Bo bramka jest okrągła, a piłki są dwie

Od ponad tygodnia wiadomości sportowe dotyczące polskiej piłki nożnej bawią mnie do łez. Najpierw pospolite ruszenie dziennikarzy maści wszelkiej skrzętnie analizowało dniami i nocami, co ma zrobić Fornalik, aby jego podopieczni wygrali mecz ostatniej szansy z Ukrainą (żałuję, że przed meczami Polaków nie obowiązuje „cisza wyborcza”). Pisali i pisali, pouczali i pouczali. Mieszali w składzie, szukali najlepszego ustawienia w defensywie, rysowali, jak trzeba piłkę podawać Lewandowskiemu, aby ten wreszcie coś strzelił. Niektórym się nawet wydawało, że znaleźli rozwiązanie jedyne i genialne. Jakże ich więc musiało boleć, że Polacy tak genialnych planów w życie wcielić nie potrafili. Mundial w Brazylii uleciał wraz z promilami wydychanymi przez tysiące szczęśliwych Ukraińców.

Po porażce głos zabrali „malkontenci z lekką nutką optymizmu”. Zalali nas swymi przemyśleniami, że jest źle jak nigdy (czyli prawie jak zawsze), że trener się nie spisał, że nie miał stałego składu (rok temu, Ci sami ludzie, zarzucali Smudzie, że w ogóle nie robi zmian…), Ale przecież mamy takie utalentowane pokolenie piłkarzy, Lewandowski jest prawie (właśnie…) najlepszym napastnikiem świata, a w meczu z Ukrainą „nasi” grali strasznie zmotywowani. Ciśnienie mi od razu skacze, kiedy słyszę, że za motywację należy się medal. Sport bez motywacji nie istnieje. A że się raz zmotywowali? Cóż, ślepej kurze też się ziarno trafi. Oni powinni grać, jak o życie zawsze i z każdym. W meczu z Ukrainą wyglądali natomiast tak, jakby walczyli o to, żeby pojechać do Rio za darmo, a nie tak, jakby walczyli o szansę wzięcia udziału w największej piłkarskiej imprezie świata. I znowu skoczyło mi ciśnienie…

Nie umilkły echa porażki z naszymi wschodnimi sąsiadami, internauci nie zdążyli opublikować wszystkich prześmiewczych memów, a historycy w stylu „za komuny było lepiej” ruszyli do ataku. Graliśmy przecież z Anglią! Z twórcami futbolu! Z tymi, z którymi czterdzieści lat temu wygraliśmy w Chorzowie, a nawet zremisowaliśmy na Wembley! Eksperci, wspomnień czar, bohaterów tamtych wspaniałych dni bez liku… Nastroje bojowe, jak przed finałem mundialu. Ale rzeczywistość sprowadziła wszystkich do poziomu murawy. Po tamtych wspaniałych czasach śladu już dawno nie ma. Nawet słowa Kazimierza Górskiego, o jednej okrągłej piłce i dwóch bramkach, jakby gdzieś się zatarły i straciły sens. Ale historycy są twardzi, szybko się podniosą i tylko czekać, aż przy okazji następnego meczu z Anglią znowu zaleją nas falą wspaniałych wspomnień o wielkiej polskiej piłce nożnej. Już się nie mogę doczekać.

Krytycy „wszystkiego, co się rusza” i specjaliści od „zwolnić trenera” wreszcie mieli swój czas. Zwalniali na twitterze, facebooku, na łamach gazet i portali internetowych. Wojciech Kowalczyk zwalniał wszędzie i krytykował wszystkich, poszedł na całość. Michał Pol ograniczył się do twittera i Przeglądu Sportowego. Zaczęło się kopanie leżącego Fornalika. Wszyscy wiedzieli wszystko lepiej i zrobiliby lepiej. Fornalik to zło! Zwolnić trzeba! A co dalej? Pomyślimy jutro i na pewno napiszemy na twitterze. Już następnego dnia buzie mieli roześmiane od ucha do ucha, bo Zbigniew Boniek podziękował Waldemarowi Fornalikowi za współpracę. Trochę się też zabawił w przedszkolaka i oznajmił, że wie, kto będzie nowym trenerem reprezentacji, ale nie powie… Tym samym obudził kolejne potwory!

