Kurki, Kurki, do domu!

Chciałabym móc napisać w pierwszym zdaniu, że od dzisiaj cała Polska żyje rozpoczynającymi się wieczorem na Stadionie Narodowym w Warszawie Mistrzostwami Świata w Piłce Siatkowej Mężczyzn. Ale zrobić tego nie mogę, bo to po prostu nieprawda. Przykro patrzeć na to, jak potencjał tak wielkiego sportowego wydarzenia, jakim jest niewątpliwie siatkarski mundial, jest przez organizatorów marnowany na każdym kroku…

Zakodowanie transmisji z mistrzostw odbywających się w Polsce jest dla mnie czymś niewytłumaczalnym i niewybaczalnym. Przeczytałam wiele artykułów i opinii na ten temat i najbardziej ubawiłam się przy twierdzeniu, że każdy prawdziwy fan siatkówki ma już przecież w domu dekoder Cyfrowego Polsatu, więc oburzać się nie ma o co. A ja fanem jestem i dekodera nie mam, drodzy nieoburzeni. Mam sześć kanałów Polsatu, w tym trzy sportowe, ale mistrzostw w nich nie obejrzę. Płacę za nie, ale drodzy prezesi mają wielu takich jak ja w głębokim poważaniu. Ludziom, którzy zapełniając szczelnie trybuny (za własne, niemałe często pieniądze!), sprawili, że sponsorzy nie uciekli od dyscypliny w mniej obfitych w sukcesy latach, pokazano środkowy palec. Za to chełpić się wysoką oglądalnością Ligi Światowej, do której swój kamyczek dorzuciłam i ja, i wielu innych wystawionych teraz do wiatru, zawsze ma kto… Nie jestem sobie w stanie wyobrazić podobnej sytuacji w żadym innym kraju.
O zamieszaniu związanym z negocjacjami z TVP nie piszę specjalnie, ponieważ telewizja publiczna w całej tej sprawie nie postąpiła wiele lepiej od swojego komercyjnego kolegi. Zamiast palca chcieli dłoń, a dostali figę z makiem.
Przemilczę także ogromnych rozmiarów finansowe bagno, jakie rozlało się wokół całego przedsięwzięcia…

Promocja imprezy również mocno kuleje. Mieszkam kilka kilometrów od Warszawy, gdzie już wieczorem – meczem z Serbią – Polacy rozpoczną bój o najwyższe laury. Żadnych plakatów, żadnych billboardów, żadnych informacji… Głucha cisza… I papierków, jak przed Euro 2012, nikt nie zbiera… Dworca nikt nie odmalował…
Jedyne strefy kibica powstaną w miastach-gospodarzach. W Warszawie będzie ona, uwaga, płatna! Reszta nie jest zainteresowana wydawaniem grubej gotówki na wykupienie praw do telebimowych transmisji od Polsatu…

Do tego:

  • kuriozum w postaci rozgrywania meczów „polskiej” grupy w maleńkiej Hali Stulecia we Wrocławiu;
  • słowa prezesa Polskiego Związku Piłki Siatkowej, pana Przedpełskiego, o tym, że fakt, iż w Brazylii skradziono trofeum dla zwycięzcy mistrzostw, to dobra rzecz, bo wypromuje polską imprezę na całym świecie;
  • okropny hymn imprezy (wielbiciele niech wybaczą) nagrany przez „szafiarko-blogerko-piosenkarkę”, niejaką Margaret (klik), który „wspaniałemu” hymnowi Euro 2012 – „Koko Euro Spoko” (dla przypomnienia, klik) – do pięt nie dorasta.

A skoro już jestem przy kurkach… Oliwy do ognia dolał także trener polskiej reprezentacji, Stéphane Antiga, który nie powołał do wąskiego składu zasłużonego Bartosza Kurka. Wybuchła afera, w której jedni stawali murem za selekcjonerem, a drudzy wylewali mu po tej decyzji wiadro pomyj na głowę. Powiedziano już w tej sprawie o wiele za dużo, zdążono zmieszać z błotem i jednego, i drugiego… Ja nie chcę stawać po stronie któregokolwiek z nich, bo tylko sami zainteresowani wiedzą, w czym tkwią szczegóły takiego, a nie innego obrotu sprawy. Powiem tylko, że w większości takich przypadków wina rozkłada się po równo. Mnie Kurka będzie brakowało…

Do pierwszego spotkania siatkarskich mistrzostw świata pozostało już tylko kilka godzin. Niczego już się nie da zmienić, niczego nie uda się poprawić… Trzeba liczyć na to, że sportowcy swoją postawą wynagrodzą nam tę przedmundialową zawieruchę i że dostarczą kibicom, a przede wszystkim sobie, niezwykłych wzruszeń i radości.

