Euro lanie razy trzy

Z premedytacją nie napisałam ani słowa tuż po klęsce polskich koszykarzy na EuroBaskecie w Słowenii. Z premedytacją nie wspomniałam też o porażce polskich siatkarek na Mistrzostwach Europy w Niemczech i Szwajcarii. Czekałam na to, jak w walce o tytuł najlepszej drużyny Starego Kontynentu zaprezentują się nasi siatkarze. Przeczucie podpowiadało mi bowiem, że zamiast trzech podobnych wpisów, na początku października będę mogła zamieścić jeden, dotyczący porażek polskich drużyn na Mistrzostwach Europy. Tym razem przeczucie, niestety, mnie nie zawiodło.

Pierwsi do boju ruszyli koszykarze. Od 4 do 22 września w czterech słoweńskich miastach mieli walczyć o tytuł najlepszych z najlepszych w Europie. Zapowiedzi były szumne. „Będziemy czarnym koniem EuroBasketu!” – grzmiały media, zawodnicy i trener. Nieco ten hurraoptymizm mnie dziwił, bo nigdy do tuzów tego sportu nie należeliśmy, ale że niby najlepszy skład od lat, że z Gortatem i z nowym bardzo dobrym szkoleniowcem (jakby Pipan był zły…). A! I w sparingowych meczach pokazaliśmy się z dobrej strony. Ach, jak my lubimy podniecać się zwycięstwami „naszych” w preeliminacjach, meczach towarzyskich i kwalifikacjach. Obiecałam sobie jednak, że odrzucę wszystkie czarne myśli i obejrzę zmagania koszykarzy z podobnym hurraoptymizmem. I po pierwszym meczu z Gruzją stwierdziłam, że czarnowidztwo byłoby jednak o niebo lepsze. Jako podsumowanie tego meczu wystarczyłoby jedno zdanie: Gruzini grali w koszykówkę, Polacy nic nie grali. Sytuacja powtórzyła się w kolejnych meczach z Czechami, Chorwatami i Hiszpanami. Hiszpanie spowodowali nawet, że o polskim baskecie zrobiło się w świecie głośno. Rzadko bowiem jakakolwiek drużyna przegrywa pod koniec drugiej kwarty 11-49… Patrząc na grę Polaków, zastanawiałam się, gdzie jest ta wiara w siebie sprzed słoweńskiej imprezy. Gdzie jest Gortat, który tak głośno mówił o mocy, jaka drzemie w tej drużynie? Gdzie jest ktoś, kto potrafiłby ich zmobilizować do działania? Gdzie te sprytne założenia taktyczne trenera Bauermanna? Zamiast tego mieliśmy anemicznie snujących się po parkiecie Polaków, nie potrafiących wyprowadzać szybkich kontr, gubiących co drugą piłkę, z nieskutecznymi do bólu Gortatem i Koszarkiem i zmianami nie mającymi większego sensu (albo ich brakiem). Do tej pory nie potrafię doszukać się żadnych pozytywów. I niech mi nikt nie pisze, że wygraliśmy ostatni mecz ze Słowenią. Mecze o nic to nic pozytywnego. Występ był żenujący, a to że zawodnicy i trener nie mają sobie za wiele do zarzucenia, czyni go żenującym do potęgi. Ale przecież w sparingach graliśmy bardzo dobrze…

Od 6 do 14 września o tytuł najlepszej europejskiej drużyny walczyły też siatkarki. W ich przypadku trudno było oczekiwać spektakularnych sukcesów. Nowy trener, Piotr Makowski, dopiero buduje nową drużynę, Polki w tym roku nie prezentowały dobrej formy, w dodatku na mistrzostwach zabrakło kilku kluczowych zawodniczek (Werblińska, Bednarek-Kasza). Nastroje były więc stonowane. I słusznie, bo to nie była drużyna, która mogłaby rzucić Europę na kolana. Pokazał to już pierwszy, przegrany, mecz z Czeszkami. Po dwóch kolejnych (wygranym z Bułgarią i przegranym z Serbią) Polki plasowały się na trzecim miejscu w grupie D i o awans do ćwierćfinału musiały walczyć w barażowym meczu z Włoszkami. O ile wynik meczu z Italią niespodzianką nie był, o tyle styl w jakim Polki przegrały ten mecz już tak. Nasze siatkarki wyszły na boisko przegrane i w ogóle nie podjęły walki. Dla takiej postawy ja usprawiedliwienia nie znajduję. Skoro jest szansa na ćwierćfinał, to trzeba o niego walczyć, a nie spuścić głowę i dać się stłuc na kwaśne jabłko, bo i tak nikt nie będzie miał pretensji, ze przegrało się mecz z wielką drużyną Włoch (która już od jakiegoś czasu aż tak wielką nie jest…). Dobrze chociaż, że w tym przypadku zawodniczki i trener potrafili się przyznać do błędów.

Na koniec siatkarze.  Nie spodziewałam się wielkiego wyniku, ale nie mam zamiaru tym razem nikomu słodzić, że nic się nie stało. Wszyscy przecież pieją wkoło, że są najlepsi. Słowa Anastasiego o tym, że jadą walczyć o złoty medal, od początku traktowałam w kategoriach żartu. Czym chciał o to złoto walczyć, kim? Na jakiej podstawie takie plany? Może złoto miał nam zapewnić pan „rozegram prawo-lewo nigdy środkiem” Żygadło, a może fantastycznie przyjmujący Winiarski. Nie! Zapewne będący w fatalnej formie Zatorski, albo kapitan bez ikry Możdżonek? A może stojący prawie non-stop w kwadracie dla rezerwowych Drzyzga? Przesadzam, być może, ale dosyć mam zapewnień wszystkich wkoło, jacy jesteśmy świetnie przygotowani i jak to będziemy dzielnie walczyć o tytuł mistrza, a później przegrywamy w turnieju olimpijskim mecze z Australią (z całym szacunkiem dla Kangurów), a na Mistrzostwach Europy mamy drogę przez mękę z Turcją czy Słowacją (również z całym szacunkiem). Jedziemy walczyć o złoto, ale najlepiej żeby Rosjan czy Włochów na swej drodze nie spotkać. Najlepiej, żeby się wybili sami po drodze, a w finale ktoś oddał nam mecz walkowerem. Słabo mi się robi, kiedy po przegranym barażu z Bułgarią, w którym prowadziliśmy przecież 2-0, całą winę na siebie bierze Kurek, który popełnił dwa proste błędy w piątym secie. A reszta, która przegrała set trzeci i czwarty gdzie?  Aaa, jest im przykro. Mnie też. Trener w tym wszystkim jest najlepszy, bo on sobie nie ma  nic do zarzucenia. Nie miał sobie nic do zarzucenia po Igrzyskach Olimpijskich ani po tegorocznej Lidze Światowej, więc czegóż innego można się było spodziewać teraz. Brawo!

Podsumowanie będzie gorzkie. W tej chwili nie mamy mocnej reprezentacji koszykarzy. Nie mamy mocnej reprezentacji siatkarek. Nie mamy mocnej reprezentacji siatkarzy. Wszelkie zapewnienia, jacy to jesteśmy we wszystkim mocni niech sobie media, hurraoptymistyczni trenerzy i zawodnicy włożą… między bajki.

Reklamy