Gdzie byłam? Dokąd zmierzam? Czyli powrót na bloga łono…

Okrutnie zaniedbałam to moje skromne sportowe internetowe domostwo… Ogród zarósł pokrzywami, dach przecieka, ściany pokryły się mchem, oknami wdzierają się chaszcze, meble utonęły w  kurzu, w kątach dumnie prężą się pajęczyny… Gospodyni zniknęła na niemal rok…

Dlaczego tak się stało? Nie wiem, po prostu nie wiem. Może straciłam zapał do pisania felietonów (na „fejsbuku” byłam przez czas cały…), może brakowało mi weny twórczej, aby przelać na papier (ekran, dysk – jak zwał, tak zwał) to wszystko, o czym myślałam podczas śledzenia kolejnych bardziej i mniej ważnych wydarzeń sportowych, może to zwykłe lenistwo, a może fakt, że mocno skupiłam się na budowaniu mojego drugiego internetowego domostwa, bardziej babskiego, kulinarnego (klik)… Chyba wszystkiego po trochu…

Przez ten cały niemy i głuchy internetowy czas nic w sprawie mojej miłości do sportu się nie zmieniło. Śledziłam ogrom wydarzeń, jeździłam, kibicowałam, darłam się wniebogłosy… Straciłam głos, kiedy nasi siatkarze zdobywali Mistrzostwo Świata, straciłam głos, kiedy nasi piłkarze ręczni zdobywali brązowy medal Mistrzostw Świata (katar mam do dziś…), straciłam głos, kiedy Michał Kwiatkowski zostawał Mistrzem Świata… Dumna byłam (w końcu), kiedy nasi piłkarze wygrywali z Niemcami…”Pchałam” Majkę w ubiegłorocznym Tour de Pologne, dzięki uprzejmości Anity Włodarczyk i Marcina Gortata (Wojsko Polskie dziękuje za bilety!), mogliśmy z Mężem obserwować niemal z pierwszego rzędu, jak Usain Bolt ujarzmia bieżnię na Stadionie Narodowym podczas V Memoriału Kamili Skolimowskiej, marzłam pod skocznią w Wiśle (stwierdziłam przy okazji, bardzo mi przykro, że nie nadaje się ona na konkursy Pucharu Świata…), porażkę Juventusu w finale Ligi Mistrzów okupiłam lekką depresją, a informacje o kolejnych kontuzjach Contadora, Nadala czy Ahonena doprowadzały mnie do łez… Zarywałam noce, potrafiłam być w trzech miejscach jednocześnie, zaginałam czasoprzestrzeń, aby zobaczyć to, co chciałam zobaczyć, będąc jednocześnie w pracy, wypiłam ocean kawy, migotanie przedsionków było chlebem powszednim…

I oto jestem, i pisać na powrót będę. I bardzo mnie to cieszy, przyznać muszę. Na blogu zajdzie też kilka zmian. Pojawi się cykl o sportowych książkach, a także cykl historyczny, w którym będę się starała przybliżyć Wam, i sobie przy okazji, wydarzenia i wielkie postaci sportu z lat minionych. Nie wiem jeszcze, z jaką częstotliowścią będą się pojawiać owe wpisy, ale postaram się to wszystko do końca tygodnia zaplanować.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dziękuję wszystkim, którzy odwiedzają „Sportowe fascynacje”, mam nadzieję, że zostaniecie tutaj na dłużej.

Pozdrawiam,

Kasia

Kurki, Kurki, do domu!

Chciałabym móc napisać w pierwszym zdaniu, że od dzisiaj cała Polska żyje rozpoczynającymi się wieczorem na Stadionie Narodowym w Warszawie Mistrzostwami Świata w Piłce Siatkowej Mężczyzn. Ale zrobić tego nie mogę, bo to po prostu nieprawda. Przykro patrzeć na to, jak potencjał tak wielkiego sportowego wydarzenia, jakim jest niewątpliwie siatkarski mundial, jest przez organizatorów marnowany na każdym kroku…

Zakodowanie transmisji z mistrzostw odbywających się w Polsce jest dla mnie czymś niewytłumaczalnym i niewybaczalnym. Przeczytałam wiele artykułów i opinii na ten temat i najbardziej ubawiłam się przy twierdzeniu, że każdy prawdziwy fan siatkówki ma już przecież w domu dekoder Cyfrowego Polsatu, więc oburzać się nie ma o co. A ja fanem jestem i dekodera nie mam, drodzy nieoburzeni. Mam sześć kanałów Polsatu, w tym trzy sportowe, ale mistrzostw w nich nie obejrzę. Płacę za nie, ale drodzy prezesi mają wielu takich jak ja w głębokim poważaniu. Ludziom, którzy zapełniając szczelnie trybuny (za własne, niemałe często pieniądze!), sprawili, że sponsorzy nie uciekli od dyscypliny w mniej obfitych w sukcesy latach, pokazano środkowy palec. Za to chełpić się wysoką oglądalnością Ligi Światowej, do której swój kamyczek dorzuciłam i ja, i wielu innych wystawionych teraz do wiatru, zawsze ma kto… Nie jestem sobie w stanie wyobrazić podobnej sytuacji w żadym innym kraju.
O zamieszaniu związanym z negocjacjami z TVP nie piszę specjalnie, ponieważ telewizja publiczna w całej tej sprawie nie postąpiła wiele lepiej od swojego komercyjnego kolegi. Zamiast palca chcieli dłoń, a dostali figę z makiem.
Przemilczę także ogromnych rozmiarów finansowe bagno, jakie rozlało się wokół całego przedsięwzięcia…

Promocja imprezy również mocno kuleje. Mieszkam kilka kilometrów od Warszawy, gdzie już wieczorem – meczem z Serbią – Polacy rozpoczną bój o najwyższe laury. Żadnych plakatów, żadnych billboardów, żadnych informacji… Głucha cisza… I papierków, jak przed Euro 2012, nikt nie zbiera… Dworca nikt nie odmalował…
Jedyne strefy kibica powstaną w miastach-gospodarzach. W Warszawie będzie ona, uwaga, płatna! Reszta nie jest zainteresowana wydawaniem grubej gotówki na wykupienie praw do telebimowych transmisji od Polsatu…

Do tego:

  • kuriozum w postaci rozgrywania meczów „polskiej” grupy w maleńkiej Hali Stulecia we Wrocławiu;
  • słowa prezesa Polskiego Związku Piłki Siatkowej, pana Przedpełskiego, o tym, że fakt, iż w Brazylii skradziono trofeum dla zwycięzcy mistrzostw, to dobra rzecz, bo wypromuje polską imprezę na całym świecie;
  • okropny hymn imprezy (wielbiciele niech wybaczą) nagrany przez „szafiarko-blogerko-piosenkarkę”, niejaką Margaret (klik), który „wspaniałemu” hymnowi Euro 2012 – „Koko Euro Spoko” (dla przypomnienia, klik) – do pięt nie dorasta.

A skoro już jestem przy kurkach… Oliwy do ognia dolał także trener polskiej reprezentacji, Stéphane Antiga, który nie powołał do wąskiego składu zasłużonego Bartosza Kurka. Wybuchła afera, w której jedni stawali murem za selekcjonerem, a drudzy wylewali mu po tej decyzji wiadro pomyj na głowę. Powiedziano już w tej sprawie o wiele za dużo, zdążono zmieszać z błotem i jednego, i drugiego… Ja nie chcę stawać po stronie któregokolwiek z nich, bo tylko sami zainteresowani wiedzą, w czym tkwią szczegóły takiego, a nie innego obrotu sprawy. Powiem tylko, że w większości takich przypadków wina rozkłada się po równo. Mnie Kurka będzie brakowało…

Do pierwszego spotkania siatkarskich mistrzostw świata pozostało już tylko kilka godzin. Niczego już się nie da zmienić, niczego nie uda się poprawić… Trzeba liczyć na to, że sportowcy swoją postawą wynagrodzą nam tę przedmundialową zawieruchę i że dostarczą kibicom, a przede wszystkim sobie, niezwykłych wzruszeń i radości.

