie jasne, jakie było jeszcze dwie godziny temu…

Czyj zatem będzie w tym roku kawałek francuskiej tenisowej podłogi? Wyjaśni się za półtora tygodnia. A nam, kibicom, pozostaje trzymać kciuki, aby było ciekawie i emocjonująco.

Od a do zet, od zet do a – alfabet Australian Open 2014

Pierwszy turniej wielkoszlemowy bieżącego roku przeszedł do historii. Po dwóch tygodniach zmasowanego ataku tenisa na oczy moje, nieprzespanych nocy, wyrzucania z siebie lawiny przekleństw o trzeciej w nocy, wysyłania Męża o szóstej rano po kawę, „bo się, do cholery, ośmieliła skończyć” i spowolnionych czynności ruchowo-umysłowych w pracy, nadszedł czas detoksu. Nie jest to łatwy czas… Niby tyle narzekania na tę różnicę czasową i brak ciekawych spotkań, ale jak jest już po wszystkim, to zaczynam do tego wszystkiego tęsknić. Długo tęsknić nie będę, bo choć następna lewa Wielkiego Szlema dopiero pod koniec maja, to już za kilka dni Puchar Davisa, a później halowe turnieje w Europie i walka na ziemnych kortach Ameryki Południowej. Nie żałujcie mnie więc…

Długo się zastanawiałam, jak podsumować wydarzenia dni minionych. Na czym się skupić? Na Wawrince? Na Li? Na miłych zaskoczeniach (m.in. Kubot, Dimitrov, Bautista Agut, Bouchard, Cibulkova i Wawrinka) czy gorzkich rozczarowaniach (m.in. Del Potro, Del Potro, Del Potro…)? W końcu postanowiłam ująć moje przemyślenia na temat Australian Open w ramy alfabetu, zapraszam.

A jak Ana Ivanović – pokonując w czwartej rundzie Serenę Williams zaprzeczyła plotkom, jakoby na korcie potrafiła tylko ładnie wyglądać.

B jak Beckett Samuel – autor słów wytatuowanych na przedramieniu zwycięzcy tegorocznego turnieju, przytaczany po stokroć podczas spotkań Wawrinki cytat z „Worstward Ho” sprawił, że „Czekając na Godota” usunęłam na czas jakiś z pola mojego widzenia.

C jak Cibulkova Dominika (a.k.a. „Pocket Rocket”) – równa mi wzrostem finalistka turnieju udowodniła, że „małe” też może być „wielkie”. Sprawiła, że tak jak kiedyś Nadal wyrzucił z jadłospisu rosół, tak teraz pozbyła się z niego cebuli Agnieszka Radwańska.

D jak Del Potro Juan Martin – „młot na czarownice” z „wielkiej czwórki”, nadzieja wielu na odprawienie Nadala w ćwierćfinale… Nie dotarł do trzeciej rundy…

E jak Eugenie Bouchard – nastoletnie objawienie turnieju Pań, pięknie gra, pięknie wygląda, marzy o randce z Bieberem. Kto wie, jeżeli nie zamkną go w celi na dłużej, ma szansę…

F jak Ferrer David – w ćwierćfinale z Berdychem odepchnął w bardzo nieelegancki sposób sędziego liniowego, gdyż ten wadził mu na drodze do krzesełka, na którym chciał złożyć swój cenny ręcznik. Ma być kara, oby słona.

G jak Gorąco – 43 stopnie w cieniu, robienie jajecznicy na korcie, omdlenia, udary, problemy żołądkowe a organizatorzy mówią, że to przecież nic, że nasi przodkowie w takich warunkach przez osiem godzin gonili antylopy…

H jak Historia, do Której Można Przejść – Rafael Nadal mógł zostać pierwszym zawodnikiem Ery Open, mającym na swoim koncie co najmniej dwa tryumfy w każdym z wielkoszlemowych turniejów. Próba zostanie ponowiona za rok.

