„A rower jest wielce OK, rower to jest świat”

Tydzień temu zadałam znajomym podchwytliwe pytanie, kto ich zdaniem został wybrany sportowcem roku w Portugalii. Po chwili konsternacji i rozmyślań, dlaczego akurat Portugalii i ilu portugalskich sportowców znają, wszyscy zgodnie stwierdzili, że owym wybrańcem ludu musiał zostać nie kto inny, jak Cristiano Ronaldo. Logicznie. Kiedy oznajmiłam im, że to jednak nie jeden z najlepszych i najpopularniejszych piłkarzy świata, a kolarz – Rui Costa został zwycięzcą owego plebiscytu, nie kryli zdziwienia. A później usłyszałam to, co zawsze, kiedy staram się ze znajomymi rozmawiać o kolarstwie: że kolarstwo to nie sport, bo dopingiem śmierdzi na kilometr, że wszyscy jeżdżą „naszprycowani” po uszy jak Armstrong i w ogóle szkoda czasu, żeby sobie czymś takim, jak kolarstwo głowę zawracać.

Moi znajomi nie są w swych sądach odosobnieni. Trudno im się dziwić. Tak kolarstwo przedstawiane jest w mediach. Ciągłe afery, wynurzenia byłych, kiedyś „czystych”, kolarzy, piętno Armstronga (o którym pisałam tutaj) na pewno nie pomagają w budowaniu dobrej atmosfery wokół tej dyscypliny. Sama łapię się na tym, że węszę spiski, kiedy ktoś pokazuje na kolarskich trasach cudowne, niemal boskie moce. Kolarstwo kocham jednak miłością wielką i patrzę na nie z nieco innej perspektywy. Żałuję też, że media tak rzadko zwracają uwagę na tę druga stronę medalu. Dla mnie kolarstwo, które jako jedyna dyscyplina sportowa porządnie wzięła się za walkę z dopingiem, stało się wygodnym kozłem ofiarnym świata sportu, synonimem wszystkiego, co w sporcie brudne i złe. My – tenisiści, piłkarze, hokeiści i siatkarze (można wstawić dowolną dyscyplinę) – jesteśmy czyści jak łza, nieskalani nawet grzechem pierworodnym,  popatrzcie za to na to, co się dzieje w kolarstwie! Sodoma i gomora! Tyle tylko, że świat kolarski od jakiegoś czasu nie wstydzi się swych grzechów i nie boi się o nich mówić. Owszem, nie podoba mi się to, że teraz wszystkie winy próbuje się przypisać Armstrongowi, że próbuje się zarobić na opowieściach o tym, kiedy, co i ile się brało, ale wolę to, niż wciskanie ludziom „kitu” o kontuzji Marina Cilicia, przypadkowym zażyciu należących do żony tabletek na odchudzanie Kolo Touré czy dostaniu się kokainy do organizmu Richarda Gasqueta w wyniku pocałunku z poznaną w klubie Pamelą…

Wracając do zwycięzcy portugalskiego plebiscytu… Rui Costa był jedną z najjaśniejszych gwiazd ubiegłego sezonu. Wywalczył mistrzostwo świata w wyścigu elity we Florencji, wygrał Tour de Suisse oraz dwa etapy (16. i 19.) Tour de France. Jego wielką radość po zdobyciu złotego medalu zapamiętam na długo. Zapamiętam też tegoroczne „zimowe” Giro d’Italia, niesamowitą jazdę Froome’a podczas Tour de France i najstarszego zwycięzcę jednego z Wielkich Tourów – Christophera Hornera, który w wieku 41 lat i 338 dni potrafił wygrać hiszpańską Vueltę. W pamięć wryło mi się też zdjęcie, pochodzące co prawda z 2008 roku, ale robiące furorę podczas tegorocznego wyścigu dookoła Hiszpanii. Przedstawia ono Hornera, który dowozi do mety Billa Demonga (tak, tak, specjalistę od kombinacji norweskiej) i jego zepsuty rower. Pamiętam moskaliki, upał podczas ostatniego etapu Tour de Pologne i niesamowitą ucieczkę Bartosza Huzarskiego w deszczowej Florencji. Wielkich emocji dostarczyli mi także Rafał Majka i Michał Kwiatkowski. Ich świetne występy podczas Giro d’Italia, Tour de France, Tour de Pologne oraz złoty medal Michała w drużynówce podczas mistrzostw świata napawają optymizmem i sprawiają, że z niecierpliwością czekam na następny sezon…

