Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o Soczi, ale baliście się zapytać (część II)

XXII Zimowe Igrzyska Olimpijskie w Soczi przeszły do historii. Znicz zgasł 23 lutego. Podsumowań było już bez liku. Zasypana zostałam nimi dzień po zakończeniu imprezy. „Podziwiam” dziennikarzy, którzy w cztery godziny potrafią skrzętnie przeanalizować dwa tygodnie zmagań w 98 konkurencjach z 15 różnych dyscyplin… Zapewne dlatego ich artykuły są takie rzetelne, merytoryczne, pełne „poprawnych” nazwisk i wyników. Czasem nawet płeć zdarzało im się komuś zmienić i niemiecką biathlonistkę Evi Sachenbacher-Stehle czynili niemieckim biathlonistą Evim Sachenbacher-Stehle. Cóż, w końcu żyjemy w dobie „ideologii gender”.

Ja dałam sobie nieco więcej czasu, aby wszystko przemyśleć. Nie gonią mnie terminy, nie muszę pisać artykułu na kolanie czy na masce samochodu, czym chwalił się pewien redaktor. Może nie wyjdzie mi lepiej, ale płci, nazwisk i wyników na pewno nie pomylę.

Od 7 do 23 lutego byliśmy świadkami niezwykłego spektaklu w wykonaniu sportowców z całego świata. Walki z rywalami, z samym sobą, z kontuzjami, z chorobami, z warunkami atmosferycznymi… Byli niespodziewani zwycięzcy i pechowi przegrani, potęgi światowego sportu, żywe legendy walczyły bark w bark ze sportowcami z egzotycznych, zupełnie „niezimowych” krajów, którym idea Pierre’a de Coubertina pozwala spełniać swoje sportowe marzenia. Mieli różne cele do zrealizowania, ale walczyli równie mocno. Słynna skrzypaczka Vanessa Mae, reprezentująca w Soczi kraj ojca, Tajlandię, i występująca pod jego nazwiskiem – Vanakorn, ukończyła slalom gigant na ostatnim miejscu ze stratą 50 sekund do zdobywczyni złotego medalu, Słowenki Tiny Maze, ale radość obydwu na mecie była porównywalna. Meksykański książę o niemieckim rodowodzie i światowej klasy fotograf w jednym – Hubertus von Hohenlohe – slalomu wprawdzie nie ukończył, ale pochwalił się oryginalnym strojem, a z samego uczestnictwa w piątych dla niego igrzyskach cieszył się jak dziecko. Nepalski mnich Dachhiri Sherpa był wielce uradowany, gdyż biegu na 15 km stylem klasycznym nie ukończył jako ostatni. Sukcesy tych zawodników nie porywają tłumów, ale dla nich samych znaczą tyle, co dla wielkich gwiazd złoty medal… A może nawet więcej…

Gwiazdy tegorocznych igrzysk stworzyły całkiem sporą konstelację. Najjaśniej świeci w niej postać pochodzącego z Korei Południowej Rosjanina Wiktora Ana. Specjalizujący się w short tracku zawodnik zdobył w Soczi trzy medale złote i jeden brązowy. Mocno błyszczą także norweska biegaczka narciarska – Marit Bjoergen oraz biathlonistka z Białorusi – Daria Domraczewa. Obydwie trzykrotnie dekorowane były złotym krążkiem. Warto wspomnieć, że wszystkie medale Białorusinka zdobyła w konkurencjach indywidualnych (bieg pościgowy, bieg indywidualny i bieg masowy). Marit Bjoergen tryumfowała indywidualnie w biegu łączonym oraz biegu na 30 km stylem dowolnym. Trzeci złoty medal zdobyła wspólnie z Ingvild Flugstad Oestberg w drużynowym sprincie techniką klasyczną. Po tegorocznych sukcesach Marit została najbardziej utytułowaną zawodniczką w historii zimowych igrzysk olimpijskich (medale: 6 złotych, 3 srebrne, 1 brązowy).
W gwiazdozbiorze, z dorobkiem dwóch złotych i trzech srebrnych medali, znalazła się również holenderska panczenistka Ireen Wust. Po jej bokach stanęli francuski biathlonista Martin Fourcade oraz kolega z panczenowej drużyny Sven Kramer. Obaj z dwoma złotymi i jednym srebrnym medalem na piersi. Bohater igrzysk w Soczi, zdobywca dwóch tytułów mistrzowskich, najbardziej utytułowany zawodnik zimowych zmagań olimpijskich (łącznie 13 medali olimpijskich, w tym 8 złotych), biathlonista Ole Einar Bjoerndalen, zdaje się lśnić w tym towarzystwie wyjątkowym blaskiem.