A do tego:

  • żeby transmisje internetowe (o, dzięki wielki Polsacie!) nie „cięły” się co minutę;
  • żeby prezes Polskiego Związku Piłki Siatkowej niezbyt często wypowiadał się publicznie;
  • żeby Margaret nie śpiewała już więcej „wspaniałego” hymnu mistrzostw.

Do boju!

Zielonym do góry!

W powietrzu unosi się jeszcze czerwona mączka kortów Rolanda Garrosa, a lada chwila rozpocznie się już kolejny turniej wielkoszlemowy. Wimbledon – mimo że magiczny i historyczny – jest najmniej przeze mnie lubianą lewą Wielkiego Szlema. I nie chodzi wcale o to, że uważam – podobnie jak Ivan Lendl – iż trawa jest tylko dla krów. Po prostu, po miesiącach gry na kortach twardych i ceglastych bardzo trudno jest mi się przestawić na odbiór tenisa na trawie. Zawsze, kiedy dzień po finale w Paryżu, telewizje zaczynają pokazywać turnieje w Queen’s Club i Halle, czuję się, jabym trafiła na jakąś inną planetę. I nim się przyzwyczaję, sezon na trwanikach dobiega końca. Może gdyby trwał dłużej, byłoby mi łatwiej i polubiłabym go bardziej…

Niektórzy koneserzy tenisa zapewne uznają moje wyznanie za grzech śmiertelny tenisowego kibica, bo przecież Wimbledon trzeba kochać miłością wielką i najgorętszą. Tu się gra w prawdziwy tenis, tu jest przywiązanie do tradycji, tu publiczność i atmosfera jest najlepsza, to jest historia tej gry… Do mnie te argumenty nie przemawiają. Owszem, pochwalam przywiązanie do tradycji, cenię kulturalną, acz sztywną niekiedy publiczność, z historią także nie zamierzam dyskutować. Ile jest prawdy w opowieściach o magii tego miejsca nie wiem, nie jestem tenisistą, którego największym marzeniem jest wygrać na kortach na SW19. Wystarczy jednak przeczytać kilka historii tenisistów spoza czołówki (dla przykładu: http://www.trolltennis.com/2014/06/19/the-frank-dancevic-expose/), aby dowiedzieć się, że rzeczywistość wcale nie jest tak bajkowa, jak opisują ją, stosując ciągle te same wyświechtane formułki, gwiazdy i organizatorzy.

Nie jest jednak tak, że tenisa na trawie nie lubię. Przez ostatnie dwa tygodnie z otwartą szeroko buzią podziwiałam wyczyny Feliciano Lopeza czy Radka Štěpánka. Panowie grali w sposób olśniewający! Tyle slajsów, skrótów i wolejów nie ogląda się w ostatnich latach zbyt często. Gorzej, jeżeli na kort wychodzą panowie Karlović i Anderson i mecz wygląda w sposób następujący: serwis-punkt, serwis-punkt, serwis-punkt, serwis-gem, zmiana stron i od nowa… I tak przez trzy sety z tie-breakami… Może niektórych to urzeka, mnie niestety nie…

Tyle marudzenia, bo kiedy turniej się zacznie, mój Mąż znowu będzie się chciał wyprowadzić z domu, nie mogąc patrzeć na to, co wyprawiam oglądając tenis. Dodatkowo trwa mundial, więc stresu będzie co niemiara. Kto wygra? „Daj Boziu niebo” temu, kto odgadnie. Próbowałam przez dwa ostatnie lata i, jakkolwiek zwycięzcę trafiłam, przebieg turnieju zaskakiwał mnie po wielokroć. Nie wierzę w obronę tytułu przez Andy’ego Murray’a, nie spodziewam się nagłego wybuchu formy Jerzego Janowicza. Groźny będzie jak zwykle Djoković oraz Roger Federer, który do półfinału ma drogę usłaną różami. Co prawda, jeżeli Rafael Nadal, jakimś cudem, doczłapie do tego etapu turnieju, droga ta może okazać się cierniową…  Ale Hiszpan losowanie ma trudne  i musi naprawdę ciężko pracować od pierwszej rundy, aby myśleć o poprawieniu swoich ostatnich wimbledońskich wyczynów. Z przyjemnością będę obserwować wspomnianych wyżej Lopeza i Štěpánka (ten, w drugiej rundzie trafia najprawdopodobniej na Novaka Djokovicia, więc mogę nie zdążyć nacieszyć oka…), ciekawa jestem też postawy Grigora Dimitrowa… Bułgar ma narzędzia do tego, aby w Londynie zajść wysoko.  Może z dobrej strony pokaże się Kei Nishikori, może Milos Raonic, może Ernests Gulbis (oby!)…

O paniach trudno powiedzieć mi cokolwiek. Wydaje się, że Serena Williams jest niekwestionowaną faworytką, ale ten sezon Amerykanki nie jest fascynujący. Liderka światowego rankingu zmaga się od jakiegoś czasu z mniejszymi lub większymi kontuzjami i wygląda na nieco znudzoną, przybitą, gra bez pełnego zaangażowania i entuzjazmu. Maria Szarapowa, opromieniona tryumfem w Paryżu, jest na pewno druga w kolejce do końcowego zwycięstwa, ale jest na kursie kolizyjnym właśnie z Sereną Williams. Jeżeli obie panie spotkają się w ćwierćfinale, istnieje duże prawdopiedobieństwo, że jego zwyciężczyni kilka dni później uniesie w górę paterę Venus Rosewater. Wiktoria Azarenka wraca po długiej przerwie spowodowanej kontuzją stopy i raczej nie będzie się liczyć w meczach o nawyższą stawkę. Agnieszka Radwańska na losowanie narzekać nie może, choć w swojej części drabinki ma odwieczne postrachy: Kuzniecową i Makarową. O grze polskiej tenisistki nie mam ostatnio najlepszego zdania, więc na tym poprzestanę (sukienki, torebki i reklamy banków mało mnie interesują…). Pozostają jeszcze Li Na, Petra Kvitová (tryumfatorka z 2011 roku) oraz szereg zawodniczek młodego pokolenia (Bouchard, Muguruza, Stephens). O umiejętnościach gry na trawie tych ostatnich powiedzieć można niewiele. W turniejach poprzedzających Wimbledon zachodziły najdalej do 3 rundy…

Czas pokaże, jak potoczą się w tym roku losy na wimbledońskiej trawie. Oby nie padało, nie wiało nudą i nie brakło truskawek dla kibiców. Trzymam kciuki!