Od kilku dni, ku mojej uciesze, prym wiodą „poszukiwacze zaginionego selekcjonera”. Jedni zapuścili się w zagraniczne odmęty stetryczałych sław trenerstwa, drudzy zeszli do polskiego podziemia. Słowa leją się strumieniami, kandydatów wszak bez liku. Prawdziwa wojna światów. Niech się bawią, za tydzień Boniek obwieści dobrą nowinę, a wtedy do boju ruszą następni: piewcy zbawienia i piewcy klęski.

Szkoda, że w tym całym zgiełku, brak jest zastanowienia się nad prawdziwymi problemami polskiej piłki nożnej, wszak trener to tylko wierzchołek góry lodowej…

Reklamy

Proszę Pani, Borussia mnie bije!

Bożyszcze wielu piłkarskich kibiców, Sergiusza Ryczela i czytelników Pudelka, Robert Lewandowski, ma ostatnio same problemy. Jest mu w życiu źle, wszyscy go oszukują i nie dotrzymują danych mu wcześniej obietnic. Robert nie lubi swojej pracy, ludzi z którymi musi się codziennie spotykać, szef go nie chce zwolnić, a co gorsza, nie chce go nawet puścić na wycieczkę do Monachium.  A Robert tak chce jechać…  Jednego znajomego szef przecież puścił! Skandalem jest też to, że szef Robertowi nie podniesie pensji… A przecież obiecał… A w Monachium go chcą, a on chce jechać, a szef ciągle mówi- „Nein!”. Biedny ten nasz Lewandowski…

Pusty śmiech mnie ogarnia, kiedy czytam te narzekania gwiazdy naszej reprezentacji. Brzmią tak, jakby Robert miał pięć lat i chodził do przedszkola, a kolega nie poczęstował go żelkami. Nie czas na mazgajenie Panie Robercie. Przyjmij Pan wreszcie sytuację na klatę! W kontrakcie było, że o możliwości transferu decyduje klub i klub zdecydował, że transferu nie będzie. Ciągłe jęki i żale na temat niesłowności włodarzy Borussi Dortmund nie przystoją człowiekowi, który chce być uważany za jednego z najlepszych piłkarzy świata. Zastanawia mnie też to, co aż tak niesamowitego osiągnął do tej pory Robert, że ma o sobie tak wielkie mniemanie. Czyżby cztery bramki strzelone Realowi, aż tak mieszały w głowie? Jest dobrym piłkarzem, ale do „wielkiego” jeszcze mu bardzo daleko. Poza tym, ostatnio o jego piłkarskich umiejętnościach cisza. Słychać tylko o siedmiu plagach egipskich na niego spuszczonych…  Mam dla Roberta propozycję- poodychać głęboko, przeczytać wywiad z mistrzem igrzysk paraolimpijskich Tomaszem Rębiszem (całość tutaj), szczególnie wziąć sobie do serca te słowa: „Jeżeli słyszę z ust naszych pełnosprawnych sportowców, że komuś nie wyszło, bo to, bo tamto, to we mnie wszystko się gotuje. Ja musiałem zap…ć w pracy i jednocześnie trenować, żeby osiągnąć wynik. Gdybym dostawał takie pieniądze, jakie otrzymuje sportowiec wyczynowy, nie pracując i tylko zajmując się sportem, to rzucałbym dyskiem po 70 metrów z lekkim pierdnięciem” i… na trening, do roboty!

Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie

Meczu o trzecie miejsce Pucharu Konfederacji miałam nie oglądać. Plany na niedzielne popołudnie popsuła mi jednak aura i jakoś nie mogłam się już oprzeć, aby nie zerknąć na spotkanie Italii z Urugwajem. I nie żałuję! Nareszcie udało mi się obejrzeć ciekawy, toczony w dobrym tempie mecz, z wieloma zwrotami akcji i pięknymi bramkami. Zresztą, zamieszanie wokół tego, komu przypisać pierwszą z nich, wywołało u mnie niemałe rozbawienie.