Polska wykroiła sobie całkiem spory kawałek owej potężnej konstelacji. Dwa złote medale Kamila Stocha w skokach narciarskich, złoty medal Justyny Kowalczyk w biegu na 10 km techniką klasyczną, złoto Zbigniewa Bródki w biegu na 1500 m łyżwiarzy szybkich oraz srebrny medal dryżyny panczenistek i brąz drużyny panczenistów sprawiły, że igrzyska olimpijskie w Soczi były najlepszymi w historii zimowymi igrzyskami w wykonaniu Polaków. Do tego roku polscy sportowcy uzbierali dwa złote, sześć srebrnych i sześć brązowych medali. Ogromnie gratuluję wszystkim sukcesów, bo w kraju, w którym sport ciągle opiera się na wybitnych jednostkach, w którym stworzenie porządnego systemu szkolenia młodzieży nadal pozostaje w sferze marzeń, gdzie, oprócz stadionów, brakuje treningowej infrastruktury, o finansowaniu nie wspominając, o rozwój sportowy na światowym poziomie jest naprawdę bardzo ciężko.

Były chwile wielkiej radości, ale były też chwile smutku i zadawania sobie pytania „dlaczego?”. Dlaczego polscy biathloniści biegają tak słabo, że plasują się na ostatnich miejscach? Dlaczego bobsleiści mają sprzęt sprzed ery dinozaurów? Dlaczego polscy snowboardziści wyglądają przy swoich rywalach jak dzieci we mgle? Po części odpowiedziałam na te wszystkie pytania w akapicie powyżej, ale przykro było na niektórych naszych reprezentantów patrzeć.

Zawodzili nie tylko reprezentanci Polski, po których i tak ciężko się było spodziewać sukcesów. Nieudane występy zaliczyły takie tuzy światowego sportu, jak Aksel Lund Svindal, Petter Northug czy Kaisa Mäkäräinen. Niektórych szansy na sukces pozbawiły nieszczęśliwe upadki, jak w przypadku sprinterskiej sztafety Niemiec w biegach narciarskich, niektórym nieszczęśliwe upadki innych dały medal, jak w przypadku szwedzkiego sprintera Emila Joenssona. Szwajcar Dario Cologna złamał nartę na kilkaset metrów przed metą biegu na 50 km, w ćwierćfinale męskiego skicrossu po ostatnim skoku wywróciło się trzech zawodników i linię mety przekroczyli na brzuchach nie mając pojęcia, któremu z nich udało się awansować dalej. Były też niestety liczne kontuzje. Często na tyle poważne, że po czterech latach intensywnych przygotowań szansa na sukces odpływała w siną dal… Emocji nie brakowało.

Piękne areny olimpijskie gościły niemal trzy tysiące barwnych postaci z całego świata. Hokeistów bez zębów, norweskich curlerów w kolorowych spodniach, skeletonistów w niesamowitych kaskach, wygimnastykowanych do granic możliwości snowboardzistów i specjalistow od narciarstwa dowolnego. Niektórzy pośmiali się z jednego olimpijskiego koła, które nie otworzyło się podczas ceremonii otwarcia, niektórzy ponarzekali na jakość śniegu, inni poopalali się pod palmami… Oczywiście były też i ciemniejsze strony… Przypadki dopingu (do tej pory ujawniono 6), reakcja Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego na czarne opaski, jakie założyły norweskie biegaczki, aby uczcić pamięć brata koleżanki z reprezentacji czy sytuacja polityczna na Ukrainie, która miała wpływ na odbiór zawodów. Całość imprezy oceniam jednak bardzo pozytywnie. Lepiej niż tę sprzed czterech lat w Vancouver…