„Mój jest ten kawałek podłogi…”

Gdyby Rafael Nadal znał hit zespołu Mr. Zoob, na pewno wypisałby jego tekst na jakiejś wielkiej płachcie i wywieszał na ścianie podczas każdej konferencji prasowej organizowanej podczas tegorocznego wielkoszlemowego turnieju Roland Garros. Hiszpan, który przyzwyczaił wszystkich do totalnej dominacji na europejskiej mączce, nie wygrywa w tym roku turnieju za turniejem, a dziennikarze złaknieni jakiegoś tenisowego novum, jak kania dżdżu, nie zamierzają chyba przestać mu o tym przypominać. Pytania o porażki z Davidem Ferrerem, Nicolasem Almagro czy Novakiem Djokoviciem śnią się już zapewne Nadalowi po nocach. Ośmiokrotny tryumfator francuskiej lewy Wielkiego Szlema niestety sam ukręcił na siebie bicz. Do tej pory uznawany za murowanego faworyta imprezy, w tym roku musi zmierzyć się z nieco odmiennym podejściem co do jego szans na ostateczny sukces…

Chętnych do zrzucenia Hiszpana z tronu wielu. Czy wystarczy im zdrowia, sił i słabsza forma Nadala, czas pokaże. Na pewno poczuli, że w tym roku można mu się dobrać wreszcie do skóry. Mocno zmotywowany będzie zarówno Djoković, któremu brakuje zwycięstwa w paryskim turnieju, jak i Ferrer, dla którego może to być jedna z ostatnich szans na zdobycie pierwszego w swojej karierze tytułu wielkoszlemowego, czy Roger Federer, który tylko raz unosił w górę Coupe des Mousquetaires. Wielką zagadkę stanowi dla mnie Andy Murray. Wracający po dłuższej przerwie spowodowanej kontuzją pleców Szkot, nigdy nie grał wyśmienicie na mączce, ale zawsze trzeba się z nim liczyć – kiedy ma swój dzień, potrafi wygrać z każdym. Przegrać niestety też… Innych kandydatów gotowych do tego, aby zniweczyć plany Nadala na zdobycie dziewiątego tytułu French Open nie widzę. Oprócz samego Nadala oczywiście.

Styczniowy ulubieniec forów tenisowych, Stan (bo już oficjalnie nie Stanislas) Wawrinka, odpadł już w pierwszej rundzie, smucąc wielce tych, którzy obwieścili już nastanie „nowych tenisowych czasów”. Pogromca Nadala z Barcelony, Nicolas Almagro, poddał wczoraj mecz z Jackiem Sockiem. „Największy młody talent”, Grigor Dimitrow, uległ kończącemu powoli karierę Ivo Karloviciowi, a obwołany „czarnym koniem” turnieju Kei Nishikori nie podołał Martinowi Kližanowi. Dodatkowo, „kwiecisty” Tomáš Berdych męczy się z Ołeksandrem Nedowiesowem, a Milos Raonić nie może się odnaleźć w meczu z Jiřím Veselým. Jak widać, raczej „starum” niż „novum”…

U kobiet sytuacja wydawała się być jeszcze mniej skomplikowana niż u mężczyzn. Pod nieobecność kontuzjowanej Azarenki, po odpadnięciu Li Na, trudno było dostrzec w drabince zawodniczkę, która mogłaby się skutecznie przeciwstawić Serenie Williams. Petra Kvitová jest tak nierówna, że z turniejem może pożegnać się już jutro, Sabine Lisicki na mączce gra kiepsko, Szarapowa już nie pamięta, jak się wygrywa z Amerykanką, a Radwańska jest zbyt słaba fizycznie, aby stawić jej opór. Jak się okazało, wystarczyła świetnie dziś dysponowana Garbine Muguruza, która niemal zdmuchnęła liderkę światowego rankingu z kortu Suzanne Lenglen. I teraz nic już nie jest takie jasne, jakie było jeszcze dwie godziny temu…

Czyj zatem będzie w tym roku kawałek francuskiej tenisowej podłogi? Wyjaśni się za półtora tygodnia. A nam, kibicom, pozostaje trzymać kciuki, aby było ciekawie i emocjonująco.

Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o Soczi, ale baliście się zapytać (część II)

XXII Zimowe Igrzyska Olimpijskie w Soczi przeszły do historii. Znicz zgasł 23 lutego. Podsumowań było już bez liku. Zasypana zostałam nimi dzień po zakończeniu imprezy. „Podziwiam” dziennikarzy, którzy w cztery godziny potrafią skrzętnie przeanalizować dwa tygodnie zmagań w 98 konkurencjach z 15 różnych dyscyplin… Zapewne dlatego ich artykuły są takie rzetelne, merytoryczne, pełne „poprawnych” nazwisk i wyników. Czasem nawet płeć zdarzało im się komuś zmienić i niemiecką biathlonistkę Evi Sachenbacher-Stehle czynili niemieckim biathlonistą Evim Sachenbacher-Stehle. Cóż, w końcu żyjemy w dobie „ideologii gender”.

Ja dałam sobie nieco więcej czasu, aby wszystko przemyśleć. Nie gonią mnie terminy, nie muszę pisać artykułu na kolanie czy na masce samochodu, czym chwalił się pewien redaktor. Może nie wyjdzie mi lepiej, ale płci, nazwisk i wyników na pewno nie pomylę.

Od 7 do 23 lutego byliśmy świadkami niezwykłego spektaklu w wykonaniu sportowców z całego świata. Walki z rywalami, z samym sobą, z kontuzjami, z chorobami, z warunkami atmosferycznymi… Byli niespodziewani zwycięzcy i pechowi przegrani, potęgi światowego sportu, żywe legendy walczyły bark w bark ze sportowcami z egzotycznych, zupełnie „niezimowych” krajów, którym idea Pierre’a de Coubertina pozwala spełniać swoje sportowe marzenia. Mieli różne cele do zrealizowania, ale walczyli równie mocno. Słynna skrzypaczka Vanessa Mae, reprezentująca w Soczi kraj ojca, Tajlandię, i występująca pod jego nazwiskiem – Vanakorn, ukończyła slalom gigant na ostatnim miejscu ze stratą 50 sekund do zdobywczyni złotego medalu, Słowenki Tiny Maze, ale radość obydwu na mecie była porównywalna. Meksykański książę o niemieckim rodowodzie i światowej klasy fotograf w jednym – Hubertus von Hohenlohe – slalomu wprawdzie nie ukończył, ale pochwalił się oryginalnym strojem, a z samego uczestnictwa w piątych dla niego igrzyskach cieszył się jak dziecko. Nepalski mnich Dachhiri Sherpa był wielce uradowany, gdyż biegu na 15 km stylem klasycznym nie ukończył jako ostatni. Sukcesy tych zawodników nie porywają tłumów, ale dla nich samych znaczą tyle, co dla wielkich gwiazd złoty medal… A może nawet więcej…

Gwiazdy tegorocznych igrzysk stworzyły całkiem sporą konstelację. Najjaśniej świeci w niej postać pochodzącego z Korei Południowej Rosjanina Wiktora Ana. Specjalizujący się w short tracku zawodnik zdobył w Soczi trzy medale złote i jeden brązowy. Mocno błyszczą także norweska biegaczka narciarska – Marit Bjoergen oraz biathlonistka z Białorusi – Daria Domraczewa. Obydwie trzykrotnie dekorowane były złotym krążkiem. Warto wspomnieć, że wszystkie medale Białorusinka zdobyła w konkurencjach indywidualnych (bieg pościgowy, bieg indywidualny i bieg masowy). Marit Bjoergen tryumfowała indywidualnie w biegu łączonym oraz biegu na 30 km stylem dowolnym. Trzeci złoty medal zdobyła wspólnie z Ingvild Flugstad Oestberg w drużynowym sprincie techniką klasyczną. Po tegorocznych sukcesach Marit została najbardziej utytułowaną zawodniczką w historii zimowych igrzysk olimpijskich (medale: 6 złotych, 3 srebrne, 1 brązowy).
W gwiazdozbiorze, z dorobkiem dwóch złotych i trzech srebrnych medali, znalazła się również holenderska panczenistka Ireen Wust. Po jej bokach stanęli francuski biathlonista Martin Fourcade oraz kolega z panczenowej drużyny Sven Kramer. Obaj z dwoma złotymi i jednym srebrnym medalem na piersi. Bohater igrzysk w Soczi, zdobywca dwóch tytułów mistrzowskich, najbardziej utytułowany zawodnik zimowych zmagań olimpijskich (łącznie 13 medali olimpijskich, w tym 8 złotych), biathlonista Ole Einar Bjoerndalen, zdaje się lśnić w tym towarzystwie wyjątkowym blaskiem.