I jak I Znowu Się Nie Wyśpię – tłumaczenie zbędne…

J jak Jak Mało Brakowało – dokładnie 5 cm. O tyle Lucie Safarova wyrzuciła poza kort piłkę meczową w spotkaniu trzeciej rundy z Na Li. Lucie wróciła do Czech, Li wygrała turniej i jak zapowiedziała nie przyzna premii Czeszce, ale na pewno ładnie się do niej uśmiechnie.

K jak Kontuzja – największy wróg sportowca. W tym roku na plan pierwszy wysuwa się uraz pleców (Nadal, Williams), dalej są dłonie, nadgarstki, barki, łydki i biodra oraz najgorsza z możliwych – chroniczna kontuzja psychiki. Dużo zdrowia dla wszystkich!

L jak Li Na – tryumfatorka turnieju Pań w pakiecie ze swym pucułowatym małżonkiem – genialne poczucie humoru i obiekt żartów w jednym. I ten backhand!

Ł jak Łukasz Kubot – polski bohater turnieju, po cichutku, w cieniu innych, zdobył swój pierwszy wielkoszlemowy tytuł! Chyba zatańczę kankana!

M jak Muszę Się Napić Kawy –  i tak przez 19 godzin na dobę, w porywach nawet do 21…

N jak Nowa Rakieta, Nowy Trener, Nowa Gra – czyli Roger Federer A.D. 2014. Zachwytów masa, peanów mnóstwo… Szkoda, że tak ciężko o nową głowę na spotkania z Rafaelem Nadalem.

O jak Obrońcy Tytułu – Wiktoria Azarenka i Novak Djoković zostali brutalnie pozbawieni możliwości kontynuowania swojej hegemonii w Melbourne. Wiktoria zapomniała, jak się trzyma rakietę w dłoni w ćwierćfinale z Radwańską, a Novak doświadczył na własnej skórze przepoczwarzenia Stasia w Stanisława.

P jak Pete’a Samprasa Nie Dogania Się W Australii – zdobycie swojego 14. tytułu wielkoszlemowego w Australii okazuje się być zadaniem niewykonalnym. W 2009 roku poległ na tym polu Federer, w obecnym Nadal.

R jak Radwańska Agnieszka – pierwszy półfinał w Australii – brawo! Mecz z Azarenką – brawo! Sam półfinał i męczarnie w pierwszych rundach przemilczę…

S jak Stygmaty – Rafaela Nadala krwawe odciski na lewej dłoni. Dziura głębokości Rowu Mariańskiego przykuwająca uwagę kibiców i dziennikarzy. Kiedy wydawało się, że wszystko jest na dobrej drodze do cudownego ozdrowienia, strzyknęło w krzyżu…

T jak Twitter Tomasa Berdycha – jako tenisista może nie porywa tłumów, ale konto na twitterze ma najlepsze.

U jak Ubranko Tomasa Berdycha – muszę wstawić zdjęcie, bo ciężko to opisać…

tomas berdych

W jak Wreszcie Nowe Twarze – Bouchard, Muguruza Blanco, Kyrgios, Kokkinakis, Thompson – młodzi, zdolni, którzy pokazali się z dobrej strony. I Dimitrov, który w końcu dotrwał do drugiego tygodnia turnieju.

Y jak Yeti – wybaczcie, nic innego nie przychodzi mi do głowy…

Z jak Zbawca Tłumów – Stanislas Wawrinka, od niedzieli bożyszcze internetowych forów tenisowych, zbawca tenisa, rozbił struktury „betonu”, Stan The Man, przed turniejem jeden z wielu, po nim ten jedyny i najwspanialszy, który zniszczył w finale „całe zło tenisa”.  Brawo za tytuł, czekam na dalszy bieg wydarzeń.