Jeszcze na koniec… Była jedna ciemna strona igrzysk, której przemilczeć nie mam zamiaru. Jakość transmisji jakimi uraczyła kibiców polska telewizja publiczna. Żenujący poziom komentarza, nieznajomość nazwisk sportowców z dyscypliny, którą się właśnie komentuje, brak przygotowania do transmisji, mylenie pojęć i faktów, chwalenie się wiedzą, której się nie ma, doprowadzający do szału kabaret w studio i goście nie z tej ziemi. To co wyprawiali komentatorzy biegów, panowie Babiarz i Jóżwik, wołało o pomstę do nieba. To co wyprawiali w studio pan Kurzajewski i pani Chylewska również. O panu Szczęsnym komentujacym narciarstwo alpejskie strach w ogóle wspominać. „Nisko na krawędziach” tłucze mi sie po głowie do dzisiaj…

Jutro początek zmagań paraolimpijskich. Trzymam kciuki i życzę wszystkim, aby spełniły się ich olimpijskie marzenia. Przy okazji pozdrawiam gorąco pana Andrzeja Szczęsnego, paraolimpijczyka z Sieniawy. Sąsiada zza miedzy…

Reklamy

Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o Soczi, ale baliście się zapytać (część I)

„Drobna garsteczka człowieka w trudzie się wielkim przesila,
Z nóg setki kroków wyrzuca i setki oddechów z płuc,
Na bieżni kręci się w koło wielka za milą mila,
Jakież olbrzymie zmęczenie trzeba na drodze tej zmóc?!”

(Kazimierz Wierzyński, „Spartanin”)

W 1927 roku polski skamandryta, Kazimierz Wierzyński, wydał tomik poezji „Laur olimpijski”. Zbiór szesnastu wierszy o tematyce sportowej i emocjach ze sportem związanych postanowił zgłosić rok później do olimpijskiego konkursu sztuki i literatury, odbywającego się w ramach IX Igrzysk Olimpijskich w Amsterdamie. Zadanie przetłumaczenia utworów z języka polskiego powierzono dziennikarzowi. Ten zadanie wykonał na tyle dobrze, że Wierzyński za „Laur olimpijski” zdobył w 1928 roku złoty medal olimpijski, ale podczas tłumaczenia pominął jeden z wierszy – „Skok w dal”. Po sukcesie w Amsterdamie dzieło Wierzyńskiego zaczęto tłumaczyć na wiele języków, ale błąd polskiego dziennikarza zaowocował tym, że „Skoku w dal” nikt w „Laurze olimpijskim” nie ujął… Na nic zdały się starania samego poety o przywrócenie szesnastego wiersza do tomiku, który przyniósł mu międzynarodową sławę, błędu dziennikarza nie udało się naprawić…

Dzisiaj nie ma już olimpijskich konkursów literackich, a poeci rzadko piszą o sporcie. Za to na dziennikarzy można liczyć do tej pory. Ileż jednozdaniowych, źle przetłumaczonych artykułów, ileż zapierających dech w piersiach zdjęć z rosyjskich toalet, ileż błędnie podpisanych zdjęć… Jednemu przeszkadza niezamontowana jeszcze plazma, drugiemu, że zablokowali mu witrynę, na której prowadzi blog i będzie nas mógł uraczyć swoimi soczijskimi absurdami dopiero po igrzyskach, trzeciemu przeszkadza wszystko … Byle szybciej, byle więcej, byle zaistnieć na twitterze. Kabaretowa działalność w toku. Brakuje jeszcze Sebastiana Szczęsnego na motorowerze podążającego w ślad za obolałą stopą Justyny Kowalczyk. Bardzo żałuję, że tylko nieliczni przebywający na XXII Zimowych Igrzyskach Olimpijskich w Soczi zadali sobie trud i napisali o bohaterach tej imprezy, sportowej rywalizacji, atmosferze panującej w Soczi i swoich oczekiwaniach, co do dyscyplin, którymi się zajmują.

Podjęłam więc rękawicę i na mym skromnym blogu, postaram się sobie samej, a może chociaż troszkę i Wam, przybliżyć rozpoczynające się dzisiaj XXII Zimowe Igrzyska Olimpijskie w Soczi.