Polska wykroiła sobie całkiem spory kawałek owej potężnej konstelacji. Dwa złote medale Kamila Stocha w skokach narciarskich, złoty medal Justyny Kowalczyk w biegu na 10 km techniką klasyczną, złoto Zbigniewa Bródki w biegu na 1500 m łyżwiarzy szybkich oraz srebrny medal dryżyny panczenistek i brąz drużyny panczenistów sprawiły, że igrzyska olimpijskie w Soczi były najlepszymi w historii zimowymi igrzyskami w wykonaniu Polaków. Do tego roku polscy sportowcy uzbierali dwa złote, sześć srebrnych i sześć brązowych medali. Ogromnie gratuluję wszystkim sukcesów, bo w kraju, w którym sport ciągle opiera się na wybitnych jednostkach, w którym stworzenie porządnego systemu szkolenia młodzieży nadal pozostaje w sferze marzeń, gdzie, oprócz stadionów, brakuje treningowej infrastruktury, o finansowaniu nie wspominając, o rozwój sportowy na światowym poziomie jest naprawdę bardzo ciężko.

Były chwile wielkiej radości, ale były też chwile smutku i zadawania sobie pytania „dlaczego?”. Dlaczego polscy biathloniści biegają tak słabo, że plasują się na ostatnich miejscach? Dlaczego bobsleiści mają sprzęt sprzed ery dinozaurów? Dlaczego polscy snowboardziści wyglądają przy swoich rywalach jak dzieci we mgle? Po części odpowiedziałam na te wszystkie pytania w akapicie powyżej, ale przykro było na niektórych naszych reprezentantów patrzeć.

Zawodzili nie tylko reprezentanci Polski, po których i tak ciężko się było spodziewać sukcesów. Nieudane występy zaliczyły takie tuzy światowego sportu, jak Aksel Lund Svindal, Petter Northug czy Kaisa Mäkäräinen. Niektórych szansy na sukces pozbawiły nieszczęśliwe upadki, jak w przypadku sprinterskiej sztafety Niemiec w biegach narciarskich, niektórym nieszczęśliwe upadki innych dały medal, jak w przypadku szwedzkiego sprintera Emila Joenssona. Szwajcar Dario Cologna złamał nartę na kilkaset metrów przed metą biegu na 50 km, w ćwierćfinale męskiego skicrossu po ostatnim skoku wywróciło się trzech zawodników i linię mety przekroczyli na brzuchach nie mając pojęcia, któremu z nich udało się awansować dalej. Były też niestety liczne kontuzje. Często na tyle poważne, że po czterech latach intensywnych przygotowań szansa na sukces odpływała w siną dal… Emocji nie brakowało.

Piękne areny olimpijskie gościły niemal trzy tysiące barwnych postaci z całego świata. Hokeistów bez zębów, norweskich curlerów w kolorowych spodniach, skeletonistów w niesamowitych kaskach, wygimnastykowanych do granic możliwości snowboardzistów i specjalistow od narciarstwa dowolnego. Niektórzy pośmiali się z jednego olimpijskiego koła, które nie otworzyło się podczas ceremonii otwarcia, niektórzy ponarzekali na jakość śniegu, inni poopalali się pod palmami… Oczywiście były też i ciemniejsze strony… Przypadki dopingu (do tej pory ujawniono 6), reakcja Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego na czarne opaski, jakie założyły norweskie biegaczki, aby uczcić pamięć brata koleżanki z reprezentacji czy sytuacja polityczna na Ukrainie, która miała wpływ na odbiór zawodów. Całość imprezy oceniam jednak bardzo pozytywnie. Lepiej niż tę sprzed czterech lat w Vancouver…

Jeszcze na koniec… Była jedna ciemna strona igrzysk, której przemilczeć nie mam zamiaru. Jakość transmisji jakimi uraczyła kibiców polska telewizja publiczna. Żenujący poziom komentarza, nieznajomość nazwisk sportowców z dyscypliny, którą się właśnie komentuje, brak przygotowania do transmisji, mylenie pojęć i faktów, chwalenie się wiedzą, której się nie ma, doprowadzający do szału kabaret w studio i goście nie z tej ziemi. To co wyprawiali komentatorzy biegów, panowie Babiarz i Jóżwik, wołało o pomstę do nieba. To co wyprawiali w studio pan Kurzajewski i pani Chylewska również. O panu Szczęsnym komentujacym narciarstwo alpejskie strach w ogóle wspominać. „Nisko na krawędziach” tłucze mi sie po głowie do dzisiaj…

Jutro początek zmagań paraolimpijskich. Trzymam kciuki i życzę wszystkim, aby spełniły się ich olimpijskie marzenia. Przy okazji pozdrawiam gorąco pana Andrzeja Szczęsnego, paraolimpijczyka z Sieniawy. Sąsiada zza miedzy…

Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o Soczi, ale baliście się zapytać (część I)

„Drobna garsteczka człowieka w trudzie się wielkim przesila,
Z nóg setki kroków wyrzuca i setki oddechów z płuc,
Na bieżni kręci się w koło wielka za milą mila,
Jakież olbrzymie zmęczenie trzeba na drodze tej zmóc?!”

(Kazimierz Wierzyński, „Spartanin”)

W 1927 roku polski skamandryta, Kazimierz Wierzyński, wydał tomik poezji „Laur olimpijski”. Zbiór szesnastu wierszy o tematyce sportowej i emocjach ze sportem związanych postanowił zgłosić rok później do olimpijskiego konkursu sztuki i literatury, odbywającego się w ramach IX Igrzysk Olimpijskich w Amsterdamie. Zadanie przetłumaczenia utworów z języka polskiego powierzono dziennikarzowi. Ten zadanie wykonał na tyle dobrze, że Wierzyński za „Laur olimpijski” zdobył w 1928 roku złoty medal olimpijski, ale podczas tłumaczenia pominął jeden z wierszy – „Skok w dal”. Po sukcesie w Amsterdamie dzieło Wierzyńskiego zaczęto tłumaczyć na wiele języków, ale błąd polskiego dziennikarza zaowocował tym, że „Skoku w dal” nikt w „Laurze olimpijskim” nie ujął… Na nic zdały się starania samego poety o przywrócenie szesnastego wiersza do tomiku, który przyniósł mu międzynarodową sławę, błędu dziennikarza nie udało się naprawić…

Dzisiaj nie ma już olimpijskich konkursów literackich, a poeci rzadko piszą o sporcie. Za to na dziennikarzy można liczyć do tej pory. Ileż jednozdaniowych, źle przetłumaczonych artykułów, ileż zapierających dech w piersiach zdjęć z rosyjskich toalet, ileż błędnie podpisanych zdjęć… Jednemu przeszkadza niezamontowana jeszcze plazma, drugiemu, że zablokowali mu witrynę, na której prowadzi blog i będzie nas mógł uraczyć swoimi soczijskimi absurdami dopiero po igrzyskach, trzeciemu przeszkadza wszystko … Byle szybciej, byle więcej, byle zaistnieć na twitterze. Kabaretowa działalność w toku. Brakuje jeszcze Sebastiana Szczęsnego na motorowerze podążającego w ślad za obolałą stopą Justyny Kowalczyk. Bardzo żałuję, że tylko nieliczni przebywający na XXII Zimowych Igrzyskach Olimpijskich w Soczi zadali sobie trud i napisali o bohaterach tej imprezy, sportowej rywalizacji, atmosferze panującej w Soczi i swoich oczekiwaniach, co do dyscyplin, którymi się zajmują.