Horner

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

I nie zniechęcą mnie do kolarstwa ani coraz bardziej podobne do siebie Wielkie Toury, ani Tour de Pologne we Włoszech (na szczęście w przyszłym roku trasa „Od Bałtyku aż do Tatr”), ani to, kogo „wsypie” w przyszłości Armstrong i jak głupio będzie się tłumaczył były dyrektor Międzynarodowej Unii Kolarskiej. Nie uczynią tego także książki Rasmussena czy opinie moich znajomych… Bo „rower jest wielce OK, rower to jest świat”!

P.S. Zastanawiam się, czy w Polsce kolarz miałby jakiekolwiek szanse w plebiscytowym starciu z piłkarzem pokroju Cristiano Ronaldo…

Reklamy

Maja i Majka

Półtora tygodnia trzeciego wielkiego kolarskiego wyścigu za nami, a ja nie napisałam o nim jeszcze ani słowa. Istny skandal! Ale Vuelta a España to dziwny wyścig. Dużo młodszy od Tour de France i Giro d”Italia, rozgrywany od 1935 roku, niby z tradycjami, ale kojarzy mi się głownie z tłumami hiszpańskich kolarzy, którzy walczą o zwycięstwo w swojej ojczyźnie i ze zmęczonymi sezonem gwiazdami. Takie kolarskie pożegnanie lata… Nie znaczy to jednak, że Vuelta nie jest pasjonująca. Wystarczy sobie przypomnieć, na przykład, ubiegłoroczny 17. etap i samotną ucieczkę Alberto Contadora. Zaryzykował i w efekcie wygrał cały wyścig, choć Valverde i Rodríguez gonili go do samego końca.

W tym roku Contadora nie ma. Po nieudanym Tour de France, postanowił się wycofać. Wśród największych gwiazd są za to i Valverde i Rodríguez, a także Vincenzo Nibali. Jak do tej pory, najlepiej jedzie Włoch, który po wczorajszej czasówce znowu zasiadł na fotelu lidera. Zwolnił na chwilę miejsce dla amerykańskiego weterana Chrisa Hornera, ale szybko znów je zajął. Reszta faworytów jedzie na razie spokojnie, bez większego błysku, ale zapewne doczekamy się jakichś spektakularnych akcji z ich strony. Taką mam przynajmniej nadzieję… Kompletnie zawodzi ekipa Sky, co może dziwić, bo Vueltę jadą w dosyć mocnym składzie, z Rigoberto Uranem i Sergio Luisem Henao. Ten drugi miał kryzys już na drugim etapie i nie ma co liczyć na dobry rezultat.

W tegorocznym wyścigu dookoła Hiszpanii jedzie pięciu Polaków: Rafał Majka (Team Saxo-Tinkoff), Sylwester Szmyd (Movistar Team), Maciej Paterski (Cannondale), Bartosz Huzarski (Team NetApp-Endura) i Tomasz Marczyński (Vacansoleil-DCM). Najlepiej spisuje się oczywiście Rafał Majka, który w klasyfikacji generalnej jest dziewiąty. Polak wygląda już jednak na nieco zmęczonego sezonem i trudno chyba oczekiwać, aby spełniło się jego marzenie o wygraniu któregoś z etapów. Choć bardzo mu tego życzę.

Przy okazji Majki chciałabym również wspomnieć o Mai, Mai Włoszczowskiej, która w ubiegły weekend zdobyła srebrny medal rozgrywanych w RPA mistrzostw świata w kolarstwie górskim. Tym samym, wróciła na szczyt po ubiegłorocznej kontuzji, która wykluczyła ją przecież ze startu w igrzyskach olimpijskich w Londynie. Informacja o wielkim sukcesie Włoszczowskiej zaginęła gdzieś w gąszczu informacji o transferze Garetha Bale’a, a szkoda…

Czekam zatem na wielkie emocje na kolejnych etapach Vuelta a España, a Mai i Majce życzę powodzenia w spełnianiu ich sportowych marzeń.