Soczi to położony tuż przy granicy z Gruzją największy letni kurort w Rosji. Miasto, otoczone przez góry Kaukaz i Morze Czarne, będzie pierwszym w historii organizatorem zimowych igrzysk w klimacie subtropikalnym. Niech więc nikogo nie zdziwią palmy przy lodowisku. O organizację najbardziej prestiżowego wydarzenia sportowego świata Soczi ubiegało się już w 2002 roku. Wtedy, mimo wniosku z największym  budżetem, nie dostało się do ścisłej czołówki, a igrzyska przyznano Salt Lake City. W wyścigu o tegoroczne igrzyska pokonało natomiast Ałmaty, Bordżomi, Jacę, Sofię a w drugim etapie Pyeongchang i Salzburg. Decyzję o przyznaniu Rosji prawa organizacji zimowych igrzysk 2014 roku Międzynarodowy Komitet Olimpijski ogłosił 4 lipca 2007 roku podczas sesji w Gwatemali.

Rosjanie podjęli się ogromnego wyzwania, jakim było zbudowanie od podstaw wszystkich olimpijskich obiektów. W samym Soczi, w którym odbywać się będą konkurencje „lodowe”, powstały:

  • Stadion Olimpijski „Fiszt” (40 000; ceremonia otwarcia i zamknięcia igrzysk)
  • Ledowyj Dworiec „Bolszoj” (12 000; hokej na lodzie)
  • Dworiec Zimniego Sporta „Ajsberg” (12 000; łyżwiarstwo figurowe, short track)
  • Adler-Ariena (8 000; łyżwiarstwo szybkie)
  • Ledowaja Ariena „Szajba” (7 000; hokej na lodzie)
  • Kiorlingowyj Centr „Ledianoj kub” (3 000; curling)
  • Płoszczad „Miedał Płaza’ (40 000; ceremonie medalowe)

Do tego obiekty treningowe, centrum prasowe i telewizyjne.

Druga część igrzysk, konkurencje „śniegowe”, będzie się odbywać w oddalonej o 40 km od Soczi Krasnej Polanie, gdzie powstały:

  • Gornołyżnyj Centr „Roza Chutor” (10 000; narciarstwo alpejskie)
  • kompleks „Łaura” (9 600; biathlon, biegi narciarskie, kombinacja norweska)
  • kompleks „Russkije Gorki” (9 600; kombinacja norweska, skoki narciarskie)
  • Centr Sannogo Sporta „Sanki” (9 000; bobsleje, saneczkarstwo, skeleton)
  • Ekstrim-Park „Roza Chutor” (8 000; narciarstwo dowolne, snowboard)

W wioskach olimpijskich zamieszka blisko trzy tysiące sportowców z 88 krajów, którzy rywalizować będą w 98 konkurencjach w 15 dyscyplinach (K- kobiety, M-mężczyźni):

  • BIATHLON – bieg sprinterski (K i M), bieg pościgowy (K i M), bieg masowy K i M), bieg indywidualny (K i M), sztafeta (K i M) oraz sztafeta mieszana (K+M, debiut w igrzyskach olimpijskich)
  • BIEGI NARCIARSKIE – bieg indywidualny (K i M), bieg łączony (K i M), bieg masowy (K i M), sprint (K i M), sprint drużynowy (K i M), sztafeta (K i M)
  • BOBSLEJE – dwójki (K i M), czwórki (M)
  • CURLING – turnieje kobiet i mężczyzn
  • HOKEJ NA LODZIE – turnieje kobiet i mężczyzn
  • KOMBINACJA NORWESKA – skoki na skoczni normalnej + bieg na 10 km (M); skoki na dużej skoczni  + bieg na 10 km (M); skoki drużynowe na dużej skoczni + bieg 4*5 km
  • ŁYŻWIARSTWO FIGUROWE – zawody drużynowe (solista+solistka+para sportowa+para taneczna; debiut w igrzyskach olimpijskich), soliści, solistki, pary sportowe, pary taneczne
  • ŁYŻWIARSTWO SZYBKIE – 500 m (K i M), 1000 m (K i M), 1500 m (K i M), 3000 m (K), 5000 m (M), 5000 m (K), 10000 m (M), drużyna (K i M)
  • NARCIARSTWO ALPEJSKIE – zjazd (K i M), slalom specjalny (K i M), slalom gigant (K i M), supergigant (K i M), superkombinacja (K i M)
  • NARCIARSTWO DOWOLNE – skicross (K i M), jazda po muldach (K i M), skoki akrobatyczne (K i M), half-pipe (K i M, debiut na igrzyskach olimpijskich), slopestyle (K i M, debiut na igrzyskach olimpijskich)
  • SANECZKARSTWO – jedynki (K i M), dwójki (M), sztafeta (jedynki K + jedynki M + dwójki M, debiut na igrzyskach olimpijskich
  • SHORT TRACK – 500 m (K i M), 1000 m (K i  M), 1500 m (K i M), sztafeta (K i M)
  • SKELETON – ślizgi kobiet i mężczyzn
  • SKOKI NARCIARSKIE – skoki na skoczni normalnej (K – debiut na igrzyskach olimpijskich; M), skoki na skoczni dużej (M), skoki drużynowe na skoczni dużej (M)
  • SNOWBOARD – snowcross (K i M), slalom równoległy (K i M, debiut w igrzyskach olimpijskich), slalom gigant równoległy (K i M), slopestyle (K i M), half-pipe (K i M)