Podjęłam więc rękawicę i na mym skromnym blogu, postaram się sobie samej, a może chociaż troszkę i Wam, przybliżyć rozpoczynające się dzisiaj XXII Zimowe Igrzyska Olimpijskie w Soczi.

Soczi to położony tuż przy granicy z Gruzją największy letni kurort w Rosji. Miasto, otoczone przez góry Kaukaz i Morze Czarne, będzie pierwszym w historii organizatorem zimowych igrzysk w klimacie subtropikalnym. Niech więc nikogo nie zdziwią palmy przy lodowisku. O organizację najbardziej prestiżowego wydarzenia sportowego świata Soczi ubiegało się już w 2002 roku. Wtedy, mimo wniosku z największym  budżetem, nie dostało się do ścisłej czołówki, a igrzyska przyznano Salt Lake City. W wyścigu o tegoroczne igrzyska pokonało natomiast Ałmaty, Bordżomi, Jacę, Sofię a w drugim etapie Pyeongchang i Salzburg. Decyzję o przyznaniu Rosji prawa organizacji zimowych igrzysk 2014 roku Międzynarodowy Komitet Olimpijski ogłosił 4 lipca 2007 roku podczas sesji w Gwatemali.

Rosjanie podjęli się ogromnego wyzwania, jakim było zbudowanie od podstaw wszystkich olimpijskich obiektów. W samym Soczi, w którym odbywać się będą konkurencje „lodowe”, powstały:

  • Stadion Olimpijski „Fiszt” (40 000; ceremonia otwarcia i zamknięcia igrzysk)
  • Ledowyj Dworiec „Bolszoj” (12 000; hokej na lodzie)
  • Dworiec Zimniego Sporta „Ajsberg” (12 000; łyżwiarstwo figurowe, short track)
  • Adler-Ariena (8 000; łyżwiarstwo szybkie)
  • Ledowaja Ariena „Szajba” (7 000; hokej na lodzie)
  • Kiorlingowyj Centr „Ledianoj kub” (3 000; curling)
  • Płoszczad „Miedał Płaza’ (40 000; ceremonie medalowe)

Do tego obiekty treningowe, centrum prasowe i telewizyjne.

Druga część igrzysk, konkurencje „śniegowe”, będzie się odbywać w oddalonej o 40 km od Soczi Krasnej Polanie, gdzie powstały:

  • Gornołyżnyj Centr „Roza Chutor” (10 000; narciarstwo alpejskie)
  • kompleks „Łaura” (9 600; biathlon, biegi narciarskie, kombinacja norweska)
  • kompleks „Russkije Gorki” (9 600; kombinacja norweska, skoki narciarskie)
  • Centr Sannogo Sporta „Sanki” (9 000; bobsleje, saneczkarstwo, skeleton)
  • Ekstrim-Park „Roza Chutor” (8 000; narciarstwo dowolne, snowboard)

W wioskach olimpijskich zamieszka blisko trzy tysiące sportowców z 88 krajów, którzy rywalizować będą w 98 konkurencjach w 15 dyscyplinach (K- kobiety, M-mężczyźni):

  • BIATHLON – bieg sprinterski (K i M), bieg pościgowy (K i M), bieg masowy K i M), bieg indywidualny (K i M), sztafeta (K i M) oraz sztafeta mieszana (K+M, debiut w igrzyskach olimpijskich)
  • BIEGI NARCIARSKIE – bieg indywidualny (K i M), bieg łączony (K i M), bieg masowy (K i M), sprint (K i M), sprint drużynowy (K i M), sztafeta (K i M)
  • BOBSLEJE – dwójki (K i M), czwórki (M)
  • CURLING – turnieje kobiet i mężczyzn
  • HOKEJ NA LODZIE – turnieje kobiet i mężczyzn
  • KOMBINACJA NORWESKA – skoki na skoczni normalnej + bieg na 10 km (M); skoki na dużej skoczni  + bieg na 10 km (M); skoki drużynowe na dużej skoczni + bieg 4*5 km
  • ŁYŻWIARSTWO FIGUROWE – zawody drużynowe (solista+solistka+para sportowa+para taneczna; debiut w igrzyskach olimpijskich), soliści, solistki, pary sportowe, pary taneczne
  • ŁYŻWIARSTWO SZYBKIE – 500 m (K i M), 1000 m (K i M), 1500 m (K i M), 3000 m (K), 5000 m (M), 5000 m (K), 10000 m (M), drużyna (K i M)
  • NARCIARSTWO ALPEJSKIE – zjazd (K i M), slalom specjalny (K i M), slalom gigant (K i M), supergigant (K i M), superkombinacja (K i M)
  • NARCIARSTWO DOWOLNE – skicross (K i M), jazda po muldach (K i M), skoki akrobatyczne (K i M), half-pipe (K i M, debiut na igrzyskach olimpijskich), slopestyle (K i M, debiut na igrzyskach olimpijskich)
  • SANECZKARSTWO – jedynki (K i M), dwójki (M), sztafeta (jedynki K + jedynki M + dwójki M, debiut na igrzyskach olimpijskich
  • SHORT TRACK – 500 m (K i M), 1000 m (K i  M), 1500 m (K i M), sztafeta (K i M)
  • SKELETON – ślizgi kobiet i mężczyzn
  • SKOKI NARCIARSKIE – skoki na skoczni normalnej (K – debiut na igrzyskach olimpijskich; M), skoki na skoczni dużej (M), skoki drużynowe na skoczni dużej (M)
  • SNOWBOARD – snowcross (K i M), slalom równoległy (K i M, debiut w igrzyskach olimpijskich), slalom gigant równoległy (K i M), slopestyle (K i M), half-pipe (K i M)

Najliczniej reprezentowane będą Stany Zjednoczone (230 osób), Rosja (225 osób), Kanada (221 osób) oraz Niemcy (153 osoby). Reprezentacja Polski liczy 59 osób.

Wyliczać można by jeszcze wiele: ile Rosjanie na igrzyska wydali, ile na nich zarobią, ile szans medalowych mają poszczególne reprezentacje, ile medali zdobędą Polacy… Jednak na pierwsze medale wystarczy poczekać do jutra, a rosyjskie sprawy finansowe naprawdę mało mnie teraz interesują. Mogę do nich wrócić przy okazji tematu o planach zorganizowania igrzysk w Krakowie (pomysł, według mnie, absurdalny…). Liczę na wspaniałe sportowe widowisko, na wielkie emocje, na łzy radości, na walkę do ostatnich sił… Bohaterom najbliższych dwóch tygodni życzę zdrowia, siły i wytrwałości w dążeniu do celu. Trzymam kciuki za tych, którzy medali mogą zdobyć wiele, jak i za tych, którzy na ich zdobycie szans nie mają. Święto śnieżnych zmagań czas zacząć!