Na koniec jeszcze dodatkowe N dla mnie, jako porada na przyszłość – nigdy nie przyznawaj tytułu przed meczem 🙂

„Nieprzespanej nocy znojnej jeszcze mam na ustach ślad”

Dryn, dryn, dryn!!! Przerażający dźwięk budzika przerywa mi piękny sen, w którym w towarzystwie Johnny’ego Deppa sączę drinka na Lazurowym Wybrzeżu. Ciemno wszędzie, głucho wszędzie… Przecieram mocno oczy, bo Johnny nie chce jakoś zniknąć i próbuję odczytać, która jest godzina. Zajmuje mi to zdecydowanie więcej czasu niż ma „jedna Wenta”… Trzecia… Jak to trzecia?! Aha, trzecia… Wstać trzeba, bo na kortach w Melbourne grają już w najlepsze. Po cichutku, powolutku opuszczam sypialniane Lazurowe Wybrzeże i w salonie przenoszę się do pięknej, słonecznej Australii.

Australian Open –  pierwszy wielkoszlemowy turniej roku, dwa tygodnie pod znakiem bezsenności, nieprzytomności w pracy i hektolitrów kawy. Mimo niedogodności związanych z różnicą czasu, najbardziej przeze mnie ukochany. Uwielbiam klimat tego turnieju, publiczność, słońce i upały w środku polskiej zimy (w tym roku wiosny bądź jesieni, jak kto woli). Wspaniale jest otulić się kocem i z kubkiem kawy śledzić zmagania tenisistów i tenisistek na drugim końcu świata. I to nie tylko tych najlepszych. Uwielbiam patrzeć na zmagania tych, których przeznaczeniem i tak jest odpaść szybko, a którzy walczą o drugą rundę jak o życie. Wstaję nawet po to, aby popatrzeć, jak Verdasco lub Almagro (jaka szkoda, że w tym roku go nie będzie) przegrywa kolejny wygrany mecz, a Dimitrov, nadzieja tenisowych wszech galaktyk, odpada w pierwszej rundzie po porażce z najbardziej drewnianym „beztalenciem”. Ot, urok Australian Open.

W tym roku również nie zamierzam odpuszczać. Drabinki turniejowe już dawno spisane, plan gier wyuczony na pamięć, a od pierwszej w nocy wmawiam sobie, że „sen przeraża mnie”. Analizy drabinek tym razem nie będzie. Wystarczy, że fani Nadala i Federera nie kłócą się już tylko o to, który z nich jest wybitniejszym tenisistą, ale także o to, który z nich ma gorsze losowanie w tegorocznym Aussie Open… Fakt, najlepiej nie trafili, ale jakie to ma znaczenie, kiedy ani my, ani oni nie mogą już w tej kwestii nic zmienić…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Oczywiście mam swoich faworytów (tych „obiektywniejszych” i tych „subiektywniejszych”). Wśród mężczyzn są nimi Novak Djoković i Rafael Nadal. Pierwszy broni swojego królestwa i drogę ku temu ma usłaną różami, drugi poprzez ciernie będzie starał się zrzucić go z australijskiego tronu. Na czerwono podkreśliłam Juana Martina del Potro, tyle tylko, że on na czerwono podkreślony był już wiele razy… Murray, Federer i Tsonga zasługują, w moim przekonaniu, co najwyżej na różowy. Dla Berdycha, Ferrera i reszty koloru jeszcze nie wymyślono.

Wśród pań trudno wskazać na kogoś innego jak Serena Williams. Na niekorzyść Amerykanki może działać tylko to, że w ostatnich latach jej starty w Australii nie należały do najbardziej udanych. Tytułu broni Wiktoria Azarenka, ale ciężko jest mi się wypowiadać na temat formy Białorusinki. Sporo przytyła, zmagała się z kontuzją, a końcówka ubiegłego sezonu nie wyglądała w jej wykonaniu najlepiej. Dlatego uważam, że Agnieszka Radwańska lądując akurat w jej ćwiartce, nie trafiła aż tak tragicznie, jak przedstawiają to niektóre media. Sęk w tym, że o formie Agnieszki Radwańskiej także ciężko cokolwiek powiedzieć… Na pewno bacznie będę obserwować Na Li, która w Australii gra naprawdę dobrze.

Mam nadzieję, że przez najbliższe dwa tygodnie ani razu nie pożałuję tego, że tenisiści nie dadzą mi dopić drinka z Johnnym Deppem. Życzę powodzenia Agnieszce, Kasi, Ali, Jerzemu, Łukaszowi, Michałowi, Mariuszowi, Marcinowi i Tomkowi. No i Rafie oczywiście. Kawo przybywaj!