Najliczniej reprezentowane będą Stany Zjednoczone (230 osób), Rosja (225 osób), Kanada (221 osób) oraz Niemcy (153 osoby). Reprezentacja Polski liczy 59 osób.

Wyliczać można by jeszcze wiele: ile Rosjanie na igrzyska wydali, ile na nich zarobią, ile szans medalowych mają poszczególne reprezentacje, ile medali zdobędą Polacy… Jednak na pierwsze medale wystarczy poczekać do jutra, a rosyjskie sprawy finansowe naprawdę mało mnie teraz interesują. Mogę do nich wrócić przy okazji tematu o planach zorganizowania igrzysk w Krakowie (pomysł, według mnie, absurdalny…). Liczę na wspaniałe sportowe widowisko, na wielkie emocje, na łzy radości, na walkę do ostatnich sił… Bohaterom najbliższych dwóch tygodni życzę zdrowia, siły i wytrwałości w dążeniu do celu. Trzymam kciuki za tych, którzy medali mogą zdobyć wiele, jak i za tych, którzy na ich zdobycie szans nie mają. Święto śnieżnych zmagań czas zacząć!

A dziennikarzom życzę weny twórczej, większej dawki optymizmu i przypominam fragment zapomnianego przed laty wiersza…

„Każdym mięśniem powietrza pokonuje opór. 
Jest samą wolą skoku, wzbija się, we wrzasku
Entuzjazmu stadionu leci – i jak topór 
Spada. Dal zatrzymuje na chrzęszczącym piasku”

(Kazimierz Wierzyński, „Skok w dal”)

P.S. Bardzo żałuję, że Eurosport nie posiada w tym roku praw do transmisji igrzysk… Już ceremonia otwarcia kosztuje mnie wiele nerwów… Przy opowieściach Pana Jóźwika o wysiłku beztlenowym i hokeju komentowanym przez Pana Szpakowskiego wrócę chyba do czasów kina niemego… 😉

Kuningaskotka

Gdyby zapytać moich bliskich o to, kto był/jest moim ulubionym sportowcem, nie zastanawialiby się nad odpowiedzią zbyt długo. Od Mamy usłyszelibyście krótkie „Janne Ahonen”. Tata uraczyłby Was długą opowieścią o tym, jak jego córka traciła wszystkie nerwy kibicując „Aho”, doprowadzając przy tym do szału wszystkich kibicujących Małyszowi. Brat mógłby dodać, że wpadłam w szał, kiedy pobazgrał mi w przypływie złości plakat „Maski”, a młodsza Siostra przytoczyłaby zapewne historię o podstawówkowych poematach na temat „Ejdżeja”. Licealna przyjaciółka, Ula, opowiedziałaby Wam o naszej wojnie Schmittowo-Ahonenowej, a znajomi ze studiów, o szaleństwie, jakie wybuchło w akademiku, kiedy w 2005 roku, w dniu moich urodzin, Ahonen zdobył tytuł mistrza świata. Mąż natomiast, w swoim ironicznym stylu, powiedziałby Wam, że to na pewno ten, przez którego wredna Żona pisze mu czasami listę zakupów w języku, który przyprawia go o ból głowy… Wiele lat, wiele historii, jedno nazwisko: Ahonen.