A dziennikarzom życzę weny twórczej, większej dawki optymizmu i przypominam fragment zapomnianego przed laty wiersza…

„Każdym mięśniem powietrza pokonuje opór. 
Jest samą wolą skoku, wzbija się, we wrzasku
Entuzjazmu stadionu leci – i jak topór 
Spada. Dal zatrzymuje na chrzęszczącym piasku”

(Kazimierz Wierzyński, „Skok w dal”)

P.S. Bardzo żałuję, że Eurosport nie posiada w tym roku praw do transmisji igrzysk… Już ceremonia otwarcia kosztuje mnie wiele nerwów… Przy opowieściach Pana Jóźwika o wysiłku beztlenowym i hokeju komentowanym przez Pana Szpakowskiego wrócę chyba do czasów kina niemego… 😉

Od a do zet, od zet do a – alfabet Australian Open 2014

Pierwszy turniej wielkoszlemowy bieżącego roku przeszedł do historii. Po dwóch tygodniach zmasowanego ataku tenisa na oczy moje, nieprzespanych nocy, wyrzucania z siebie lawiny przekleństw o trzeciej w nocy, wysyłania Męża o szóstej rano po kawę, „bo się, do cholery, ośmieliła skończyć” i spowolnionych czynności ruchowo-umysłowych w pracy, nadszedł czas detoksu. Nie jest to łatwy czas… Niby tyle narzekania na tę różnicę czasową i brak ciekawych spotkań, ale jak jest już po wszystkim, to zaczynam do tego wszystkiego tęsknić. Długo tęsknić nie będę, bo choć następna lewa Wielkiego Szlema dopiero pod koniec maja, to już za kilka dni Puchar Davisa, a później halowe turnieje w Europie i walka na ziemnych kortach Ameryki Południowej. Nie żałujcie mnie więc…

Długo się zastanawiałam, jak podsumować wydarzenia dni minionych. Na czym się skupić? Na Wawrince? Na Li? Na miłych zaskoczeniach (m.in. Kubot, Dimitrov, Bautista Agut, Bouchard, Cibulkova i Wawrinka) czy gorzkich rozczarowaniach (m.in. Del Potro, Del Potro, Del Potro…)? W końcu postanowiłam ująć moje przemyślenia na temat Australian Open w ramy alfabetu, zapraszam.

A jak Ana Ivanović – pokonując w czwartej rundzie Serenę Williams zaprzeczyła plotkom, jakoby na korcie potrafiła tylko ładnie wyglądać.

B jak Beckett Samuel – autor słów wytatuowanych na przedramieniu zwycięzcy tegorocznego turnieju, przytaczany po stokroć podczas spotkań Wawrinki cytat z „Worstward Ho” sprawił, że „Czekając na Godota” usunęłam na czas jakiś z pola mojego widzenia.

C jak Cibulkova Dominika (a.k.a. „Pocket Rocket”) – równa mi wzrostem finalistka turnieju udowodniła, że „małe” też może być „wielkie”. Sprawiła, że tak jak kiedyś Nadal wyrzucił z jadłospisu rosół, tak teraz pozbyła się z niego cebuli Agnieszka Radwańska.

D jak Del Potro Juan Martin – „młot na czarownice” z „wielkiej czwórki”, nadzieja wielu na odprawienie Nadala w ćwierćfinale… Nie dotarł do trzeciej rundy…

E jak Eugenie Bouchard – nastoletnie objawienie turnieju Pań, pięknie gra, pięknie wygląda, marzy o randce z Bieberem. Kto wie, jeżeli nie zamkną go w celi na dłużej, ma szansę…

F jak Ferrer David – w ćwierćfinale z Berdychem odepchnął w bardzo nieelegancki sposób sędziego liniowego, gdyż ten wadził mu na drodze do krzesełka, na którym chciał złożyć swój cenny ręcznik. Ma być kara, oby słona.

G jak Gorąco – 43 stopnie w cieniu, robienie jajecznicy na korcie, omdlenia, udary, problemy żołądkowe a organizatorzy mówią, że to przecież nic, że nasi przodkowie w takich warunkach przez osiem godzin gonili antylopy…

H jak Historia, do Której Można Przejść – Rafael Nadal mógł zostać pierwszym zawodnikiem Ery Open, mającym na swoim koncie co najmniej dwa tryumfy w każdym z wielkoszlemowych turniejów. Próba zostanie ponowiona za rok.

I jak I Znowu Się Nie Wyśpię – tłumaczenie zbędne…

J jak Jak Mało Brakowało – dokładnie 5 cm. O tyle Lucie Safarova wyrzuciła poza kort piłkę meczową w spotkaniu trzeciej rundy z Na Li. Lucie wróciła do Czech, Li wygrała turniej i jak zapowiedziała nie przyzna premii Czeszce, ale na pewno ładnie się do niej uśmiechnie.

K jak Kontuzja – największy wróg sportowca. W tym roku na plan pierwszy wysuwa się uraz pleców (Nadal, Williams), dalej są dłonie, nadgarstki, barki, łydki i biodra oraz najgorsza z możliwych – chroniczna kontuzja psychiki. Dużo zdrowia dla wszystkich!

L jak Li Na – tryumfatorka turnieju Pań w pakiecie ze swym pucułowatym małżonkiem – genialne poczucie humoru i obiekt żartów w jednym. I ten backhand!

Ł jak Łukasz Kubot – polski bohater turnieju, po cichutku, w cieniu innych, zdobył swój pierwszy wielkoszlemowy tytuł! Chyba zatańczę kankana!

M jak Muszę Się Napić Kawy –  i tak przez 19 godzin na dobę, w porywach nawet do 21…

N jak Nowa Rakieta, Nowy Trener, Nowa Gra – czyli Roger Federer A.D. 2014. Zachwytów masa, peanów mnóstwo… Szkoda, że tak ciężko o nową głowę na spotkania z Rafaelem Nadalem.

O jak Obrońcy Tytułu – Wiktoria Azarenka i Novak Djoković zostali brutalnie pozbawieni możliwości kontynuowania swojej hegemonii w Melbourne. Wiktoria zapomniała, jak się trzyma rakietę w dłoni w ćwierćfinale z Radwańską, a Novak doświadczył na własnej skórze przepoczwarzenia Stasia w Stanisława.

P jak Pete’a Samprasa Nie Dogania Się W Australii – zdobycie swojego 14. tytułu wielkoszlemowego w Australii okazuje się być zadaniem niewykonalnym. W 2009 roku poległ na tym polu Federer, w obecnym Nadal.

R jak Radwańska Agnieszka – pierwszy półfinał w Australii – brawo! Mecz z Azarenką – brawo! Sam półfinał i męczarnie w pierwszych rundach przemilczę…

S jak Stygmaty – Rafaela Nadala krwawe odciski na lewej dłoni. Dziura głębokości Rowu Mariańskiego przykuwająca uwagę kibiców i dziennikarzy. Kiedy wydawało się, że wszystko jest na dobrej drodze do cudownego ozdrowienia, strzyknęło w krzyżu…

T jak Twitter Tomasa Berdycha – jako tenisista może nie porywa tłumów, ale konto na twitterze ma najlepsze.

U jak Ubranko Tomasa Berdycha – muszę wstawić zdjęcie, bo ciężko to opisać…

tomas berdych

W jak Wreszcie Nowe Twarze – Bouchard, Muguruza Blanco, Kyrgios, Kokkinakis, Thompson – młodzi, zdolni, którzy pokazali się z dobrej strony. I Dimitrov, który w końcu dotrwał do drugiego tygodnia turnieju.

Y jak Yeti – wybaczcie, nic innego nie przychodzi mi do głowy…

Z jak Zbawca Tłumów – Stanislas Wawrinka, od niedzieli bożyszcze internetowych forów tenisowych, zbawca tenisa, rozbił struktury „betonu”, Stan The Man, przed turniejem jeden z wielu, po nim ten jedyny i najwspanialszy, który zniszczył w finale „całe zło tenisa”.  Brawo za tytuł, czekam na dalszy bieg wydarzeń.