Sereniada

W 2009 roku na łamach portalu Tennis Earth ukazał się artykuł pod tytułem: „When WTA became Williams Tennis Association”. Autor przedstawia w nim losy sióstr Williams od samego początku ich karier, śledzi ich wzloty i upadki, podkreśla role jakie odegrały we współczesnym tenisie i to, w jaki sposób obydwie zdominowały tę dyscyplinę. Całość puentuje stwierdzeniem, że obecnie WTA to siostry Venus i Serena i długo jeszcze taki stan rzeczy się utrzyma.

To było cztery lata temu. Już rok później autor tekstu mógł zwątpić w to, co sam napisał. Venus miała poważne kłopoty z utrzymaniem dobrej formy, do tego pod koniec sezonu zaczęły się pojawiać problemy zdrowotne. Młodsza z sióstr wygrała co prawda Australian Open i Wimbledon, ale kontuzja stopy wykluczyła ją z dalszej części rozgrywek. Rok później było już znacznie gorzej… Obydwie zmagały się z ogromnymi problemami zdrowotnymi: zator płucny Sereny i pustoszący organizm Venus zespół Sjoegrena spowodowały, iż niewielu wierzyło, że którakolwiek z sióstr będzie jeszcze w stanie wrócić na szczyt.

O ile Venus nie zdołała się podnieść (choć uparcie walczy), o tyle Serena wróciła mocniejsza niż kiedykolwiek. Już dwa miesiące po powrocie na kort potrafiła się zameldować w finale US Open (przegrała z Samanthą Stosur). Rok 2012 i 2013 to niekończące się pasmo sukcesów. I choć zdarzają jej się nieliczne wpadki, nikt nie ma wątpliwości, że skrót WTA znów można odczytywać jako Williams Tennis Association.

Tegoroczny sezon był tak naprawdę kontynuacją sezonu poprzedniego. Williams na każdym kroku pokazywała rywalkom, że ma siłę, a one na własnej skórze doświadczały tego, że ma siłę zbyt wielką. Po raz któryś okazało się, że tylko będąca w doskonałej formie Wiktoria Azarenka potrafi przeciwstawić się w pełni dysponowanej i zmotywowanej Williams. Reszta musi niestety liczyć na słabszy dzień Amerykanki. Do nielicznych los się uśmiechnął – Sloane Stephens, po doskonałym meczu, pokonała ją w ćwierćfinale Australian Open, a Sabine Lisicki wyeliminowała ją z walki o kolejny tytuł wimbledoński. I na tym kończy się lista tegorocznych potknięć liderki kobiecych rozgrywek. Lista sukcesów jest nieporównywalnie dłuższa (11 tytułów, w tym dwa wielkoszlemowe). Serena Williams drugi rok z rzędu kończy na pierwszym miejscu w rankingu, a na horyzoncie nie widać na razie nikogo, kto mógłby ją zrzucić z tronu.

Wiktoria Azarenka, Maria Szarapowa, Li Na czy Petra Kvitova to na pewno zawodniczki, które mają narzędzia, aby z Amerykanką walczyć. Jelena Janković i Angelique Kerber także pokazały, że potrafią sprawiać Serenie trudności. Tyle tylko, że mieć narzędzia i sprawiać trudności, to nie do końca to samo, co umieć wygrywać. Wolałabym też, aby te zwycięstwa odnoszone były nie tylko wtedy, kiedy Amerykanka biega na jednaj nodze i bolą ją plecy… Może przyszły sezon czymś mnie zaskoczy, kto wie…

Na koniec słów kilka o najlepszej polskiej tenisistce, Agnieszce Radwańskiej. Tegoroczny sezon nie był na pewno tak udany, jak poprzedni. Na ogromną pochwałę zasługuje postawa na kortach Wimbledonu, gdzie osiągnęła półfinał, i tryumfy w turniejach w Auckland, Sydney i Seulu. Martwić może brak lepszych rezultatów w turniejach rangi Premier Mandatory czy pozostałych turniejach wielkoszlemowych, ale przecież nie jest źle, a może być lepiej. I tego „lepiej” Agnieszce na przyszły rok życzę!