Najpierw autorem bramki wg FIFA został Alessandro Diamanti. Nie wiem jakim cudem, gdyż po jego uderzeniu (pięknym, to fakt), piłka odbiła się jeszcze od pleców urugwajskiego bramkarza, Muslery, spadła na linię i dopiero Davide Astori dopełnił formalności i wepchnął ją do bramki. Gołym okiem widać było, że piłka po kontakcie z plecami bramkarza, nie przekroczyła całym obwodem linii bramkowej, więc autorem bramki powinien być Astori. A nawet jeżeli ktoś miałby wątpliwości, czy piłka była już w bramce czy też nie, to bramkę należałoby przypisać Muslerze a nie Diamantiemu. Stąd moje zdziwienie zaistniałą sytuacją.

Zapewne całe to nieporozumienie było spowodowane tym, że władze światowej piłki chciały się pochwalić tzw. GLT (goal-line technology), czyli systemem od dawna znanym tenisowi czy hokejowi, który ma jednoznacznie wskazywać, czy piłka na pewno całym obwodem przekroczyła linię bramkową. Wprowadzenie tej technologii oceniam pozytywnie, ale moment, aby się nią pochwalić i sposób w jaki to zrobiono uważam za kuriozalny. Po przerwie, w której zaprezentowano całemu światu ową „nowinkę”, łaskawie zmieniono nazwisko autora gola na Astoriego. W przypadku pozostałych trzech bramek kabaretu już na szczęście nie było…

Była za to tragedia Diego Forlána, który zaprzeczył słowom Wisławy Szymborskiej, że „nic dwa razy się nie zdarza” i po raz kolejny w turnieju nie strzelił „jedenastki”…

Bonucci! Aj, Jezus Maria!

Puchar Konfederacji nie należy do imprez sportowych, które śledzę z zapartym tchem. Ot, taki turniej na przetarcie przed Mistrzostwami Świata. FIFA zobaczy, czy stadiony się nie walą, a murawa jest wystarczająco zielona. Później napisze piękny raport, co najwyżej trochę pogrozi paluszkiem i każe coś poprawić. Na pewno nie wspomni w nim ani słowem o wielkich protestach, jakie w czasie trwania turnieju mają miejsce na ulicach brazylijskich miast. A przecież są one pochodną całego zamieszania związanego z organizacją przyszłorocznych mistrzostw…

Przy okazji tej stadionowo-hotelowo-lotniskowej rewizji piłkarze rozgrywają kilka meczów. Rzadko stojących na wysokim poziomie, niestety. W tym roku mecze grupowe, które oglądałam, były kiepskie lub bardzo kiepskie. Miałam jednak nadzieję, że spotkania półfinałowe będą lepsze. Nic z tego. Mecz Brazylii z Urugwajem rozczarował mnie niesamowicie. Dreszcz emocji poczułam dwa razy: kiedy Forlán nie strzelił karnego i kiedy Paulinho strzelił bramkę na 2-1. Tyle… Drugi półfinał co prawda pobił ten pierwszy pod względem ilości dreszczy, wszak był konkurs rzutów karnych, ale jakością mu dorównał. Hiszpanie grali w  zwolnionym tempie, a Włosi, mimo kilku niezłych akcji, nie potrafili tego wykorzystać. Krew zaczęła we mnie mocniej buzować dopiero po zakończeniu dogrywki. Może wreszcie moja ukochana Squadra Azzurra pobije La Roję? Nadzieja ma trwała i trwała, bo piłkarze strzelali karne jak natchnieni. Aż w końcu do piłki podszedł Bonucci (jakieś dziwne skojarzenie z Don Fanuccim z „Ojca Chrzestnego” mnie wtedy nawiedziło – zły znak) i zabił tę nadzieję strzelając parę metrów nad bramką! I po emocjach…

Puchar Konfederacji kończy się w niedzielę. W finale Brazylia z Hiszpanią. Na papierze prezentuje się ciekawie. Może zerknę, ale już bez emocji.