Na koniec jeszcze dodatkowe N dla mnie, jako porada na przyszłość – nigdy nie przyznawaj tytułu przed meczem 🙂

„Nieprzespanej nocy znojnej jeszcze mam na ustach ślad”

Dryn, dryn, dryn!!! Przerażający dźwięk budzika przerywa mi piękny sen, w którym w towarzystwie Johnny’ego Deppa sączę drinka na Lazurowym Wybrzeżu. Ciemno wszędzie, głucho wszędzie… Przecieram mocno oczy, bo Johnny nie chce jakoś zniknąć i próbuję odczytać, która jest godzina. Zajmuje mi to zdecydowanie więcej czasu niż ma „jedna Wenta”… Trzecia… Jak to trzecia?! Aha, trzecia… Wstać trzeba, bo na kortach w Melbourne grają już w najlepsze. Po cichutku, powolutku opuszczam sypialniane Lazurowe Wybrzeże i w salonie przenoszę się do pięknej, słonecznej Australii.

Australian Open –  pierwszy wielkoszlemowy turniej roku, dwa tygodnie pod znakiem bezsenności, nieprzytomności w pracy i hektolitrów kawy. Mimo niedogodności związanych z różnicą czasu, najbardziej przeze mnie ukochany. Uwielbiam klimat tego turnieju, publiczność, słońce i upały w środku polskiej zimy (w tym roku wiosny bądź jesieni, jak kto woli). Wspaniale jest otulić się kocem i z kubkiem kawy śledzić zmagania tenisistów i tenisistek na drugim końcu świata. I to nie tylko tych najlepszych. Uwielbiam patrzeć na zmagania tych, których przeznaczeniem i tak jest odpaść szybko, a którzy walczą o drugą rundę jak o życie. Wstaję nawet po to, aby popatrzeć, jak Verdasco lub Almagro (jaka szkoda, że w tym roku go nie będzie) przegrywa kolejny wygrany mecz, a Dimitrov, nadzieja tenisowych wszech galaktyk, odpada w pierwszej rundzie po porażce z najbardziej drewnianym „beztalenciem”. Ot, urok Australian Open.

W tym roku również nie zamierzam odpuszczać. Drabinki turniejowe już dawno spisane, plan gier wyuczony na pamięć, a od pierwszej w nocy wmawiam sobie, że „sen przeraża mnie”. Analizy drabinek tym razem nie będzie. Wystarczy, że fani Nadala i Federera nie kłócą się już tylko o to, który z nich jest wybitniejszym tenisistą, ale także o to, który z nich ma gorsze losowanie w tegorocznym Aussie Open… Fakt, najlepiej nie trafili, ale jakie to ma znaczenie, kiedy ani my, ani oni nie mogą już w tej kwestii nic zmienić…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Oczywiście mam swoich faworytów (tych „obiektywniejszych” i tych „subiektywniejszych”). Wśród mężczyzn są nimi Novak Djoković i Rafael Nadal. Pierwszy broni swojego królestwa i drogę ku temu ma usłaną różami, drugi poprzez ciernie będzie starał się zrzucić go z australijskiego tronu. Na czerwono podkreśliłam Juana Martina del Potro, tyle tylko, że on na czerwono podkreślony był już wiele razy… Murray, Federer i Tsonga zasługują, w moim przekonaniu, co najwyżej na różowy. Dla Berdycha, Ferrera i reszty koloru jeszcze nie wymyślono.

Wśród pań trudno wskazać na kogoś innego jak Serena Williams. Na niekorzyść Amerykanki może działać tylko to, że w ostatnich latach jej starty w Australii nie należały do najbardziej udanych. Tytułu broni Wiktoria Azarenka, ale ciężko jest mi się wypowiadać na temat formy Białorusinki. Sporo przytyła, zmagała się z kontuzją, a końcówka ubiegłego sezonu nie wyglądała w jej wykonaniu najlepiej. Dlatego uważam, że Agnieszka Radwańska lądując akurat w jej ćwiartce, nie trafiła aż tak tragicznie, jak przedstawiają to niektóre media. Sęk w tym, że o formie Agnieszki Radwańskiej także ciężko cokolwiek powiedzieć… Na pewno bacznie będę obserwować Na Li, która w Australii gra naprawdę dobrze.

Mam nadzieję, że przez najbliższe dwa tygodnie ani razu nie pożałuję tego, że tenisiści nie dadzą mi dopić drinka z Johnnym Deppem. Życzę powodzenia Agnieszce, Kasi, Ali, Jerzemu, Łukaszowi, Michałowi, Mariuszowi, Marcinowi i Tomkowi. No i Rafie oczywiście. Kawo przybywaj!

Kuningaskotka

Gdyby zapytać moich bliskich o to, kto był/jest moim ulubionym sportowcem, nie zastanawialiby się nad odpowiedzią zbyt długo. Od Mamy usłyszelibyście krótkie „Janne Ahonen”. Tata uraczyłby Was długą opowieścią o tym, jak jego córka traciła wszystkie nerwy kibicując „Aho”, doprowadzając przy tym do szału wszystkich kibicujących Małyszowi. Brat mógłby dodać, że wpadłam w szał, kiedy pobazgrał mi w przypływie złości plakat „Maski”, a młodsza Siostra przytoczyłaby zapewne historię o podstawówkowych poematach na temat „Ejdżeja”. Licealna przyjaciółka, Ula, opowiedziałaby Wam o naszej wojnie Schmittowo-Ahonenowej, a znajomi ze studiów, o szaleństwie, jakie wybuchło w akademiku, kiedy w 2005 roku, w dniu moich urodzin, Ahonen zdobył tytuł mistrza świata. Mąż natomiast, w swoim ironicznym stylu, powiedziałby Wam, że to na pewno ten, przez którego wredna Żona pisze mu czasami listę zakupów w języku, który przyprawia go o ból głowy… Wiele lat, wiele historii, jedno nazwisko: Ahonen.

Janne Ahonen 2

Kiedy w styczniu dowiedziałam się, że Fin po raz drugi chce wrócić do skakania, pomyślałam, że to jakaś dziennikarska kaczka. Ale teorię kaczki obalił natychmiast wywiad z Ahonenem w fińskiej telewizji. A mnie ogarnęła euforia! Nie stękałam jak inni, że to pomysł jest szalony, że nie warto po raz któryś próbować tego, co już raz się nie udało, że to rozmienianie sławy na drobne… Przypomniał mi się plakat, poematy, fińska wódka po wygranym po raz piąty Turnieju Czterech Skoczni, skoki bez absurdalnych rekompensat za wiatr, śnieg, promieniowanie słoneczne i bogowie wiedzą, co jeszcze i bardzo się ucieszyłam, że będę mogła znowu Fina oglądać na skoczniach świata. To, że mało kto wierzy w to, że uda mu się spełnić marzenie o indywidualnym medalu olimpijskim sprawia, że kibicuję mu jeszcze bardziej.

Niektórzy twierdzą, że chęć zdobycia indywidualnego medalu olimpijskiego wręcz go opętała… Nie wiem, czy opętała, ale jego brak w jakiś sposób Ahonenowi ciąży. Brał udział w pięciu takich imprezach (począwszy od Lillehammer w 1994 roku) i trzy razy indywidualnie był… czwarty, przegrywając brąz o dziesiętne części punktu… Jedni sportowcy stwierdzają, że tak widocznie miało być i godzą się z zaistniałą sytuacją, Janne Ahonen twierdzi, że jeżeli nie spróbuje jeszcze raz, będzie tego żałował do końca życia. Pierwsza próba powrotu (Janne ogłosił zakończenie kariery 26 marca 2008 roku, 8 marca 2009 roku obwieścił powrót) przyniosła drugie miejsce w Turnieju Czterech Skoczni, (znowu) czwarte miejsce na Igrzyskach Olimpijskich w Vancouver oraz kontuzję, która wpłynęła na decyzję o ponownym zakończeniu kariery w marcu 2011 roku. Fin zdaje sobie sprawę, że i tym razem  może się rozczarować, ale jednocześnie wierzy w siebie i tym razem wszystko podporządkował przygotowaniom do sezonu. Zrezygnował z ukochanych wyścigów dragsterów i powierzył innym sprawy związane z prowadzeniem Ahonen Racing Team (założony przez Janne w 2011 roku zespół wyścigowy, w skład którego wchodzi niemal cała jego rodzina, z mamą, odpowiedzialną za catering, włącznie. Zainteresowanych odsyłam do strony www.artsports.fi; strona tylko w języku fińskim).