A do tego:

  • żeby transmisje internetowe (o, dzięki wielki Polsacie!) nie „cięły” się co minutę;
  • żeby prezes Polskiego Związku Piłki Siatkowej niezbyt często wypowiadał się publicznie;
  • żeby Margaret nie śpiewała już więcej „wspaniałego” hymnu mistrzostw.

Do boju!

Reklamy

Euro lanie razy trzy

Z premedytacją nie napisałam ani słowa tuż po klęsce polskich koszykarzy na EuroBaskecie w Słowenii. Z premedytacją nie wspomniałam też o porażce polskich siatkarek na Mistrzostwach Europy w Niemczech i Szwajcarii. Czekałam na to, jak w walce o tytuł najlepszej drużyny Starego Kontynentu zaprezentują się nasi siatkarze. Przeczucie podpowiadało mi bowiem, że zamiast trzech podobnych wpisów, na początku października będę mogła zamieścić jeden, dotyczący porażek polskich drużyn na Mistrzostwach Europy. Tym razem przeczucie, niestety, mnie nie zawiodło.

Pierwsi do boju ruszyli koszykarze. Od 4 do 22 września w czterech słoweńskich miastach mieli walczyć o tytuł najlepszych z najlepszych w Europie. Zapowiedzi były szumne. „Będziemy czarnym koniem EuroBasketu!” – grzmiały media, zawodnicy i trener. Nieco ten hurraoptymizm mnie dziwił, bo nigdy do tuzów tego sportu nie należeliśmy, ale że niby najlepszy skład od lat, że z Gortatem i z nowym bardzo dobrym szkoleniowcem (jakby Pipan był zły…). A! I w sparingowych meczach pokazaliśmy się z dobrej strony. Ach, jak my lubimy podniecać się zwycięstwami „naszych” w preeliminacjach, meczach towarzyskich i kwalifikacjach. Obiecałam sobie jednak, że odrzucę wszystkie czarne myśli i obejrzę zmagania koszykarzy z podobnym hurraoptymizmem. I po pierwszym meczu z Gruzją stwierdziłam, że czarnowidztwo byłoby jednak o niebo lepsze. Jako podsumowanie tego meczu wystarczyłoby jedno zdanie: Gruzini grali w koszykówkę, Polacy nic nie grali. Sytuacja powtórzyła się w kolejnych meczach z Czechami, Chorwatami i Hiszpanami. Hiszpanie spowodowali nawet, że o polskim baskecie zrobiło się w świecie głośno. Rzadko bowiem jakakolwiek drużyna przegrywa pod koniec drugiej kwarty 11-49… Patrząc na grę Polaków, zastanawiałam się, gdzie jest ta wiara w siebie sprzed słoweńskiej imprezy. Gdzie jest Gortat, który tak głośno mówił o mocy, jaka drzemie w tej drużynie? Gdzie jest ktoś, kto potrafiłby ich zmobilizować do działania? Gdzie te sprytne założenia taktyczne trenera Bauermanna? Zamiast tego mieliśmy anemicznie snujących się po parkiecie Polaków, nie potrafiących wyprowadzać szybkich kontr, gubiących co drugą piłkę, z nieskutecznymi do bólu Gortatem i Koszarkiem i zmianami nie mającymi większego sensu (albo ich brakiem). Do tej pory nie potrafię doszukać się żadnych pozytywów. I niech mi nikt nie pisze, że wygraliśmy ostatni mecz ze Słowenią. Mecze o nic to nic pozytywnego. Występ był żenujący, a to że zawodnicy i trener nie mają sobie za wiele do zarzucenia, czyni go żenującym do potęgi. Ale przecież w sparingach graliśmy bardzo dobrze…