„Zapamiętaj to – pamiętam…”

Tegoroczny sezon tenisowy panów mogłabym podsumować niezbyt wyszukaną wyliczanką: Djoković, Nadal, Murray, Djoković, Nadal, Nadal, Nadal, Murray, Nadal, Nadal, Nadal, Djoković, Djoković, Djoković (kolejność nazwisk nieprzypadkowa)… na kogo wypadnie, na tego-bęc! Trzy nazwiska – czternaście najważniejszych tytułów. I choć od finałowego meczu w londyńskiej O2 Arena minął już niemal tydzień, ciągle nie umiem sobie jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie, jaki tak naprawdę był ten sezon. Miałam nawet pomysł, aby dołączyć do tenisowych forów internetowych, które śledzę od kilku lat i podyskutować o tym trochę, ale po przeczytaniu kolejnej porcji wynurzeń na temat żenującego poziomu obecnych rozgrywek, wyższości jednej epoki nad drugą, jednego tenisisty nad drugim tylko dlatego, że tego pierwszego lubię a tego drugiego wręcz przeciwnie i życzę mu porażki zawsze i wszędzie, o technice, na której wszyscy się znają i  marzeniach o nieśmiertelności Federera, pomysł zarzuciłam i chyba już nigdy do niego nie wrócę. Dorabianie gęby i upupianie, to nie na moje nerwy… Wystarczy, że szargają mi je sportowe emocje.

Wracając do podsumowania tegorocznego sezonu… Co będę z niego pamiętać za kilka, kilkanaście lat (bez pomocy youtuba, wikipedii i czegokolwiek, co w tym czasie jeszcze powstanie)? Zapewne trzeci australijski tryumf z rzędu Novaka Djokovicia, spektakularny powrót Rafaela Nadala i jego ósmy tytuł na kortach Rolanda Garrosa, polski ćwierćfinał Wimbledonu i upragniony tytuł dla Andy’ego Murray’a i… to chyba tyle. Może jeszcze słynne Janowiczowe „How many times?” (dla przypomnienia zapraszam tutaj) i wimbledoński pogrom faworytów…  Jako że moja pamięć raczej nie jest stworzona do zapamiętywania obrazów z konkretnych meczów, umknie mi gdzieś fantastyczny mecz Wawrinki z Djokoviciem z Melbourne, Nadala z Del Potro z Indian Wells, słaniający się na ostatnich nogach Murray i Ferrer w finale turnieju w Miami, lanie jakie Nadalowi zgotował w pierwszym secie rzymskiego mastersa Ernests Gulbis, bezradność Tsongi w półfinale French Open, fantastyczny półfinał Wimbledonu pomiędzy Djokoviciem i Del Potro czy tak samo obsadzony finał turnieju w Szanghaju. Zapewne zapomnę nawet o bardzo słabym sezonie Federera, ponieważ nie jestem tym tak bardzo zaskoczona jak niektórzy fani Szwajcara. Taka jest po prostu kolej rzeczy. Na pewno nie zapamiętam nowych twarzy, młodych graczy depczących czołówce (lub „betonowi”, jak kto woli) po piętach. Ale w tym przypadku to nie moja pamięć będzie problemem, takich graczy po prostu brak. Milos Raonić błysnął dwa lata temu w Australii, Janowicz w roku ubiegłym w Paryżu, w tym trzeba było sięgać do challengerów lub jeszcze niżej, aby odpocząć od obecnych ciągle na naszych ekranach tych samych twarzy. Dobrze przynajmniej, że „starsi panowie” nie dają za wygraną i wciąż odnoszą sukcesy. Tegoroczne wyniki Tommy’ego Haasa, Tommy’ego Robredo, Nicolasa Mahuta, Michaiła Jużnego czy Carlosa Berlocqa zasługują na duże wyrazy uznania.