Janne-Ahonen-DRO

Na słowa dziennikarzy o tym, że jest za stary na skakanie (ma 36 lat) na światowym poziomie żartuje, że przy Noriakim Kasai jest przecież młodzieniaszkiem (Japończyk ma 41 lat). Bo wbrew obiegowym opiniom Janne poczucie humoru ma. Co prawda, zasłynął zdaniem: „Jesteśmy tu po to, aby skakać, a nie po to, żeby się uśmiechać”, a o jego „uśmiechu” powstała nawet piosenka (zamieszczam poniżej), ale jest osobą chętnie udzielającą się w rozrywkowych fińskich programach.

Mam nadzieję, że po tym sezonie Janne Ahonen do swej autobiografii „Kuningaskotka” („Królewski Orzeł”) będzie mógł dopisać kolejną porcję ciekawych doświadczeń. Najlepiej, obok licznych tytułów mistrza świata, tryumfów w Turnieju Czterech Skoczni, rekordowej ilości miejsc na podium Pucharu Świata, skakania po pijanemu, palenia papierosów w celu zagłuszenia głodu, przekraczania prędkości o 115 km/h i tłumaczenia dziecku, dlaczego tata nie je w domu obiadu, będzie wyglądała wzmianka o zdobyciu wymarzonego indywidualnego medalu olimpijskiego. Lataj więc, Królewski Orle, abym i ja za parę lat mogła dodać do tej historii kilka toastów po sukcesach. A może i jakiś plakat lub poemat się znowu pojawi, co Ty na to Siostrzyczko? 🙂

Janne Ahonen

P.S. Na koniec filmik, który fińscy skoczkowie nakręcili w ubiegłym roku… Żal patrzeć na to, co się stało z taką potęgą skoków narciarskich… Czy Janne Ahonen będzie lekiem na całe zło?

„A rower jest wielce OK, rower to jest świat”

Tydzień temu zadałam znajomym podchwytliwe pytanie, kto ich zdaniem został wybrany sportowcem roku w Portugalii. Po chwili konsternacji i rozmyślań, dlaczego akurat Portugalii i ilu portugalskich sportowców znają, wszyscy zgodnie stwierdzili, że owym wybrańcem ludu musiał zostać nie kto inny, jak Cristiano Ronaldo. Logicznie. Kiedy oznajmiłam im, że to jednak nie jeden z najlepszych i najpopularniejszych piłkarzy świata, a kolarz – Rui Costa został zwycięzcą owego plebiscytu, nie kryli zdziwienia. A później usłyszałam to, co zawsze, kiedy staram się ze znajomymi rozmawiać o kolarstwie: że kolarstwo to nie sport, bo dopingiem śmierdzi na kilometr, że wszyscy jeżdżą „naszprycowani” po uszy jak Armstrong i w ogóle szkoda czasu, żeby sobie czymś takim, jak kolarstwo głowę zawracać.

Moi znajomi nie są w swych sądach odosobnieni. Trudno im się dziwić. Tak kolarstwo przedstawiane jest w mediach. Ciągłe afery, wynurzenia byłych, kiedyś „czystych”, kolarzy, piętno Armstronga (o którym pisałam tutaj) na pewno nie pomagają w budowaniu dobrej atmosfery wokół tej dyscypliny. Sama łapię się na tym, że węszę spiski, kiedy ktoś pokazuje na kolarskich trasach cudowne, niemal boskie moce. Kolarstwo kocham jednak miłością wielką i patrzę na nie z nieco innej perspektywy. Żałuję też, że media tak rzadko zwracają uwagę na tę druga stronę medalu. Dla mnie kolarstwo, które jako jedyna dyscyplina sportowa porządnie wzięła się za walkę z dopingiem, stało się wygodnym kozłem ofiarnym świata sportu, synonimem wszystkiego, co w sporcie brudne i złe. My – tenisiści, piłkarze, hokeiści i siatkarze (można wstawić dowolną dyscyplinę) – jesteśmy czyści jak łza, nieskalani nawet grzechem pierworodnym,  popatrzcie za to na to, co się dzieje w kolarstwie! Sodoma i gomora! Tyle tylko, że świat kolarski od jakiegoś czasu nie wstydzi się swych grzechów i nie boi się o nich mówić. Owszem, nie podoba mi się to, że teraz wszystkie winy próbuje się przypisać Armstrongowi, że próbuje się zarobić na opowieściach o tym, kiedy, co i ile się brało, ale wolę to, niż wciskanie ludziom „kitu” o kontuzji Marina Cilicia, przypadkowym zażyciu należących do żony tabletek na odchudzanie Kolo Touré czy dostaniu się kokainy do organizmu Richarda Gasqueta w wyniku pocałunku z poznaną w klubie Pamelą…

Wracając do zwycięzcy portugalskiego plebiscytu… Rui Costa był jedną z najjaśniejszych gwiazd ubiegłego sezonu. Wywalczył mistrzostwo świata w wyścigu elity we Florencji, wygrał Tour de Suisse oraz dwa etapy (16. i 19.) Tour de France. Jego wielką radość po zdobyciu złotego medalu zapamiętam na długo. Zapamiętam też tegoroczne „zimowe” Giro d’Italia, niesamowitą jazdę Froome’a podczas Tour de France i najstarszego zwycięzcę jednego z Wielkich Tourów – Christophera Hornera, który w wieku 41 lat i 338 dni potrafił wygrać hiszpańską Vueltę. W pamięć wryło mi się też zdjęcie, pochodzące co prawda z 2008 roku, ale robiące furorę podczas tegorocznego wyścigu dookoła Hiszpanii. Przedstawia ono Hornera, który dowozi do mety Billa Demonga (tak, tak, specjalistę od kombinacji norweskiej) i jego zepsuty rower. Pamiętam moskaliki, upał podczas ostatniego etapu Tour de Pologne i niesamowitą ucieczkę Bartosza Huzarskiego w deszczowej Florencji. Wielkich emocji dostarczyli mi także Rafał Majka i Michał Kwiatkowski. Ich świetne występy podczas Giro d’Italia, Tour de France, Tour de Pologne oraz złoty medal Michała w drużynówce podczas mistrzostw świata napawają optymizmem i sprawiają, że z niecierpliwością czekam na następny sezon…

Horner

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

I nie zniechęcą mnie do kolarstwa ani coraz bardziej podobne do siebie Wielkie Toury, ani Tour de Pologne we Włoszech (na szczęście w przyszłym roku trasa „Od Bałtyku aż do Tatr”), ani to, kogo „wsypie” w przyszłości Armstrong i jak głupio będzie się tłumaczył były dyrektor Międzynarodowej Unii Kolarskiej. Nie uczynią tego także książki Rasmussena czy opinie moich znajomych… Bo „rower jest wielce OK, rower to jest świat”!

P.S. Zastanawiam się, czy w Polsce kolarz miałby jakiekolwiek szanse w plebiscytowym starciu z piłkarzem pokroju Cristiano Ronaldo…