Od 6 do 14 września o tytuł najlepszej europejskiej drużyny walczyły też siatkarki. W ich przypadku trudno było oczekiwać spektakularnych sukcesów. Nowy trener, Piotr Makowski, dopiero buduje nową drużynę, Polki w tym roku nie prezentowały dobrej formy, w dodatku na mistrzostwach zabrakło kilku kluczowych zawodniczek (Werblińska, Bednarek-Kasza). Nastroje były więc stonowane. I słusznie, bo to nie była drużyna, która mogłaby rzucić Europę na kolana. Pokazał to już pierwszy, przegrany, mecz z Czeszkami. Po dwóch kolejnych (wygranym z Bułgarią i przegranym z Serbią) Polki plasowały się na trzecim miejscu w grupie D i o awans do ćwierćfinału musiały walczyć w barażowym meczu z Włoszkami. O ile wynik meczu z Italią niespodzianką nie był, o tyle styl w jakim Polki przegrały ten mecz już tak. Nasze siatkarki wyszły na boisko przegrane i w ogóle nie podjęły walki. Dla takiej postawy ja usprawiedliwienia nie znajduję. Skoro jest szansa na ćwierćfinał, to trzeba o niego walczyć, a nie spuścić głowę i dać się stłuc na kwaśne jabłko, bo i tak nikt nie będzie miał pretensji, ze przegrało się mecz z wielką drużyną Włoch (która już od jakiegoś czasu aż tak wielką nie jest…). Dobrze chociaż, że w tym przypadku zawodniczki i trener potrafili się przyznać do błędów.

Na koniec siatkarze.  Nie spodziewałam się wielkiego wyniku, ale nie mam zamiaru tym razem nikomu słodzić, że nic się nie stało. Wszyscy przecież pieją wkoło, że są najlepsi. Słowa Anastasiego o tym, że jadą walczyć o złoty medal, od początku traktowałam w kategoriach żartu. Czym chciał o to złoto walczyć, kim? Na jakiej podstawie takie plany? Może złoto miał nam zapewnić pan „rozegram prawo-lewo nigdy środkiem” Żygadło, a może fantastycznie przyjmujący Winiarski. Nie! Zapewne będący w fatalnej formie Zatorski, albo kapitan bez ikry Możdżonek? A może stojący prawie non-stop w kwadracie dla rezerwowych Drzyzga? Przesadzam, być może, ale dosyć mam zapewnień wszystkich wkoło, jacy jesteśmy świetnie przygotowani i jak to będziemy dzielnie walczyć o tytuł mistrza, a później przegrywamy w turnieju olimpijskim mecze z Australią (z całym szacunkiem dla Kangurów), a na Mistrzostwach Europy mamy drogę przez mękę z Turcją czy Słowacją (również z całym szacunkiem). Jedziemy walczyć o złoto, ale najlepiej żeby Rosjan czy Włochów na swej drodze nie spotkać. Najlepiej, żeby się wybili sami po drodze, a w finale ktoś oddał nam mecz walkowerem. Słabo mi się robi, kiedy po przegranym barażu z Bułgarią, w którym prowadziliśmy przecież 2-0, całą winę na siebie bierze Kurek, który popełnił dwa proste błędy w piątym secie. A reszta, która przegrała set trzeci i czwarty gdzie?  Aaa, jest im przykro. Mnie też. Trener w tym wszystkim jest najlepszy, bo on sobie nie ma  nic do zarzucenia. Nie miał sobie nic do zarzucenia po Igrzyskach Olimpijskich ani po tegorocznej Lidze Światowej, więc czegóż innego można się było spodziewać teraz. Brawo!

Podsumowanie będzie gorzkie. W tej chwili nie mamy mocnej reprezentacji koszykarzy. Nie mamy mocnej reprezentacji siatkarek. Nie mamy mocnej reprezentacji siatkarzy. Wszelkie zapewnienia, jacy to jesteśmy we wszystkim mocni niech sobie media, hurraoptymistyczni trenerzy i zawodnicy włożą… między bajki.

Ciemno wszędzie, głucho wszędzie…

Kiedy rok temu Polacy wygrywali Ligę Światową, trudno było o tym wydarzeniu nie usłyszeć. Krzyczał o tym Kurzajewski w TVP, krzyczały piersi Szostak w Polsacie, nawet Ryczel z TVN zapomniał na chwilę o „naszej trójce z Dortmundu” i wrzeszczał o tryumfie polskich siatkarzy. Biało-Czerwoni mówili nam – „Dzień dobry!” – z pierwszych stron wszystkich niemal gazet, a portale internetowe potrafiły o tym wydarzeniu wspomnieć nawet w dziale „Biznes i ekonomia”. I dobrze, sukcesów sportowych mamy mało, więc trzeba nimi żyć.