Był to kolejny sezon, w którym dominacja Nadala i Djokovicia nie podlegała żadnej dyskusji. Spotkali się w tym roku sześciokrotnie (bilans spotkań 3-3), a ich przewaga nad kolejnymi w rankingu Ferrerem i Murray’em wynosi ponad 6000 punktów! Od połowy sezonu wiadomo było, że Nadal ma „jedynkę” na wyciągnięcie ręki. Gra o tron jaką toczyli obydwaj zawodnicy była jednak niezwykła, bo pomimo tego, że Hiszpan wrócił na szczyt we wrześniu, tak naprawdę do końca sezonu nie mógł być pewien, czy na nim zostanie. Serb nie zamierzał ułatwiać mu zadania, ale Nadal prowadzenia nie oddał.

Ciąg dalszy owej gry o tron czeka nas zapewne w przyszłym sezonie. O oczekiwaniach wobec niego napiszę innym razem, ale kiedy pomyślę o cudownym australijskim słońcu wyzierającym w środku nocy z ekranu telewizora, to stycznia już się doczekać nie mogę…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Vamos Rafa!

„Nie wiem, czy jest coś w życiu, co daje takie emocje, jak wygrana, w dowolnej dyscyplinie sportu i na dowolnym poziomie. Nie ma drugiego uczucia tak intensywnego ani tak radosnego. A im bardziej się łaknie zwycięstwa, tym większe jest uniesienie, kiedy się uda je odnieść”. Ostatnie zwycięstwo autora tych słów oraz jego emocjonalna reakcja tuż po tryumfie udowadnia, że mówił szczerą prawdę.

Rok temu Rafael Nadal oglądał mecz finałowy US Open siedząc przed telewizorem w domu na Majorce. Nikt nie wiedział wtedy, czy Hiszpan jeszcze kiedykolwiek pojawi się na korcie, nie mówiąc już o odnoszeniu zwycięstw w wielkich turniejach na twardej nawierzchni. Odnowiona po raz kolejny kontuzja kolana była na tyle poważna, że Nadal odwołał przygotowywany z wielkim namaszczeniem mecz pokazowy na Santiago Bernabéu, zrezygnował z udziału w igrzyskach olimpijskich, a później w otwartych mistrzostwach Stanów Zjednoczonych. Co więcej, po sensacyjnej porażce w drugiej rundzie Wimbledonu z Lukášem Rosolem, nie oglądaliśmy go aż do lutego roku bieżącego. Brak Hiszpana w rozgrywkach był odczuwalny. David Ferrer, który pod jego nieobecność wskoczył na czwarte miejsce w rankingu, mimo iż waleczny, pracowity i nieustępliwy, ponosił w wielkoszlemowych półfinałach sromotne klęski, nijak nie mogąc zastąpić swego bardziej utytułowanego kolegi z reprezentacji. Rozgrywki zdominowali Djoković, Murray i będący jeszcze w ubiegłym roku w dobrej formie Roger Federer. Czwartego do brydża nie było.

Plany powrotu Rafy na turniej wielkoszlemowy w Australii także spaliły na panewce. Pojawiły się głosy, że Rafa już nie wróci, ale – ku uciesze większości kibiców tenisa – wrócił. A powrót ten jest niebywały! Kiedy oglądałam jego pierwszy występ po powrocie, przez myśl mi nie przeszło, że Hiszpan tak zdominuje tegoroczne rozgrywki. Na małym turnieju w chilijskim Viña del Mar Nadal źle się poruszał, widać było, że zatracił dynamikę, a obandażowane kolano pokazywało, że wcale nie musi być z nim tak dobrze, jak zapewnia otoczenie Hiszpana. Jednak z meczu na mecz Rafael się rozkręcał. Dotarł do finału w singlu i w deblu i… obydwa przegrał. Jego singlowy pogromca, Horacio Zeballos, znajduje się na zaszczytnej liście trzech zawodników, którym w tym sezonie udało się go pokonać. W dalszych swych występach Nadal zaskakiwał bowiem cały tenisowy świat, wujka Toniego i siebie samego.