P.S. Na koniec pozakonkursowy moskalik (wiem, wiem, nie ma rymu ab ab…):

Kto powiedział, że nasz Majka

Nie da rady wygrać Vuelty,

Temu zrobię to, co Kmicic,

Gdy wpadł z mieczem do Zachęty 😀

Kolarze w skwarze

Urlop regularnemu pisaniu nie sprzyja… Wreszcie znalazłam trochę czasu, aby zdać Wam relację z ostatniego etapu tegorocznego Tour de Pologne.

Tak jak pisałam wcześniej, Kraków był jedynym miejscem, do którego mogłam się wybrać, aby obejrzeć kolarzy na żywo. Spakowałam więc plecak i wraz z Mężem wsiadłam w sobotni poranek do zapchanego po brzegi turystami w skarpetach i sandałach pociągu relacji Białystok-Zakopane. Oczywiście nie dostaliśmy miejscówek, więc mentalnie musieliśmy się przygotować na czterogodzinną męczarnię na korytarzu. Szczęście nam jednak dopisało, bo stanęliśmy w miejscu, o którym ktoś chyba zapomniał. Kiedy pociąg wyjechał z Warszawy wpakowaliśmy się do puściutkiego przedziału i w komfortowych warunkach dotarliśmy do stolicy Małopolski. Ta przywitała nas tropikalnym wręcz upałem i (jak zwykle) niemal azjatyckim tłokiem. Kiedy dotarliśmy na rynek, z przerażeniem stwierdziłam, że przyjdzie nam obserwować zmagania cyklistów w pełnym bądź… pełniejszym słońcu. Po zbadaniu terenu, znaleźliśmy dobrą miejscówkę pod jednym z bardzo licznych balonów reklamowych i cierpliwie czekaliśmy na pierwszego zawodnika. Co chwilę jacyś niemieccy turyści pytali nas, po co to zbiegowisko na rynku. Kiedy próbowałam im przybliżyć charakter imprezy, tylko kręcili nosem i narzekali, że teraz nie będą mogli w spokoju zjeść schabowego i napić się piwa patrząc na Kościół Mariacki…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA                OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Słońce nie dawało chwili wytchnienia. Niektórzy chłodzili się  w fontannie, inni, idąc śladem niemieckich turystów, stawiali na zimne trunki. Ja postanowiłam zdobyć gustowny różowy kapelusz z logo jednego ze sponsorów wyścigu. W tym celu udałam w się w okolice mety, gdzie je rozdawano. Wierzcie mi, zdobycie tego kapelusza kosztowało mnie trzy siniaki, parę otarć, kilka szturchańców w żebra i mnóstwo niecenzuralnych słów od babć, które brały je hurtowo dla całych rodzin. Bo jak ja tu śmiem chcieć jeden dla przykrycia mojej ugotowanej głowy, kiedy one muszą mieć po sto! Kiedy już zdobyłam to trofeum wojenne i dumnie je przywdziałam, udałam się szybko w kierunku naszego balona pod Mariackim. Marsz przerwałam na krótką chwilę, zauroczona jednym z moich telewizyjnych „ulubieńców” – Maciejem Kurzajewskim, który brylował przy mikrofonie w zaaranżowanym na studio namiocie. Tłumaczył coś zaciekle swoim gościom, w tym Michałowi Kwiatkowskiemu, ale oni zdawali się być myślami zupełnie gdzie indziej (a to niespodzianka). Musiałam przystanąć i zrobić zdjęcie. Na pamiątkę.