W tym roku o finałowym turnieju Ligi Światowej nie pisano nawet w dziale „Sport”. Wiem, że nie grała w nim nasza reprezentacja, ale to nadal ważne siatkarskie wydarzenie! Jednak  „eksperci od siatkówki” nagle stracili głos. „Nie ma Polaków – nie ma siatkówki” zdaje się brzmieć ich motto. I tak jak jeszcze tydzień temu wszyscy znawcy wieszali psy na Biało-Czerwonych i ich trenerze, analizując dogłębnie każdy ruch palców Żygadły, tak w weekend próżno było szukać ich wspaniałych analiz rozegrania Bruno czy Travicy.  Jak już się ktoś odezwał, to najczęściej zapominał, że nazwy miejscowości, w której odbywał się turniej, się nie odmienia i pisał o rozgrywkach w Mar del Placie lub, co lepsze, Platcie…

Drodzy dziennikarze, jako kibic siatkówki, ubolewam nad tym, że Polakom nie udało się awansować do Final Six w Mar del Plata, ale nie znaczy to, że w związku z tym, rezygnuję z dalszego śledzenia rozgrywek. A i Wy, którzy tak chętnie przy każdym potknięciu naszej reprezentacji popisujecie się swą niepojętą wiedzą na temat dyscypliny, powinniście je śledzić, aby móc wziąć pod lupę takie potęgi siatkarskie jak Brazylia czy Rosja. Z niecierpliwością czekałam na jakiś wyśmienity artykuł na temat braków w technice Vissotto czy Sokołowa. Nie doczekałam się… Szkoda, że przy okazji następnego meczu Polaków na pewno będziecie już na posterunku…

Bitwa pod Warną

Kiedy słyszę Warna, myślę bitwa. Nie plaża, nie port, nie wino, nawet nie Bułgaria. Bitwa. Nauczyciele historii byliby chyba wniebowzięci. Szczególnie, że przez ostatnie kilka dni, o wydarzeniu z 10 listopada 1444 roku pomyślałam wielokrotnie. Wszystko za sprawą polskich siatkarzy, którzy decydujące o awansie do Final Six Ligi Światowej mecze rozegrają przeciwko Bułgarii właśnie w Warnie.

Faworytami do zwycięstwa w tej bitwie nie będą. Teren wroga, wróg od zawsze niewygodny, a oni jakby trochę zardzewiali. Wielkich armat brak, doświadczony libero trochę już zobojętniał, a w odwodzie tylko „mali rycerze”. Ale nic to! O sile Biało- Czerwonych zawsze stanowiła zespołowość. Nigdy nie byli drużyną opartą na wybitnych indywidualnościach. Można narzekać na ich tegoroczną formę, ale walczą na tyle, na ile mogą. Przecież nie ładnymi oczami Winiarskiego wydarli wygraną Argentyńczykom i Amerykanom i nadal są w grze. W meczach z Bułgarami na proste błędy i przestoje nie będzie już miejsca, ale być może to podziała mobilizująco. Liga Światowa nie jest najważniejszą imprezą w tym roku. To poligon, który ma przygotować do mistrzostw Europy, ale awans do finałowych rozgrywek, po słabym początku, byłby zastrzykiem pozytywnej energii i wiary we własne możliwości przed wrześniową imprezą.

Emocji na pewno nie zabraknie, a lekki zapach nervosolu uniesie się jutro w wielu polskich domach. U mnie w domu uniesie się chyba już dziś. Temat Warny skusił mnie bowiem, aby zajrzeć do starego licealnego zeszytu z historii. W nim, pod tematem: Turcy Osmańscy w Europie, krótki opis bitwy pod Warną, a niżej zdanie, po odkryciu którego ciężko będzie mi zasnąć. Brzmi ono następująco: Władysław Warneńczyk ma 2 sarkofagi, w których zresztą nie leży. Życzcie mi, abym po tej wiadomości, doszła do siebie przed jutrzejszym meczem.