Janne Ahonen 2

Kiedy w styczniu dowiedziałam się, że Fin po raz drugi chce wrócić do skakania, pomyślałam, że to jakaś dziennikarska kaczka. Ale teorię kaczki obalił natychmiast wywiad z Ahonenem w fińskiej telewizji. A mnie ogarnęła euforia! Nie stękałam jak inni, że to pomysł jest szalony, że nie warto po raz któryś próbować tego, co już raz się nie udało, że to rozmienianie sławy na drobne… Przypomniał mi się plakat, poematy, fińska wódka po wygranym po raz piąty Turnieju Czterech Skoczni, skoki bez absurdalnych rekompensat za wiatr, śnieg, promieniowanie słoneczne i bogowie wiedzą, co jeszcze i bardzo się ucieszyłam, że będę mogła znowu Fina oglądać na skoczniach świata. To, że mało kto wierzy w to, że uda mu się spełnić marzenie o indywidualnym medalu olimpijskim sprawia, że kibicuję mu jeszcze bardziej.

Niektórzy twierdzą, że chęć zdobycia indywidualnego medalu olimpijskiego wręcz go opętała… Nie wiem, czy opętała, ale jego brak w jakiś sposób Ahonenowi ciąży. Brał udział w pięciu takich imprezach (począwszy od Lillehammer w 1994 roku) i trzy razy indywidualnie był… czwarty, przegrywając brąz o dziesiętne części punktu… Jedni sportowcy stwierdzają, że tak widocznie miało być i godzą się z zaistniałą sytuacją, Janne Ahonen twierdzi, że jeżeli nie spróbuje jeszcze raz, będzie tego żałował do końca życia. Pierwsza próba powrotu (Janne ogłosił zakończenie kariery 26 marca 2008 roku, 8 marca 2009 roku obwieścił powrót) przyniosła drugie miejsce w Turnieju Czterech Skoczni, (znowu) czwarte miejsce na Igrzyskach Olimpijskich w Vancouver oraz kontuzję, która wpłynęła na decyzję o ponownym zakończeniu kariery w marcu 2011 roku. Fin zdaje sobie sprawę, że i tym razem  może się rozczarować, ale jednocześnie wierzy w siebie i tym razem wszystko podporządkował przygotowaniom do sezonu. Zrezygnował z ukochanych wyścigów dragsterów i powierzył innym sprawy związane z prowadzeniem Ahonen Racing Team (założony przez Janne w 2011 roku zespół wyścigowy, w skład którego wchodzi niemal cała jego rodzina, z mamą, odpowiedzialną za catering, włącznie. Zainteresowanych odsyłam do strony www.artsports.fi; strona tylko w języku fińskim).

Janne-Ahonen-DRO

Na słowa dziennikarzy o tym, że jest za stary na skakanie (ma 36 lat) na światowym poziomie żartuje, że przy Noriakim Kasai jest przecież młodzieniaszkiem (Japończyk ma 41 lat). Bo wbrew obiegowym opiniom Janne poczucie humoru ma. Co prawda, zasłynął zdaniem: „Jesteśmy tu po to, aby skakać, a nie po to, żeby się uśmiechać”, a o jego „uśmiechu” powstała nawet piosenka (zamieszczam poniżej), ale jest osobą chętnie udzielającą się w rozrywkowych fińskich programach.

Mam nadzieję, że po tym sezonie Janne Ahonen do swej autobiografii „Kuningaskotka” („Królewski Orzeł”) będzie mógł dopisać kolejną porcję ciekawych doświadczeń. Najlepiej, obok licznych tytułów mistrza świata, tryumfów w Turnieju Czterech Skoczni, rekordowej ilości miejsc na podium Pucharu Świata, skakania po pijanemu, palenia papierosów w celu zagłuszenia głodu, przekraczania prędkości o 115 km/h i tłumaczenia dziecku, dlaczego tata nie je w domu obiadu, będzie wyglądała wzmianka o zdobyciu wymarzonego indywidualnego medalu olimpijskiego. Lataj więc, Królewski Orle, abym i ja za parę lat mogła dodać do tej historii kilka toastów po sukcesach. A może i jakiś plakat lub poemat się znowu pojawi, co Ty na to Siostrzyczko? 🙂

Janne Ahonen

P.S. Na koniec filmik, który fińscy skoczkowie nakręcili w ubiegłym roku… Żal patrzeć na to, co się stało z taką potęgą skoków narciarskich… Czy Janne Ahonen będzie lekiem na całe zło?