Pierwszy zawodnik pojawił się na rynku, kiedy moja twarz miała kolor purpury. Sebastian Szczęsny, tym razem bez motocykla, krzyczał po drugiej stronie rynku ile sił w płucach, kto jedzie i jaki ma czas, ale do nas docierał tylko cichy pomruk. Sto metrów od mety nie słyszeliśmy niczego… Byłam wściekła, bo zapomnieliśmy zabrać z domu listę startową i musiałam się bawić w zgadywanki, kto to wyłania się zza zakrętu. Myślę, że można było rozstawić więcej głośników, skoro kolarze przejeżdżali wokół całego rynku. Po drugiej stronie też stali kibice. Aha, co do kibiców. To, że niemieccy turyści zajadający schabowe, nie dopingowali wycieńczonych upałem i przebytymi w niesamowitym tempie kilometrami zawodników jeszcze potrafię zrozumieć, ale dlaczego reszta była tak cicho? Nie dość, że jak na ostatni etap dużego wyścigu z metą w tak zatłoczonym zawsze miejscu, jakim jest Rynek Główny w Krakowie, kibiców było niewielu, to jeszcze siedzieli cicho jak trusia. Tego zrozumieć nie umiem. Trudno pobić przez chwilę brawo?  Głośniej zrobiło się tylko w momencie, kiedy do mety dojeżdżał, poobijany po upadku na poprzednim etapie, Rafał Majka. Polak zaprezentował się w czasówce świetnie i chociaż stracił ostatecznie miejsce na podium w klasyfikacji końcowej, mogliśmy być z niego dumni.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA                      OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Etap z metą w Krakowie wygrał Sir Bradley Wiggins. Brytyjczyk, wcześniej niewidoczny, zrobił to, co do niego należało. Przyjechał z zamiarem wygrania „czasówki” i to zrobił. Najsympatyczniejszym kolarzem świata bym go jednak nie nazwała… Jubileuszowy 70. Tour de Pologne wygrał Holender Pieter Weening, który na ostatnim etapie wykręcił szósty czas. Niestety nie mogłam zostać na ceremonii dekoracji zwycięzców, ale zdążyłam obejrzeć wszystkich zawodników, z czego bardzo się cieszę.

Z Krakowa wyjeżdżałam pełna podziwu dla zawodników, z mnóstwem zdjęć, różowym kapeluszem i czerwoną opalenizną. Za rok na pewno znów spakuję plecak i udam się na któryś z etapów Tour de Pologne. Mam nadzieję, że kibiców będzie więcej, doping głośniejszy a pogoda równie udana. Do zobaczenia!

P.S. Więcej zdjęć znajdziecie tutaj.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dookoła Polski, czyli trochę Śląska, trochę Małopolski i… włoskie Alpy

Po trzech tygodniach morderczego Tour de France zawsze z chęcią obserwuję Tour de Pologne. Tygodniowy wyścig po polskich drogach przykuwa moją uwagę na tyle mocno, że na długo przed jego rozpoczęciem analizuję  trasę i wybieram miejsca, do których mogę się udać, aby zobaczyć kolarzy na żywo. Ostatnimi czasy liczba tych miejsc drastycznie maleje. Jeszcze kilka lat temu trasa wyścigu biegła z północy na południe. Cyklistów mogli zobaczyć m.in. mieszkańcy Pomorza, Kujaw, Wielkopolski, Mazowsza oraz Górnego i Dolnego Śląska. Od 2008 roku wyścig przeniósł się wyłącznie na południe Polski. Nie pozostawało mi więc nic innego, jak corocznie pakować plecak i ruszać przez pół Polski w odwiedziny do rodziny w Dąbrowie Górniczej. W tym roku o Dąbrowę zahaczyć nie dam rady… Mogłabym odwiedzić rodzinę w Poznaniu, Zielonej Górze czy Sanoku, ale tam Tour de Pologne od wielu lat nie zagląda…

Zawsze podziwiałam Czesława Langa za to, że swym uporem i ciężką pracą potrafił stworzyć wspaniały zawodowy wyścig na terenie Polski, ale ostatnio wyścig ten, podobnie jak pewien rajd po bezdrożach Argentyny, Chile i Peru, niewiele ma wspólnego z nazwą jaką nosi. Kraków, Katowice, Zakopane i czasami Jelenia Góra to tylko malutki skrawek naszego kraju. W tym roku organizatorzy posunęli się jeszcze dalej i dwa pierwsze etapy Tour de Pologne postanowili zorganizować we włoskich Dolomitach. Że niby będzie ciekawiej, że będą wreszcie wysokie góry, że to uczczenie pamięci Jana Pawła II i że niby według słów polskiego hymnu „z ziemi włoskiej do Polski”. Pytam tylko, po co? Czy wyścig bez morderczych wspinaczek, to wyścig gorszy? Czy kolarze jeżdżący słabiej w górach, to kolarze drugiej kategorii? Czy kibice, cykliści i oficjele nudzili się podczas poprzednich edycji? Do mnie oficjalne argumenty organizatorów nie przemawiają (te nieoficjalne, finansowe, byłyby bardziej wiarygodne). Jana Pawła II równie dobrze można uczcić w Wadowicach, w hymnie są również słowa o Poznaniu, a bardzo wysokich gór w Polsce po prostu nie ma.