Po porażce z Zeballosem wygrał turnieje w São Paulo, Acapulco i Indian Wells. W Monte Carlo, jego królestwie, z tronu zrzucił go po ośmiu latach Novak Djoković, ale majorkański czołg jechał dalej, podbijając po drodze Barcelonę, Madryt i Rzym. Wszyscy zaczęli się zastanawiać, czy wystarczy mu paliwa na turniej Rolanda Garrosa. Ale paliwa było w baku pod dostatkiem. Po fascynującym pięciosetowym półfinale z Djokoviciem, niemal pewnym było, że Rafael Nadal przejdzie do historii jako jedyny tenisista, który wygrał konkretny turniej wielkoszlemowy aż osiem razy. Przypieczętował to, pokonując w finale Davida Ferrera.

Zadyszka pojawiła się podczas Wimbledonu, ale z dzisiejszej perspektywy, porażka w pierwszej rundzie ze Stevem Darcisem, była zbawienna. Dodatkowy odpoczynek sprawił, że od początku sierpnia najważniejsze turnieje znowu padają łupem Nadala. Wygrał w Montrealu i Cincinnati. Był więc najpoważniejszym kandydatem do zwycięstwa na kortach Flushing Meadows. Tak jak w przypadku Wimbledonu, zacierano ręce na myśl o ćwierćfinałowej potyczce Hiszpana z Rogerem Federerem, ale i tym razem do konfrontacji nie doszło. Szwajcarski arcymistrz odpadł rundę wcześniej z Tommym Robredo, z którym do tego momentu przegrał tylko trzy sety w dziesięciu spotkaniach… Trzeba było zatem obejść się smakiem, choć od pewnego czasu rywalizacja ta jest do bólu przewidywalna, a fajerwerków w niej jak na lekarstwo. Ma jednak jakąś magię, która powoduje, że stadiony zapełniają się po brzegi, a ja zarywam kolejną noc…

Nadal dotarł do finału bez większych problemów. Stracił jednego seta z Kohlschreiberem i został przełamy tylko raz (sztuka ta udała się Gasquetowi w półfinale). Ale w najważniejszym meczu czekał rywal najgroźniejszy, lider rankingu, zmora z roku 2011, Novak Djoković. Serb może we wcześniejszych meczach nie błyszczał, ale wiedziałam, że w finale będzie niesamowicie groźny. I był! Po nieudanym pierwszym secie, którego przegrał 2:6, ruszył do ataku, przejął kontrolę nad meczem i doprowadził do remisu. Panował też na początku seta trzeciego, ale Nadal nie byłby sobą, gdyby nie walczył do końca jak lew. Po tym, jak w dziewiątym gemie obronił trzy piłki na przełamanie, wygrał gema serwisowego Serba i wyszedł na 2:1 w setach. W czwartym Novak zdołał wygrać już tylko jednego gema.

Po trzynastym zwycięstwie w turnieju wielkoszlemowym, drugim w US Open, Nadal płakał jak dziecko. Wszystkie emocje, jakie targały nim przez ostatni rok, znalazły ujście. Kontuzja, złe diagnozy lekarzy, opinie, że już nigdy nic wielkiego nie wygra, to historia. Wrócił, wygrał dziesięć z trzynastu turniejów, w których startował, w tym dwa wielkoszlemowe, bilans meczów: 60:3, w tym z graczami pierwszej dziesiątki rankingu: 10:1, na kortach twardych jest na razie niepokonany. Ma niemal zapewnioną pozycję lidera rankingu na koniec sezonu, a przecież nie grał w Australii i odpadł w pierwszej rundzie Wimbledonu. Można Hiszpana lubić, bądź nie, nie każdemu pasuje jego tenis, nie każdemu pasuje on sam, ale za wynik trzeba go szanować.

Rafael Nadal buduje dalej swoją legendę i goni wielkiego Samprasa i jeszcze większego Federera. Czy dogoni? Trudno prorokować. Jeżeli zdrowie mu pozwoli, ma na to duże szanse. Ja trzymam za niego kciuki…