Wiem, że wielu kibicom tegoroczny pomysł Czesława Langa przypadł do gustu. Mnie się on nie podoba. Z siedmiu etapów po południowych rubieżach Polski, teraz zrobiło się tylko pięć. Z Tour de Pologne pozostało, prócz nazwy, bardzo niewiele. Wybieram się na ostatni etap z metą w Krakowie (z czego na pewno zdam relację), większego wyboru niestety w tym roku nie miałam.

Brzydki zapach Armstronga

Przed rozpoczęciem Tour de France pisałam o tym, kto jest faworytem tegorocznej edycji. Nie ukrywałam też, że życzę temu faworytowi zwycięstwa. Swojego zdania na ten temat nie zmieniłam, ale sposób w jaki ów faworyt, Chris Froome, zwycięża na kolejnych etapach wyścigu, deklasując wręcz rywali, napawa mnie lekkim niepokojem.

Kolarstwo śledzę od niemal dwudziestu lat… Jedni powiedzą, że to mało i że nic na ten temat nie wiem, dla innych będzie to cała wieczność, bo pamiętam wyścigi bez słuchawek w uszach i bez obowiązkowych kasków. Przez te wszystkie lata udało mi się widzieć wielkie zwycięstwa i wielkie upadki wielkich kolarzy.

W 1996 roku, po pięciu latach dominacji Miguela Induraina, Le Tour padło łupem Duńczyka Bjarne Riisa (łysinę pamiętam do dziś). Wygrał w wielkim stylu. W 2007 roku przyznał, że w latach 1993-1998 stosował EPO, hormon wzrostu i kortyzon. Dziś jest dyrektorem sportowym grupy Saxo-Tinkoff, w której szeregach jeździ m.in. Alberto Contador (o nim dalej w tekście)…

W roku 1997 klasyfikację generalną wygrał Jan Ullrich. Rudy Niemiec był w owym czasie moim ulubionym kolarzem, więc bardzo mnie to zwycięstwo ucieszyło. Świetnie jeździł na czas, był także jednym z najlepszych „górali”. W roku 2002 za stosowanie dopingu został zdyskwalifikowany na pół roku, a w roku 2006 nie dopuszczono go do startu w Tour de France w związku z odkryciem jego powiązań z hiszpańskim lekarzem Eufemiano Fuentesem (tzw. Operacja Puerto).

Tour de France 1998 (zwany również, ze względu na wielką aferę dopingową w grupie Festina, „Tour de Dopage”, czyli „Wyścig dopingu”) wygrał Włoch Marco Pantani (tę łysinę pamiętam równie dobrze), który rok później, na dzień przed zakończeniem Giro d’Italia, którego był liderem, został przyłapany na stosowaniu dopingu. Pantani to postać tragiczna kolarstwa. Po aferze z 1999 roku, wpadł w depresję i sięgnął po narkotyki. Do wielkiej formy nigdy już wrócił. W roku 2004 został znaleziony martwy w pokoju hotelowym w Rimini. Powodem śmierci było przedawkowanie kokainy i leków antydepresyjnych.

Lata 1999-2005 to dominacja Lance’a Armstronga. Obwołany za życia największym kolarzem w historii, teraz jest symbolem największego sportowego oszustwa dopingowego. Amerykanin, który po ciężkiej walce z chorobą nowotworową, powrócił do kolarstwa i wygrał siedem razy z rzędu najbardziej prestiżowy wyścig globu, był dla wielu wzorem do naśladowania. Deklasował rywali w górach i podczas jazdy indywidualnej na czas, a podejrzeń o doping nikomu nie udawało się udowodnić. Armstrong odcinał się zarówno od skazanego za podawanie kolarzom niedozwolonych substancji, związanego z jego grupą – US Postal, doktora Michela Ferrari, jak i oskarżających go o doping byłych kolegów z zespołu – Tylera Hamiltona i Floyda Landisa (o nim niżej w tekście). Wszystko do czasu. W połowie 2012 roku Amerykańska Agencja Antydopingowa (USADA) oficjalnie oskarżyła Armstronga o stosowanie dopingu w latach 1996-2011, a w listopadzie Międzynarodowa Unia Kolarska (UCI) uznała odebranie mu wszystkich tytułów zdobytych po 1 sierpnia 1998 roku oraz potwierdziła jego dożywotnią dyskwalifikację. Po miesiącach zaprzeczania, na początku roku 2013, Lance Armstrong przyznał się do tego, że podczas swojej kariery stosował m.in. EPO, transfuzje krwi i hormon wzrostu. Legenda upadła…

Po erze Armstronga, w roku 2006, Tour de France wygrał Floyd Landis. W 2007 roku zwycięstwo to zostało mu jednak odebrane. U Landisa wykryto bowiem podwyższony poziom testosteronu. Oficjalnym zwycięzcą ogłoszono Hiszpana Oscara Pereiro.

W roku 2007 oraz w latach 2009-2010 w klasyfikacji generalnej zwyciężał Alberto Contador. Zawsze lubiłam Hiszpana za ofensywny styl jazdy. Kiedy była taka możliwość, nie bał się atakować. Niestety, w roku 2010, u Contadora wykryto śladowe ilości klenbuterolu. Hiszpan tłumaczył się, że specyfik dostał się do jego organizmu wraz ze spożytą wołowiną. W 2012 roku został jednak zdyskwalifikowany na dwa lata (począwszy od 6 sierpnia 2010 roku), odebrano mu także zwycięstwo w Tour de France z roku 2010 (oficjalnym zwycięzcą został Luksemburczyk Andy Schleck)  i anulowano jego wszystkie póżniejsze wyniki.

Od czasów Bjarne Riisa, czyli pierwszego wyścigu Tour de France, który bardzo dobrze pamiętam, tylko trzech zwycięzców Wielkiej Pętli nie zostało (jeszcze?) posądzonych o doping (specjalnie nie wspominam o miejscach drugich i trzecich, bo wpis urósłby do potężnych rozmiarów)- Carlos Sastre (2008), Cadel Evans (2011) i Bradley Wiggins (2012). Niezbyt chlubny to wynik.

W tym roku podejrzenia znowu się pojawiają. Froome jedzie niesamowicie. W górach odjeżdża rywalom z dziecinną łatwością, w jeździe indywidualnej na czas, podobnie. Smród jaki pozostawił po sobie Armstrong i spółka ciągle unosi się nad peletonem kolarskim i trudno dziwić się tym wszystkim, którzy w takie nadzwyczajne moce otrzymane w darze od natury przestali wierzyć. Daleko mi do tych, którzy Froome’a już skreślili z listy zwycięzców Tour de France, ale nie przekonują mnie ani żadne raporty z badań, które upublicznia ekipa Sky, ani zapewnienia samego kolarza i jego łagodny wzrok. Wielu już było uśmiechniętych, wielkodusznych i przebadanych, którzy swym życiem ręczyli, że są czyści jak łza. a po latach sami organizowali konferencje prasowe, na których przyznawali się do stosowania dopingu. Mam nadzieję, że „Biały Kenijczyk” będzie się cieszył sławą dłużej niż wymienieni powyżej niegdysiejsi bohaterowie Wielkiej Pętli, żadnej konferencji za parę lat nie zwoła, a podejrzenia powodowane są tylko i wyłącznie, pozostawionym nam w spadku po wydarzeniach minionych, obsesyjnym węszeniem spisków i przekrętów.

Zamki, krowy i traktory, czyli w oczekiwaniu na Mont Ventoux i L’Alpe d’Huez

Uwielbiam płaskie etapy Tour de France. Cisza, spokój, nic się nie dzieje. Ktoś ucieka przez dwieście kilometrów, peleton dogania go na dwa kilometry przed metą, a etap wygrywa dobry sprinter. Czasem zdarzy się jakaś kraksa na finiszu, czasem krowy lub konie zasilą szeregi peletonu, czasem grupa miejscowych rolników ułoży na swych polach ciekawy wzór z beli słomy, czasem nawet zatańczą traktory. Komentatorzy przytaczają poematy o kolarstwie i opowiadają o historii wszystkich mijanych przez cyklistów zamków. Opowieści tych słucham zawsze z wielkim zainteresowaniem i obiecuję sobie, że większość z nich na pewno zapamiętam.

Dzisiejszy etap był płaski jak stół. Ucieszyłam się mocno na myśl o kolejnych legendach zamkowych i wynikach pomysłowości francuskich rolników. Tymczasem kolarze postanowili wszystkim sprawić psikusa i z nudnego na papierze etap zrobili prawdziwy thriller. Była ryzykowna ucieczka drużyny Alberto Contadora, któremu udało się odrobić minutę do Chrisa Froome’a, była też spektakularna porażka dotychczasowego wicelidera Alejandro Valverde, który stracił do zwycięzcy, Marka Cavendisha, prawie dziesięć minut i spadł w klasyfikacji generalnej na 16. miejsce. Znowu dobrze pojechał Michał Kwiatkowski, który dzielnie broni białej koszulki lidera klasyfikacji młodzieżowej.

W niedzielę kolarze wjeżdżają w góry. Pora więc pożegnać krowy, kombajny i zamki i zaprzyjaźnić się z mgłą, wąskimi ulicami i barwnymi kibicami, którzy włażą wprost pod koła rowerów. Mam nadzieję, że Froome, Contador i spółka będą walczyć o zwycięstwo tak, że ani przez chwilę nie zatęsknię do barwnych opowieści o francuskim Średniowieczu.

Dwadzieścia sześć lat i jedna sekunda

W 1987 roku Lech Piasecki, jako pierwszy i jak dotąd jedyny Polak, założył słynną „le maillot jaune” i został liderem Tour de France. Miano to dzierżył jedynie przez jeden etap, ale dla kolarza jest to niebywałe osiągnięcie i prestiż. Wystarczy przeczytać kilka wywiadów z zawodnikami, którzy kiedykolwiek mogli włożyć na siebie żółtą koszulkę. Jak bumerang powracają w nich słowa o najszczęśliwszym dniu w ich życiu, spełnieniu marzeń i największym osiągnięciu w karierze. Le Tour jest wyjątkowym wyścigiem, z wielkimi tradycjami, a zostanie jego liderem, choćby na jeden dzień, to na pewno wielkie przeżycie.

Wczoraj przed szansą na powtórzenie wyczynu Piaseckiego stanął Michał Kwiatkowski. Polak osiąga w tym roku świetne wyniki. Był czwarty w klasyfikacji końcowej Tirreno- Adrìatico i piąty w słynnej Walońskiej Strzale. W tegorocznym Tour de France był już indywidualnie trzeci i czwarty, a wczoraj dołożył do tego drugie miejsce w drużynowej jeździe na czas. Nie mogłam oglądać etapu na żywo, ale obejrzałam wieczorem powtórkę i muszę powiedzieć, że nie dałam rady usiedzieć na miejscu, kiedy komentatorzy odliczali sekundy przewagi, jakie pozostały drużynie Polaka (Omega Pharma- Quick Step) nad zbliżającą się do mety ostatnią ekipą, jaka mogła ich pobić. „Sześć, pięć, cztery… Nie! Za szybko liczę… Sześć, pięć, cztery…”- nikt tak nie potrafi budować napięcia w trakcie relacji z wyścigów kolarskich, jak Panowie Jaroński i Wyrzykowski…

Niestety, do powtórki wydarzenia sprzed 26. lat nie doszło. Drużyna Kwiatkowskiego przegrała z australijską Oricą o… 0,78 sekundy i Polak, z sekundową stratą do prowadzącego Simona Gerransa, jest obecnie czwarty w klasyfikacji generalnej. Szkoda, zabrakło tak niewiele, a na kolejnych etapach atak na fotel lidera może być już znacznie trudniejszy. Pozostaje trzymać kciuki za Michała i życzyć mu, aby spełniło się jego marzenie o żółtej koszulce.